Ostatnio jest wylew wyznań o osobach, które nie lubią dzieci, ale ktoś zmusił je, żeby urodziły. No cóż, ja przez całe studia nie myślałam o niczym innym. Od razu kiedy poznałam swojego przyszłego męża, powiadomiłam go, że chcę mieć dziecko, a najlepiej dwoje. On nie miał nic przeciwko, twierdził, że to naturalna kolej rzeczy, co prawda nie pałał do dzieci taką miłością jak ja, ale nie wykazywał do nich żadnego obrzydzenia.
W końcu udało się, 3 miesiące po ślubie zaszłam w ciążę. Przygotowaniom nie było końca, już zaczęłam wybierać imię, kupowałam zabawki, co prawda nie wiedziałam, czy urodzę chłopca czy dziewczynkę, ale jakie to ma znaczenie? Zostanę matką! Moja rodzina również była zachwycona, szczególnie mój ojciec, w końcu zostanie dumnym dziadkiem.
Parę miesięcy później poznaliśmy płeć. Dziewczynka. Znakomicie, już wyobrażałam sobie te wspólne zabawy lalkami i późniejsze wprowadzanie jej w świat kobiecości.
Kiedy przyszedł czas rozwiązania, od razu wiedziałam, że chcę urodzić naturalnie, no bo to oczywiście nieodłączna część bycia matką. Po porodzie trwającym prawie 10 godzin poczułam się jak wyprana z uczuć. Nie miałam siły ani ochoty wziąć małej na ręce, ale byłam przekonana, że to z wyczerpania. Kolejnego dnia, kiedy pielęgniarka przyszła, żeby mi ją pokazać, znowu nie czułam nic, najmniejszej sympatii do tego małego stworzenia. Byłam przekonana, że to minie, nie czułam do niej nienawiści, tylko była mi wręcz obojętna.
Dwa miesiące później poszłam do psychologa, w tajemnicy przed mężem czy kimkolwiek z rodziny, przecież to taki wstyd nie kochać swojego dziecka. Lekarz nie stwierdził u mnie depresji poporodowej, poprosił mnie, żebym przyszła na jeszcze jedną wizytę, tym razem z mężem. Obiecałam zadzwonić i umówić się na następny raz, ale nigdy tego nie zrobiłam.
Przez 12 lat patrzyłam, jak Marta dorasta, staje się coraz bardziej dojrzała i samodzielna. A ja, cóż, starałam się żeby nikt nie widział, że jest mi obcym człowiekiem. Łudziłam się, że zacznę ją kochać. Za wszelką cenę starałam się stworzyć jej normalną rodzinę i chyba mi się udało. Ale ja czuję pustkę nie do opisania, można to porównać do grania w jakąś grę, grasz, grasz i próbujesz osiągnąć jakiś cel, kiedy ci się to udaje, nie masz ochoty dalej w nią grać i ją porzucasz. Niestety Marta nie jest grą, jest człowiekiem i nie mogę jej zostawić, chociaż naprawdę jest mi po prostu obojętnym człowiekiem.
Wybraliśmy się z narzeczonym do restauracji z kategorii tych ekskluzywnych - długo odpuszczaliśmy sobie pomniejsze przyjemności, żeby odłożyć na to wyjście. Dlatego z lekką zazdrością spoglądałam na młode małżeństwo siedzące w tzw. VIP-roomie. Sala, wyjątkowo elegancka, tylko dla nich, podobnie jak kelner. Cała sprawa rozbijała się o ok. 4-5 letnie dziecko. Dzięki jego zachowaniu doskonale widzieliśmy, co dzieje się u tamtej pary.
Dziecko nie należało do nich, tylko do ludzi, którzy siedzieli dwa stoliki dalej on nas. Dziewczynka była bardzo wesoła i kontaktowa, aż za bardzo wręcz. Chodziła od stolika do stolika, „sępiła” o jedzenie (teksty w stylu „dzień dobly, jestem Ania, a co oto pani ma? Ci to smaćne? A mogę?”. I pchanie się m.in. na kolana), a mniej lub bardziej zauroczeni/skrępowani ludzie ją częstowali.
W końcu dotarła do drzwi do VIP-roomu. Rozumiem, ciekawość itd. Wlazła tam. Po chwili została łagodnie wyprowadzona za rączkę przez siedzącą tam panią, prosto do rodziców z bardzo uprzejmą, rzeczową prośbą, aby dziecko im nie przeszkadzało. Rodzice cały czas mieli dziecko gdzieś. Młoda, niezrażona, wciąż chodziła od stolika do stolika, a drzwi do drugiej sali się nie zamykały. Do nas też przyszła żebrać (inaczej tego nie nazwę), ale było to tak krępujące, że przyznam, skrewiliśmy i pozwoliliśmy kraść z naszych talerzy. Była to bardzo dziwna, okropna sytuacja. Miałam ochotę ją zrugać, ale nie umiałam. Super wyjście okazało się klapą przez cudzego dzieciaka.
W końcu kobieta z VIP-roomu nie wytrzymała. Młoda została wyrzucona z pokoju, posadzona na stole rodziców i usłyszeli oni mniej więcej taki tekst „Proszę zabrać to dziecko i zamiast kolejnej flaszki wina kupić mu coś do jedzenia, żeby przestało wkładać obcym ludziom ręce w talerze”. Butelka wina w tej knajpie to ok. 70 zł. Rodzice zamawiali je krzycząc do kelnera przez całą salę, co ciężko było przeoczyć.
Młoda kobieta powiedziała to głośno, ale bardzo kulturalnie. Spotkał ją najazd, jakich mało. Ludzie, którzy wcześniej szeptali o braku wychowania dziecka, lekceważeniu go, braku kultury rodziców, nawrzeszczeli na nią, że „Na VIP-room dziwka ma, a dziecku żałuje”. Nie wiem, może to był wybuch frustracji, ale ona była temu najmniej winna. Ostatecznie przyszedł jej mąż, a rodzice i nachalne dziecko zostali wyproszeni (niechętnie, ale najwyraźniej młodzi zapłacili więcej).
I im, i nam wszystkim ta rodzina zmarnowała wyjście. Ludzie, czy taka sytuacja jest normalna? Idę do drogiego, mającego renomę lokalu coś uczcić, dobrze zjeść, płacę za to sporą sumę, chcę poczuć moje własne święto, cudze dziecko pcha mi się w talerz i to jest OK? Dziecko, którego rodziców stać na jedzenie dla niego?
A tego VIP-roomu zazdrościłam im tylko trochę, bo zważając na to, co działo się przez cały wieczór, to ja tym młodym współczuję.
Kiedy byłam w liceum, języka polskiego uczył mnie dosyć specyficzny nauczyciel. Facet wręcz nienawidził katolików, Boga ani wszystkiego co z Nim związane. Potrafił śmiać się z kogoś, kto przyznał, że jest wierzący i chodzi w niedzielę do kościoła.
Ja nigdy nie byłam jakoś nadzwyczajnie religijna, ale przyznam, że czasami jego zachowanie były dla mnie bardzo niekomfortowe. Nauczyciel ten często omijał ważne i przydatne utwory literackie, które z pewnością mogłyby się przydać do matury, tylko dlatego, że zawierały one w sobie coś o Bogu.
Najbardziej absurdalnym stwierdzeniem było to, że święta rodzina jest idealnym przykładem patologii społecznej. A dlaczego? Model rodziny 2+1, św. Józef nie jest biologicznym ojcem dziecka i nie mają gdzie mieszkać.
Uwielbiam seriale kryminalne. Zawsze gdy w jakimś pojawi się wątek nastolatka, który jest ofiarą przemocy psychicznej (a mnóstwo jest takich odcinków), i ten postanowi się targnąć z rozpaczy na własne życie, liczę na to, że nie uda się go odratować (ale zazwyczaj się udaje), chcę aby historia była jak najbardziej drastyczna.
Mam wtedy cichą nadzieję, że społeczeństwo w końcu zrozumie, jaką krzywdą jest przemoc psychiczna, że nastolatki opamiętają się i przestaną gnębić swoich rówieśników dla zabawy, że rodzice przestaną tłumaczyć ich zachowanie "niewinnymi, dziecinnymi wygłupami", że nauczyciele przestaną udawać, że nic nie widzą, że ludzie uwierzą w cierpienie ofiar, że dzieci, których codzienność jest piekłem, wreszcie otrzymają potrzebną im pomoc.
Mnóstwo ofiar przemocy w szkole nie otrzymuje wsparcia, nawet gdy go szuka. To musi się zmienić.
Mam 20 lat, od 4 lat pracuję na stałe (zajęcia się mi zmieniały, ale pensja pnie się w górę). Zmusiła mnie do tego sytuacja życiowa. Odkąd skończyłam 12-13 lat nie dostawałam od rodzicieli pieniędzy na podstawowe rzeczy typu ubrania, książki czy choćby 2 zł na drugie śniadanie w szkole (tak jakby na pierwsze było co zjeść w domu).
Szybko skumałam, że jak nie zacznę "kołować kasy", to będę jeszcze bardziej odstawać od reszty dzieciaków. Że będą mnie jeszcze bardziej prześladować niż do tej pory, bo zawsze byłam tą biedniejszą.
Obecnie pracuję, studiuję - powodzi mi się całkiem dobrze. Mam kochanego chłopaka (obecnie narzeczonego), do którego się przeprowadziłam. Mimo iż w domu zawsze kasa była tylko na alkohol, że nikt nigdy się mną nie zajmował, nie sprawiałam kłopotów wychowawczych. Nie imprezowałam, nie wychodziłam ze znajomymi, nie szwendałam się z facetami jak typowe "dziunie" w moim wieku. Zwyczajnie nie było mnie na to stać, a późniejszymi czasy nie miałam siły pracując i ucząc się jednocześnie, by związać koniec z końcem.
Mimo to usłyszałam, że jestem bezbożną dziwką i że rodziciele życzą mi wszystkiego co najgorsze. Według nich powinna mnie spotkać sroga kara za to, że ośmielam się mieszkać z pomiotem męskim pod jednym dachem BEZ ŚLUBU.
Reasumując: lepiej mieć wyjebane na własne dziecko, które chodziło głodne i "posmarkane", lepiej jak ktoś na ciebie krzyczy i cię bije - jemu wolno, bo CHODZI DO KOŚCIOŁA i żyje PO BOŻEMU.
Do kościoła chodzę, ślub planujemy (nie stać nas na niego zwyczajnie) i bardzo boli mnie, że wysłuchałam się pod swoim adresem samych obelg, tylko dlatego, że chcę uciec od domowej patoli.
Najgorsze jest to, że (choć nie mam powodu) myślę o sobie jak o ladacznicy - nie zasługującej na krztę miłości.
Mam 21 lat. Jestem mamą wspaniałego 13-miesięcznego syna. Natomiast od 3 lat jestem w stałym związku.. Mieszkamy razem w moim mieszkaniu. Gdy partner dowiedział się, że jestem w ciąży, nie zareagował ani pozytywnie, ani negatywnie..
Niestety przed urodzeniem dziecka postanowił się wyszaleć, tzn. w każdy możliwy weekend na melanżu aż do zgonu, kiedy ja musiałam leżeć z powodu zagrożonej ciąży w domu. Na początku myślałam, że to minie i na kilka tygodni przed porodem się uspokoi. Niestety tak się nie stało.
Kiedy zaczęłam rodzić w 8. miesiącu, on był wtedy na melanżu, do szpitala jechałam sama (prowadziłam), bo był zbyt pijany, by jechać ze mną. Gdy wróciłam z synem do domu po cesarskim cięciu, miał mi pomagać, nawet to obiecał, na obietnicach się skończyło. Dalej pił. I dalej pije. Ciągle są kłótnie, każe mi oddawać pieniądze, które włożył w remont mieszkania, w którym mieszka jego dziecko. Ostatnio był tak agresywny, że bałam się i wezwałam policję, przez co założyli mi niebieską kartę. Po tym incydencie obiecał zmianę i poprawę, a jej dalej nie ma. Jeśli jest jeden dzień trzeźwy, to jest sukces. Nie radzę sobie już z tym, bo nic nie mogę zrobić. Nie chcę tak żyć. Kocham go, ale myślę coraz częściej, że bezpieczniej i lepiej byłoby mi i synowi bez niego.
Mam już depresję przez to. Gdyby nie Julian (mój syn), chyba dawno bym się zabiła.
Moja prababcia przeżyła II wojnę światową, która wybuchła, kiedy miała 7 lat. Jako dziecko lubiłam słuchać jej opowieści z tamtych czasów, postanowiłam, że jedną napiszę, tak w dużym skrócie.
Jak wiadomo, podczas wojny większość dzieci była wywożona na wieś, bo tam było podobno spokojniej i bezpieczniej, tak mówiła. Do wsi, w której babcia i jej młodsze rodzeństwo przebywało, często przychodzili niemieccy żołnierze i pewnego dnia, gdy do chaty przyszedł jeden z nich, przytrzasnął palce prababci drzwiami gdy wychodził. Na następny dzień ten sam mężczyzna wrócił i wręczył prababci czekoladę, łamaną polszczyzną przepraszając za incydent z wczoraj, mówiąc, że to było niechcący. Wyznał też, że sam ma córeczkę w mniej więcej tym samym wieku i że nigdy nie chciał zostać tym, kim był, ale nie miał wyboru. Po tym wszystkim odszedł i prababcia już go więcej nie spotkała.
Prababcia nadal wspomina tego mężczyznę z uśmiechem. Mówi, że to właśnie wtedy odzyskała wiarę w ludzi i w to, że to piekło, ta wojna, kiedyś się skończy. :)
Dzisiaj stałam na przystanku PKS, podjechał bus. Widać było, że jest pełny. Kierowca otworzył drzwi i mówi, że mnie nie zabierze.
I puścił piosenkę "Nie płacz, kiedy odjadę".
Nie powiem, poprawiło mi to humor, bo już czekałem prawie godzinę i byłam trochę zmarznięta :D
Wyżarłam dzieciom dwie paczki żelków jak spały.
Rano udawałam, że nie wiem co się z nimi stało i było mi strasznie wstyd, gdy patrzyłam, jak ich szukają.
Do pewnego czasu byłam przekonana, że główny bohater filmu "Kevin sam w domu" ma na nazwisko Sam.
Dodaj anonimowe wyznanie