#lFgUZ

Od wielu lat mam bardzo poważną fobię - panicznie boję się ciem.

Pewnego razu otwieram lodówkę i nagle na podłodze ląduje coś płaskiego i ciemnego. Moja pierwsza myśl "o ku*wa, ćma". Wpadam w panikę, wybiegam z kuchni, po drodze zdążyłam się poślizgnąć i rozwalić kolano o szafę. Dopiero gdy się uspokoiłam, wróciłam, żeby rozeznać się w sytuacji i ewentualnie zamknąć lodówkę.
Z bezpiecznej odległości spojrzałam na rzekomą ćmę...

Dostałam ataku paniki przez kawałek sałaty.

#935xk

Tak się złożyło, że w kręgu moich znajomych jest wiele osób, które mają tatuaże. Sam też chciałem sobie zrobić, ale długo nie mogłem wymyślić wzoru, który by mi pasował.

Po wysłuchaniu jakie to tatuaże są super, jakie to świetne uczucie, gdy igła dotyka ciała i w ogóle, wybrałem wzór i poszedłem do salonu.

Zrobiłem sobie tatuaż na przedramieniu, niezbyt duży, ale rzucający się w oczy. Wybrałem wzór, który bardzo mi się spodobał i po zważeniu wszystkich za i przeciw, stwierdziłem, że właśnie to chcę mieć na ciele do końca życia.

Wtedy się zaczęło.
Moi znajomi rzucili się na mnie jak stado wygłodniałych wilków, zaraz po tym, jak powiedziałem im, że mój tatuaż niczego nie symbolizuje, że ma po prostu dobrze wyglądać. "To niedopuszczalne robić sobie coś, co nie ma żadnego znaczenia", "nie rozumiesz idei tatuażu", "jesteś głupi", "to ci zostanie na całe życie", "a tak w ogóle, to jest brzydkie".

Ja nie oceniam ich tatuaży, nie obchodzi mnie, czy coś symbolizują. Oni sami zawsze mówili, że nikt nie ma prawa oceniać ich tatuaży, bo to ich ciało i mogą z nim robić co tylko chcą, a jeśli się to komuś nie podoba, to może wypiera***ać.
Chyba pora zastosować się do ich słów.

#dkzhO

Od niedawna mieszkam i pracuję w Warszawie. Do pracy dojeżdżam tramwajem - jedną z bardziej zatłoczonych linii, co ważne - wysiadam na jednym z mniej popularnych przystanków.

Co tutaj anonimowego?
Często w tramwajowym ścisku nie jestem w stanie dopchać się do drzwi. W związku z tym wypracowałam zasadę - trzy razy kulturalnie "przepraszam", a gdy nie odnosi to skutku, zwyczajnie kopię ludzi po nogach. Stali współpodróżnicy nauczeni doświadczeniem robią przejście jeszcze zanim zdążę się odezwać.

Ostatnio zaspałam i prawie uciekł mi tramwaj - wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy zgromadzenie na przystanku widząc mnie odetchnęło z ulgą, a jedna z czekających pań stwierdziła, że bała się, czy nie zachorowałam - bo nie chciała uniknąć "porannego procesu wychowawczego, który codziennie poprawia jej humor". :D

#tlaWj

Jak byłam szczylem w wieku lat 8 pierwszy raz pojechałam na kolonię, wraz z innymi nieletnimi szczylami. Generalnie wszystko pięknie ładnie, pozostałe dzieciaki fajne, panie opiekunki miłe, stołówkowe jedzenie jadalne...
Jedyną patologią na tej kolonii byłam ja.

Czemu? - spytacie.

Ano dlatego, że na tej kolonii właśnie dowiedziałam się o istnieniu takiego cuda jak smakowe pasty do mycia zębów dla dzieci. Wszystkie moje koleżanki je miały. Jedynie moja matula stwierdziła, że różowa pasta z drobinkami w środku, w opakowaniu z Arielką przegrywa w starciu ze jakimś dentystycznym paskudztwem o działaniu anty - wszystko w cenie takiej, że powinno to jeszcze myć naczynia i śpiewać w trzech językach.

Tak, mam tragicznie słabe zęby i tak, 20 lat później dalej kupuję te dentystyczne paskudztwa, niestety już z własnych pieniędzy.

Ale wracając do historii właściwej - byłam cholernie zazdrosna o te pasty koleżanek, ale jednocześnie też zbyt nieśmiała, żeby o tym komukolwiek powiedzieć.
Co więc młodsza wersja mnie wymyśliła?

Żarłam te pasty, jak nikt nie patrzył.

Miałam nawet wyrobiony rytuał robienia tego tak, żeby nikt nie zauważył - codziennie wieczorem chodziłam się myć ostatnia, żeby żadna koleżanka już się po mój pokarm bogów nie wracała. Zawsze brałam odrobinkę pasty - wielkości paznokcia palca serdecznego - no bo przecież musiało koleżankom i mi starczyć do końca dwutygodniowej kolonii. Mieszkałyśmy w sześć w pokoju z łazienką, więc miałam 5 cudownych smakowych past do wdupcania.

Byłam wtedy jak narkoman. Przez cały dzień zwiedzania kolejnych historycznych kamieni, które już nawet ciężko było nazwać ruinami, zastanawiałam się, w jakiej kolejności dzisiaj podjem pasty koleżanek. Zmieniałam nawet sposób jedzenia ich - czasem wkładałam grudkę do buzi i czekałam, aż się sama rozpuści, czasem wcierałam je w zęby i zlizywałam, a czasem kładłam pod język lub smarowałam nią usta. Parę razy nawet mieszałam różne smaki ze sobą. Te wybory to były moje najpoważniejsze decyzje na tym wyjeździe. Nic innego się nie liczyło.

Generalnie rzecz biorąc, do końca kolonii nikt się nie zorientował.
Niczego nie żałuję.
Czasem jak mam gorszy humor i potrzebuję się pocieszyć, to zamiast butelki wina wolę kupić sobie dziecięcą pastę smakową i zeżreć ją, oglądając koty w internecie.

#3yUJ7

Jestem starą zgorzkniałą babą bez celu w życiu i marzeń. Nie zawsze tak było. Jeszcze półtora roku temu miałam plany, marzenia, może nie jakieś wielkie, ale zwykły wyjazd na wakacje z rodziną byłby jak podróż dookoła świata. Mieliśmy być wszyscy razem, miało już być dobrze.

Moja córeczka zaraz po urodzeniu zachorowała na nowotwór. Nie dawali nam nadziei, ale walczyliśmy i pokonaliśmy potwora. A później on wrócił, większy, silniejszy i odebrał nam całą nadzieję. Dalsze leczenie byłoby dla niej piekłem, dali nam kilka tygodni na pożegnanie, zabraliśmy córkę do domu, żeby dać jej choć namiastkę normalnego życia, jakiego nigdy nie miała. A później odeszła, a z nią cała moja siła, wiara i chęć do życia.

Mam jeszcze syna, i to dla niego rano wstaję z łóżka. Nie chce mi się nawet chcieć, robię minimum, dla niego, dla siebie nie chce mi się robić nic. Mąż znalazł swój sposób na życie. Oddalamy się od siebie, a ja mam wrażenie, że dla wszystkich jestem tylko ciężarem, że lepiej byłoby im beze mnie, ułożyliby sobie życie sami, lepsze, szczęśliwsze. Jestem złą żoną, złą matką, do niczego już się nie nadaję. Po pięciu latach walki o zdrowie dzieci nie potrafię nic innego, poniosłam klęskę i nie umiem się z tym pogodzić. Może zrobiłam za mało, za mało wierzyłam, za mało walczyłam. Pomyślicie - czas się ponieść i żyć dalej... Tak, ja to wszystko wiem, tylko to nie takie proste.

#ugkoS

Dziwne sytuacje uczelniane kojarzą się przede wszystkim z dziekanatem albo prowadzącymi. U mnie natarcie nadeszło od najmniej spodziewanej strony - innego studenta.

Na moim kierunku jest trochę osób zza granicy, zwłaszcza Ukrainy i Białorusi. Poza innym imieniem i nazwiskiem i czasem trochę zaciąganiem na końcówkach nie da się ich od Polaków odróżnić. Poza jednym osobnikiem. Jego rodzice pochodzą z Bliskiego Wschodu, stąd też nazywa się w stylu Ahmed Mohammed oraz jest muzułmaninem. I nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby nie zachowanie wobec dziewczyn - wyraźnie uważa je za gorsze, nie rozmawia z nimi, jeśli któraś popełni błąd i o coś go poprosi, na szczęście nie jest krytykowana słownie, ale wzrokowo tak, że się odechciewa.

Ostatnio jednak odwróciło się to przeciw niemu. Okazało się, że musi donieść jakieś papiery do dziekanatu, a jeśli nie zrobi tego do końca sesji, to jest skreślany z listy studentów. Logiczne, taka była umowa, miał czas od października. Są jednak dwa problemy - nie chce tego zrobić oraz nie przyjmuje tego faktu do wiadomości. To drugie wynika z tego, że starostą jego grupy jest - o zgrozo - przedstawicielka płci pięknej. Nie czyta wiadomości od niej, ze wszystkim zwraca się do starosty roku, który ma (nie)szczęście być chłopakiem. Ten też mu o tym mówił, ale stwierdził, że nic z tym nie zrobi, bo nie będzie robił tego, co mu kobieta każe...

Żeby nie było - do samych tych ludzi nie mam nic, mam dobrego znajomego tego wyznania i pochodzenia i świetnie się zasymilował u nas, ba! Przypomina innym, żeby przepuszczali dziewczyny w przejściu. :D ale jeśli komuś kultura nie pozwala na funkcjonowanie, to już jest jego problem.

#hBRWW

Interesuję się astronomią oraz mam trądzik. Co to daje? Czasem na twarzy wypatruję różnych gwiazdozbiorów.
Zawitały już m.in. Cefeusz, Mała Niedźwiedzica, Mikroskop oraz te prostsze: Sekstant, Delfin, Strzała, Rzeźbiarz czy Rajski Ptak.
Ot, takie małe wyznanie, o którym wiecie tylko Wy. :)

#LwwAS

Zacznę od tego, że jestem taksówkarzem w Krakowie. Czasem się tak zdarza, że potrzeby fizjologiczne przypominają o sobie w najmniej oczekiwanym momencie w pracy. Tak też było i tym razem. Późny wieczór. Potrzeba "drugiej" kategorii. Najbliżej całodobowy, duży hipermarket i kilka toalet w nim.

Szczęśliwy zasiadłem na jakże cudownym tronie i czynię swoje powinności. Dla zabicia czasu przeglądałem Internety. W pewnym momencie przez dolną szparę w ściance działowej pojawia się skrawek papieru toaletowego, a na nim napis: "JAK CHCESZ TO CI OBCIONGNE" (oryginalny zapis).

Nigdy w życiu tak szybko nie ubierałem spodni. Oczywiście szybko z tego miejsca się ulotniłem, ale niestety trauma pozostała do dziś. :(

#6nOOl

Mam o 3 lata starsza siostrę K, ja sama mam 13 lat, być może pod koniec tego wyznania uznacie mnie za potwora, ale muszę to komuś wyznać.
Otóż K urodziła się chora, kij z tym jaka to choroba, faktem jest, że moja o 3 lata starsza siostra jest na poziomie przedszkolaka, robi do pampersów, musi nosić śliniak itd. Moi rodzice wiedzieli, że urodzi się chora.

Kocham moją siostrę i kocham rodziców, ale jestem pewna, że jeżeli zajdę kiedyś w ciążę i dziecko będzie chore, to bez zastanowienia usunę, i nie dlatego, że nie będę go kochać, ale dla jego dobra, takie dziecko, kiedy mnie już nie będzie, zostanie całkowicie same... tak jak moja siostra.

No właśnie, doszliśmy do sedna sprawy, przecież K nie będzie sama, ma mnie, opiekę społeczną, resztę rodziny, otóż nie. Nie mamy dalszej ani bliższej rodziny, opieka społeczna? Pomoc jaką oferuje państwo jest śmieszna, ja? Ja w wieku 8 lat musiałam karmić siostrę łyżeczką, w wieku 11 zmieniać jej pieluchy, przez całe dotychczasowe życie patrzyłam na rodziców ledwo wiążących koniec z końcem, mama już teraz ma problemy z kręgosłupem, a nie ma jeszcze nawet 40 lat.

I nikt nie mówi tego głośno, ale ja wiem, że oni oczekują, że jak ich nie będzie, to ja przejmę opiekę nad siostrą (podejrzewam nawet, że właśnie dlatego zdecydowali się na drugie dziecko), ale ja nie mam zamiaru tego robić. Już teraz zaczęłam układać plan na przyszłość, kiedy mogę (a zdarza się to rzadko, bo przecież muszę pilnować K), opiekuję się dziećmi sąsiadów, wyprowadzam psy i odkładam każdy grosz. Bardzo kocham swoją rodzinę, ale jak tylko skończę 18 lat, to mam zamiar całkowicie urwać kontakt, wiem, że to okrutne, ale mam tylko jedno życie i nie chcę go (przykro mi to pisać) marnować dla kogoś, kto tylko wegetuje, nic nie wnosi dla świata ani społeczeństwa, a potem umrze.

#cdbRN

Jakiś czas temu pracowałam dorywczo w McDonald's.
Tego dnia stałam "na kasie" od 10 rano do 20 wieczorem, więc siłą rzeczy pod koniec zmiany byłam naprawdę zmęczona i zniechęcona do obsługi niekończących się gości. Jak pewnie każdy wie, w tej słynnej restauracji po opłaceniu zamówienia gość dostaje paragon z numerkiem, co umożliwia mu odebranie jedzonka.

Po 9 godzinach mówienia formułki: "proszę bardzo, oto reszta i paragon z numerem zamówienia..." nawinął mi się kolejny chłopak. Złożył zamówienie, zapłacił. Wydałam mu resztę i wręczyłam paragon mówiąc klasyczne: "proszę bardzo, reszta, paragon i numer TELEFONU...".

Momentalnie zrobiło mi się maksymalnie głupio, chłopak miał minę zdezorientowaną, bo do Maka przyszedł z dziewczyną, która siedziała sobie gdzieś przy stoliku. Szybciutko przeprosiłam za przejęzyczenie, on się uśmiechnął i tonem amanta powiedział tylko "jasne, jasne".

Po jakichś 30 minutach chłopak znów podszedł do kasy, wręczył mi paragon, tyle że z jego numerem telefonu i na odchodne rzucił: "zadzwoń, tylko nie dziś, bo zjebiesz mi randkę". I poszedł.

Nie zadzwoniłam. Nie żałuję.
Dodaj anonimowe wyznanie