Miałem ciężki tydzień. Znajomi zabrali mnie do baru. Urwał mi się film.
Rano obudziłem się z mega kacem i SMS-em o treści "Po powrocie do świata żywych zapraszamy do baru XYZ po odbiór nagrody :)".
Po pijaku wygrałem konkurs karaoke, a nagrodą było 8 tys. zł i open bar do końca roku, a jakiś obcy facet chce mnie wziąć na wokalistę do zespołu.
Nawet nie wiedziałem, że mam taki talent :D
Jak byłem w 3 gimnazjum, zaprzyjaźniłem się z dziewczyną z przeciwnej klasy. Karolina miała tyle lat co ja, czyli 16, fajnie się z nią rozmawiało. I gdy moje uczucie do niej rosło okazało się, że ma chłopaka... Smutno było mi z tym faktem, bo naprawdę czułem do niej coś więcej. Jednak od pewnego dnia nie odpisywała mi na wiadomości i nie było jej w szkole. Po 2 tygodniach wróciła do szkoły, była smutna, nie odzywała się do nikogo i nic ją nie obchodziło. Po wielokrotnych pytaniach powiedziała, żebym przyszedł do niej po szkole. Gdy już byliśmy w jej pokoju zalała się płaczem, przytuliła mnie i wyjawiła, że jej chłopak ją zgwałcił. Byłem zaszokowany, jednak tuliłem ją dalej i pocieszałem. Rodzice już o tym wiedzieli i sprawa była zgłoszona na policję i toczyło się postępowanie.
Nie minęły 2 miesiące, a znowu zapłakana powiedziała o tym, że jest w ciąży. Wtedy nie myślałem o niczym innym a tylko o tym, jak być przy niej i jej pomagać. Nie chciała usuwać dziecka. Chciała urodzić i dać je rodzicom w opiekę. Chodziła do szkoły, nie było widać jeszcze brzucha, a po wakacjach miała indywidualne nauczanie.
Przez czas jej ciąży zbliżyliśmy się jeszcze bardziej, nawet mogę powiedzieć, że czułem się prawie jak ojciec. Jej rodzice powiedzieli mi na osobności, że tylko przy mnie czuje się dobrze i jest spokojna, powiedzieli również, że mają do mnie zaufanie i mogę przychodzić do niej kiedy chcę.
Dziecko się urodziło, ja biegałem wokół dziecka jak mały samochodzik, aby pomóc Karolinie. Wtedy zapytałem o chodzenie i się zgodziła, byłem zadowolony jak nigdy. Moi rodzice wiedzieli o tej sytuacji i miałem od nich pochwalę i że są ze mnie bardzo dumni.
Dziś mamy po 24 lata, Igora traktuję jak swoje dziecko. Karolina pozbyła się lęków po gwałcie i nie budzi się ze strachu w nocy. Chcę z nią stworzyć rodzinę.
A, i mam nadzieję, że Igor doceni kiedyś, że ma tak młodych rodziców ;)
Mój szef jest skandynawskim cebulakiem.
Za każdym razem kiedy kończy się nam mydło, rozwadnia te 5 ml co zostało w szklance wody, żeby móc jeszcze trochę dłużej go używać (uwierzcie mi, takie "mydło" już nie myje).
Choć zarabia w milionach, ZAWSZE kupuje i je wyłącznie produkty przeterminowane, z przecen.
Naturalnie nie mamy prawa wyrzucać NICZEGO, bo wszystko może się jeszcze przydać. Biuro wygląda i pachnie przez to jak wysypisko śmieci.
Na moim biurku stoją stare pudełka z takimi oprogramowaniami jak Windows 95 czy 97.
Wycina znaczki bez pieczątki z listów, które do nas przyszły i używa ich ponownie, gdy my coś wysyłamy.
Choć mógłby spokojnie kupić sobie Teslę, jeździ starym, 26-letnim autem, które ciągle mu się psuje. A jeździ w bardzo długie ponad 1000 km trasy i nie jest śmiesznie, jak samochód mu akurat tam pada.
Poza tym jest całkiem spoko typkiem. Choć cieszę się, że nie jest moim ojcem. Wtedy musiałabym pewnie prać zużyte tampony i używać ich na nowo.
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dziewczyna jest w stanie sama nasikać sobie do oka...
Jest.
Potwierdzone info.
Kiedy mój chłopak zaśnie, uwielbiam wtulić się w okolicach jego pach i je obwąchiwać. Nie ma dla mnie przyjemniejszego zapachu.
Po ostatnich wydarzeniach związanych z himalaistami mój mąż stwierdził, że on się im dziwi, dlaczego nie biorą ze sobą nart i jak wyjdą na górę, to nie zjeżdżają z niej.
No cóż...
Sytuacja sprzed roku. Była piękna, letnia niedziela. Małżonka postanowiła zrobić obiad, więc zostawiła pod moją opiekę naszą pięcioletnią córeczkę. Chcąc nacieszyć się pogodą, poszliśmy do pobliskiego parku na plac zabaw.
Usiadłem na ławce obok, a dziecię pobiegło pobawić w piaskownicy. Zacząłem robić coś z telefonem, gdy nagle moja pierworodna podeszła do mnie i powiedziała:
- Tatusiu, dasz mi pieniążek z numerkiem 5?
Zdziwiony prośbą zapytałem:
- A po co ci?
- No bo tam jest taki pan, który miesza karty i można wygrać więcej pieniążków - odpowiedziała wskazując na grupkę ludzi stojących wokół stolika. Karciany Oszust. Widzę w oczach dziecka chęć zagrania, ale tłumaczę jej co ten pan naprawdę robi. Ona jednak nie dawała za wygraną i prosiła coraz bardziej.
"Oj tam, mam akurat drobne, to jej dam, a ona dostanie lekcje życia" pomyślałem.
Wzięła monetę i podbiegła do mężczyzny i poprosiła o grę. On widząc naiwniaczkę zgodził się z uśmiechem i zaczął mieszać karty. Mała od razu postawiła swoje (tzn. moje) pieniądze i, a jakże, wygrała pierwsze rozdanie. Kolejne, i znów wygrana. Miała już 15 zł. Oszust oczywiście dał jej wygrać i widząc, że dziewczę połknęło haczyk, zaproponował:
- Może teraz zagrasz o większe sumy? Większa wygrana i zabawa...
- NIE. DZIĘKUJĘ, DO WIDZENIA! - wykrzyknęła i uciekła do mnie, zostawiając za sobą osłupiałego karciarza i śmiejących się gapiów.
Przy mnie z dumą pokazała nowo zdobyte monety, które zarobiła w tak łatwy sposób.
Tego dnia wyciągnąłem dwa wnioski:
1. Ta dziewczyna poradzi sobie w życiu,
2. Moje lekcje życiowe są do dupy.
PS Za wygraną postawiła nam kolejkę lodów dwugałkowych :D
Kiedy miałam 6-7 lat, moja ówczesna kotka powiła miot trzech prześlicznych kociąt. Rodzice zgodzili się, że jedno z nich zostawimy, resztę oddamy innym do adopcji (topienie oczywiście nie wchodziło w grę). Tak więc kotka i mały kocurek szybko znaleźli nowy dom, nie ukrywam, że było mi trochę przykro, ale z drugiej strony wiedziałam, że im tam też będzie dobrze. Zostawiliśmy sobie kocurka, był prześliczny, przypominał mi te szare koty z reklam whiskasa, no cudowny. Do tego był bardzo przyjazny, nie był agresywny, ale bardzo lubił się bawić.
Pewnego wieczoru zauważyłam niewielką ranę na jego uchu, pomyślałam, że znowu wdał się w bójkę z innymi kotami. Jednak rana z dnia na dzień się pogłębiała, do tego zauważyłam podobną na jednej z tylnych nóg. Razem z siostrą bardzo dbałyśmy, aby rany się zagoiły, kilka razy dziennie przemywałyśmy i owijałyśmy nogę i ucho (dodam, że w tych czasach jeżdżenie do weterynarzy nie było takie powszechne). Jednak nie przynosiło to żadnych efektów, zdawało się, że rany te gniją, do tego wydawały nieprzyjemny zapach. Pewnego razu kot zaginął. Wszyscy myśleliśmy, że uciekł do pobliskiego lasu, aby się gdzieś zaszyć i umrzeć. Już nawet się z tym pogodziłam, kiedy pewnego dnia stanął przed naszymi drzwiami. Tylko tym razem z poszarpanym uchem i brakiem jednej nogi. Po pewnym czasie przywykliśmy do jego kalectwa i wszystko wróciło do normy. Dalej jednak nie wiedzieliśmy, co było przyczyną tak poważnych ran, bójki z innymi zwierzętami z pewnością nie doprowadziłyby do tak poważnych obrażeń.
Wkrótce prawda wyszła na jaw. Nasz sąsiad, przeciwnik zwierząt, przyznał się, że kiedy nasz kot biegał sobie po jego ogródku (nasze posesje dzieli tylko siatka, co dla kotów nie stanowi żadnych przeszkód), postanowił oblać go kwasem. Jak to usłyszałam, to krew się we mnie zagotowała, jeszcze nigdy nie czułam tak wielkiej odrazy i nienawiści do drugiego człowieka.
Dzisiaj, 14 lat później, pożegnałam mojego ukochanego kotka, głównego bohatera tego wyznania. Jak zmarł? Potrącił go samochód. Nie mogę się z tym pogodzić, po tym wszystkim co przeszedł (historia z kwasem to nie jedyny taki epizod) zginął na drodze, którą przekraczał tysięcy razy. Mimo wszystko zawsze będę go pamiętać jako kota o naprawdę dziewięciu życiach.
Pracuję w pewnym bardzo drogim, snobistycznym butiku. Ze względu na to niewiele się tu dzieje. Zazwyczaj wolny czas wykorzystuję do nauki języków, czytania czy po prostu przeglądania internetów.
Tym razem zabrałam ze sobą kosmetyczkę - zaraz po pracy szłam na randkę, chciałam pięknie wyglądać. Po pomalowaniu i spiłowaniu paznokci przyszedł czas na regulację brwi. Gdy i z tym się uporałam, odnalazłam na dnie kosmetyczki... pilnik do stóp. Moje pięty są w fatalnym stanie, więc w pielęgnacyjnym uniesieniu zaczęłam je ostro ścierać, unosząc chmurę naskórkowego pyłu. Tak się zapamiętałam w tej nierównej bitwie, że nie zauważyłam, jak do sklepu weszła klientka...
Wyobraźcie sobie teraz, że przychodzicie do sklepu, w którym bluzka kosztuje równowartość średniej pensji zwykłego Polaka i wita was czerwona na czole ekspedientka bez buta, zgięta w pół i ścierająca pięty. Słabo, nie?
Na szczęście klientka okazała się równą babką i tylko sobie ze mnie pośmieszkowała. Ubaw miał też mój chłopak, gdy jedną piętę miałam gładką jak pupka niemowlaka, a druga mogłam ścierać ser.
Za to przez następny miesiąc byłam przykładną pracownicą i dostałam nawet premię!
Studiuję w mieście oddalonym od domu rodzinnego kilka godzin drogi, przyjeżdżam do domu na KAŻDY weekend.
Znajomi trochę śmieszkują, że jestem taka rodzinna, parę osób twierdzi, że mi zazdrości dobrych stosunków z rodzicami... Rodzice też są zachwyceni, bo jestem najmłodsza z rodzeństwa, więc wiadomo - troszkę oczko w głowie, w dodatku bracia już się usamodzielnili, zakładają rodziny, więc rodzice chyba czują się trochę samotni.
Nigdy się im nie przyznam, że nie przyjeżdżam odwiedzać ich - to mogłabym robić raz na parę miesięcy, tylko ich psa.
Dodaj anonimowe wyznanie