#1rfpn

Życie w akademiku pozwala sprawdzić swoją wytrzymałość w obliczu sytuacji, które (chyba) w normalnym życiu miejsca nie mają.

Wypicie setki czystej przed egzaminem, by złagodzić nerwy - rozumiem (dla ciekawskich - pani profesor chyba nic nie zauważyła, a koleżanka dostała 4+).
Chodzenie na sąsiednią stację benzynową, by się załatwić, bo ekipa ze Wschodu od 3 miesięcy robi remont połowy kibli w akademiku, który miał trwać 2 tygodnie - rozumiem.
Uczenie się przez 26 godzin bez przerwy, po czym zjedzenie jajecznicy z 8 jaj, popicie 2 energetykami i pójście na egzamin (i zdanie go) - rozumiem.
Żywienie się głównie mrożoną pizzą z biedry przez 4 miesiące, by zaoszczędzić i mieć na maoryski tatuaż - rozumiem.
Puszczanie na cały regulator Krzysztofa Krawczyka i Anny Jantar przez 4 dni z rzędu (policja za każdym razem chwaliła gust muzyczny) - rozumiem.

Ale rzyganie do foliowych torebeczek, zamrażanie tych bełtów, a następnie podkładanie ich ludziom w pokojach, by powoli odsłaniały swoje uroki - TEGO JUŻ KU*WA NIE ROZUMIEM!

#b9IE3

Warszawa, hotel drugiej kategorii, przyjazd o 1 w nocy i klops, brama zamknięta. Dzwonię na recepcję i po chwili wychodzi starsza pani w szlafroku i otwiera bramę, uradowany wyjeżdżam na parking, wychodzę z auta i tłumaczę się i przepraszam, że tak późno. Kobiecina mówi, że ona już spała, bo myślała, że nie przyjadę. Gadka-szmatka, idę w stronę bagażnika, wyciągam torby  i nagle zdziwienie - kobiety nie ma... Rozglądam się zestresowany, a szanowna pani kuca przy drzwiach kierowcy, szlafrok podciągnięty i jakby nigdy nic pięknie sobie sika...
Ręce z ch...em mi opadły,  gdy padły słowa "Przepraszam, ale tak mnie PRZYCISŁO, że nie wytrzymałam". :D

#NHh68

Jechałem wraz z kolegą pustym autobusem ze wsi do większego miasta. Jako iż po drodze od "jego" wsi do "mojego" miasta było parę innych wsi, to na którymś przystanku dosiadły się dwie Karynki z jakże popularnym "Jezus Błaga Lud Idź". I po 20 sekundach nie wytrzymały tej ciszy i puściły coś, co obecne patologiczne resztki gimnazjum uważają za muzykę. Oczywiście, głośności nie poskąpiły, trzeba pokazać, że na baterii się nie oszczędza.
Podeszliśmy do nich i powiedzieliśmy, żeby ściszyły te szatańskie postękiwania, usłyszeliśmy chyba odpowiedź, bo głównie składało się to z "kurła". No dobra, nie to nie. Podszedłem do kierowcy, powiedziałem, żeby nie zwracał na nas uwagi.

Wróciłem do kolegi, plan już znał: zaczęliśmy śpiewać... hymn ZSRR ;). A jako iż obydwaj jesteśmy w chórze, to brzmiało to całkiem głośno i ładnie ;).
Po pierwszej zwrotce Karynki nie wytrzymały i wyłączyły głośnik, który zresztą i tak był cichszy od nas ;). Kierowcę zaśmianego przeprosiłem i tak dojechaliśmy do końca :)

#0EQwn

Jestem weterynarzem i mam szczęście prowadzić własną "lecznicę".

Dzisiaj przyszła do mnie dziewczynka z królikiem. Królik staruszek, od razu widać po nim, że już jego czas i zaczyna się męczyć. Zaproponowałam coś, co w dokumentach nazywane jest eutanazją, ale ja zwyczajnie mówię na to "uśpić". Dziewczynka ma już jakieś 12/13 lat, więc byłam pewna, że jakoś się z tym pochodzi (ja sama nie raz mniej więcej w jej wieku musiałam być przy takich zabiegach).

Dziecko było bardzo zaabsorbowane żegnaniem się że swoim zwierzakiem. Widać było, że jakoś przyjęła to do wiadomości, choć oczywiście łzy były.

(Żeby nie było, nie jestem nieczuła czy coś. Gdy moje zwierzę umierało, zawsze płakałam. Po prostu usypianie zwierząt jest w mojej pracy codziennością.)

A wtedy jej mama (przyjechała z obojgiem rodziców) powiedziała coś, co zupełnie mnie zszokowało.

"Asiu, nie martw się, bo jak tylko nasz króliczek umrze, to pani zrobi mu taki elektrowstrząs i on znów się obudzi!".

A najśmieszniejsze jest to, że ona naprawdę była o tym przekonana. Ja i pan tata patrzymy na nią wielkimi oczami. Naprawdę zajęło mi chwilę wytłumaczenie jej, że ani ja, ani żaden inny weterynarz (próbowała zarzucić mi brak kompetencji) takich "zabiegów" nie wykonujemy.

#gXBeC

Kiedy chodziłem do podstawówki zauważyłem, że jedno z moich jąder znajduje się niżej od drugiego. Wiadomo, że jest to zupełnie normalne, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Bardzo mnie to przeraziło. Byłem przekonany, że z tym jądrem jest coś nie tak. Myślałem, że jest urwane i dlatego wisi niżej. Przeraziłem się, że nie będę mógł mieć dzieci albo nie będę normalnie dojrzewać. Wstydziłem się kogokolwiek o to zapytać. Nie wpadło mi do głowy, żeby sprawdzić to w internecie.

Dostałem strasznej schizy na tym punkcie. Codziennie przed wzięciem prysznica z wielkim lękiem przez kilka minut badałem "sprzęt" w poszukiwaniu jakichś defektów. Dopiero kiedy w atlasie przyrodniczym w szkole zobaczyłem rysunek narządów płciowych, zauważyłem, że jądra nie są symetryczne i wyglądają tak jak u mnie. Bardzo mi ulżyło, ale stres, który wtedy przeżyłem, był naprawdę ogromny.

#qukqR

Mam głupi problem. Jestem studentem, wyjechałem na studia do innego miasta. Mam siostrę. Uczy się w mieście rodzinnym, jest w klasie maturalnej, chodziliśmy do tego samego liceum.
Jestem normalnym, w miarę przystojnym chłopakiem, dbam o wygląd, o sylwetkę i ubiór. Moja siostra? Wręcz przeciwnie.

Ma ponad 40 kilogramów nadwagi, jest gruba i ciągle je, bo „lubi”. Ma ogromny trądzik, nie chce go leczyć, stale go dotyka, drapie. Nie myje zębów, nie używa kosmetyków. Często ma tłuste włosy. Mimo swej figury nosi przylegające ubrania. Takie ze sztucznych materiałów - poci się w nich, i to widać. Czasami wychodzi bez stanika, nie goli się itp. To obleśne. Ona wiele razy była upominana przez rodziców, przez psychologa i nic. Mówi „a bo tak mi wygodnie” i niczego nie zmienia. W klasie się z niej śmieją, w szkole się z niej śmieją, a ona się tym nie przejmuje, ignoruje.
Najgorsze jest to, że w liceum wszyscy pytali mnie „O kurde, to serio twoja siostra?” albo mówili, że jest obrzydliwa, naśmiewali się z niej. To było przykre.

Usłyszałem ostatnio od rodziców, że siostra ma zamiar zamieszkać ze mną na studiach i pójść na tę uczelnię co ja. Mieszkam z kumplami i totalnie nie wiem, co zrobić. Wstyd mi, bo siostra ma ohydne, niechlujne nawyki i nijak nie idzie przekonać jej do zmiany stylu życia. Nieużywanie spłuczki w kiblu? No problem! Niemycie się? No problem! Wstyd mi to mówić, ale nie chcę, aby ludzie mnie z nią kojarzyli, a jednoczenie kocham ją, bo to moja siostra! Delikatne sugestie kierowane w stronę jej nadwagi kończą się słowami „jestem gruba, ale wesoła” - tyle że siostra jest obiektem drwin i wszyscy śmieją się z niej, nie z jej żartów. W liceum były memy na jej temat. Zwyczaje domowe siostry są obleśne, bo ona niczego się nie krępuje.
Tak strasznie nie chcę, aby z nami mieszkała, o ile się nie zmieni! Kurde...

#blGUI

Jako dzieci mieliśmy z bratem często poronione pomysły, oto jeden z nich.
 
Wychowywaliśmy się na wsi, a raczej na jej peryferiach, ponieważ zaraz za płotem zaczynał się las, który był naszym ulubionym miejscem zabaw. Latem spędzaliśmy tam całe dnie, jednak zawsze przeszkadzały nam one. KOMARY.

Jako dzieci zafascynowane dzikimi plemionami postanowiliśmy walczyć z komarami w nietypowy sposób. I nie, nie paliliśmy w ogniskach żadnych ziół, smarowaliśmy nasze ciała gliną, a dla lepszego efektu malowaliśmy na twarzach wzory z sadzy pozostałej przy płocie po czyszczeniu komina.

Nie muszę chyba dodawać, że ojciec musiał nas przed wpuszczeniem do domu płukać wodą ze szlaucha? ;-)

#RSkei

Czuję obrzydzenie do swoich stóp. Nie dlatego, że mam jakieś zaburzenie psychiczne czy inne skrzywienie. Przyczyną jest cholerna ferma kurzajek.
Jest kilka małych na pięcie i śródstopiach (obu), dwie większe: jedna pod dużym paluchem, a druga w tym miejscu, gdzie robią się haluksy. I jedna, największa paskuda - pieprzona Królowa Matka, z którą bujam się już ładne 6 lat, psia ją mać.

Po dzisiejszym prysznicu, jak zobaczyłam, że wokół tego bydlęcia pojawiły się drobne białe kropeczki, niektóre z minimalnymi dziurkami, poryczałam się. Ganiam do dermatologa, preparatów używam i dupa. W akcie desperacji smarowałam octem jabłkowym, a wcześniej kombinowałam z mleczami. I nic.
Stwierdzenie mojego dermatologa (jak z desperacji zaczęłam się dopytywać o leki - a nuż są jakieś tabletki?): mam problem, bo nie mam odporności na tego wirusa i żadnych medykamentów nie ma. No to może coś innego poza krio (tak się chyba nazywa to mrożenie azotem)? Jakiś zabieg albo co? Nie, no po co, pomrozimy i w końcu przejdzie!
Około 6 lat temu (jak nie więcej!) poszłam z jedną małą kurzajką na stopie (taki trochę większy rutinoscorbin), a dzisiaj kurwa mam pieprzoną fermę na obu stopach.

Jednak dzięki anonimowym dowiedziałam się o istnieniu lekarza (podologa?) specjalizującego się w leczeniu stóp. Zaraz zabieram się za szukanie gabinetu w moim mieście i mam nadzieję, że tam zatrzymają moją hodowlę.

#YcjDS

Jestem lekarzem.
Przechodzę korytarzem obok sali chorych, znany dźwięk, alarm z kardiomonitora, nagłe zatrzymanie krążenia. Prawie wbiegam na salę, a tam trzy pacjentki wpatrzone w ekran telewizora, na którym leci serial "Szpital" i właśnie tam w tv reanimują pacjenta. Głośność ustawiona na max, więc słychać było, jakby to się działo naprawdę. Odszedłem pogrążony w zadumie.
Dodaj anonimowe wyznanie