#64lMT

Do sklepu, w którym pracuję przychodzi bardzo dużo głuchoniemych osób. Pracują w zakładzie nieopodal i często wpadają na zakupy. Nie zawsze idzie się dogadać. Albo pokazują palcem, albo piszą na kartce co chcą kupić.

To w większości bardzo miłe osoby. I często zawstydzone, jakby mieli poczucie, że sprawiają kłopot.
Postanowiłam zrobić coś od siebie, by lepiej się poczuli. Kupiłam duży, kolorowy notes i śmieszny długopis.
I zapisałam się na kurs języka migowego...
Ot, takie moje nowe hobby.

Nigdy nie zapomnę tych zdziwionych i uśmiechniętych twarzy, gdy zaczęłam "migać" dzień dobry, do widzenia i dziękuję.
Idzie mi coraz lepiej, a radość na twarzach moich klientów kiedy życzę im miłego dnia w ich języku umacnia mnie w przekonaniu, że naprawdę było warto :)

#pZ899

Ostatnio poznałam dziewczynę mojego starszego syna.

Byłam wykończona po całej nocy pracy (jestem weterynarzem i przeprowadziłam wielogodzinną operację). Wchodzę sobie do domu, a w kuchni stoi zupełnie obca mi dziewczyna, ubrana tylko w za dużą koszulkę i męskie bokserki. Byłam tak nieprzytomna, że tylko usiadłam przy barku i powiedziałam: "Jak już tam stoisz, to zrób mi herbatę, OK?"
Dziewczyna nie wiedząc chyba za bardzo co ma robić zrobiła mi tę herbatę i stała nade mną niepewnie, aż jej nie wypiłam. Po wypiciu powiedziałam jej, że jestem zmęczona, więc idę spać i żeby nie zapomniała odrobić lekcji (nie mam pojęcia o co mi chodziło).

Syn przez cały ten czas był w łazience (brał kąpiel), więc zastał nas, gdy już wychodziłam z kuchni. Podobno kazałam mu zmienić pościel i poszłam do siebie.

Nie ma to jak pierwsze wrażenie.

#YFpWX

Mój kuzyn ma siedem lat i jest to serio dziwny dzieciak. Jak uważa moja babcia oraz mama: wszystko to z winy jego rodziców.

R. od początku był wychowywany na zasadzie "kupimy ci wszystko, co tylko się da". Czyli co pierdnął, to już miał, a nawet zanim zdążył pierdnąć, już to dostawał. W rezultacie jego pokój do teraz jest jedną, wielką graciarnią, gdzie są wszelkiego rodzaju zabawki, którymi R. w sumie to nie potrafi się bawić i tylko nimi rzuca, rozwala albo się ich boi. Co śmieszne, zabawki najczęściej kupowali mu rodzice oraz rodzice od jego matki, czyli jego dziadkowie.

Poza milionem zabawek, R. ma również milion innych rzeczy. Ciuchy, gadżety, śmieciowe akcesoria. A jeśli jeszcze chodzi o ubrania - nie wynosił ani połowy z nich. Nie raz widziałem jak ciocia (jego mama) wyrzuca NOWE, podarowane np. przez nas komplety ubranek dla młodego.

Ze względu, że nigdy nie wiedzieliśmy co młodemu kupować na święta czy urodziny - bo w końcu miał wszystko - ograniczaliśmy się do paru słodyczy, kasy w kopercie i jakiegoś ładnego ubrania. Co potem lądowało na śmietniku, tak, nawet słodycze, bo R. ich nie chciał, więc nie mogły być w domu.

R. wyrósł na młodego szantażystę, któremu wszystko wolno, może rozrabiać, rozwalać oraz rządzić się własnymi prawami, chceniami. Wszystko uchodzi mu od zawsze płazem. Jak coś rozwali, rzuci uśmiech, rodzice odkupią, a ciocia czy babcia wybaczy. Dodatkowo kręci się, nie potrafi wysiedzieć, nie wie co to czyjś ból i potrafi go sprawić (np. uderzając celowo babcię w głowę dziadkiem do orzechów, bo to "młotek ha, ha"). Jest specyficzny. Chce skupiać na sobie uwagę, często nie chce jeść i nawet zaczął obmacywać kobiecą część społeczeństwa (od mamy, po ciocie, kuzynki itd. aż do nauczycielki angielskiego!).

Dodatkowo R. śpi nadal z mamą. Bo sam rzekomo spać "nie potrafi, budzi się". Już nie raz rodzice młodego zostali ochrzanieni, bo cholera, co to ma być. Młody przez ten kontakt z mamą jest z nią bliżej niż ona (mama) ze swoim mężem. R. potrafi mamę pocałować w usta po parę razy, trzymać jej piersi i się z tego cieszyć, komentować jej "wielkie cyce" (sam to wymyślił) i nawet mówić, że ją kocha i to ona jest jego żoną.

Obrzydza, dziwi i irytuje mnie ta część mojej rodziny. Nic sobie nie robią z tego, że robią krzywdę temu dziecku. Ciocia z młodym się maca przy stole na świętach, wujek (jego tata) na wszystko dumne patrzy, a choćby babcia zwraca uwagę na ich zachowanie, a ciocia tylko się zawstydza i rzecze coś na styl "oj R., przeestań, w doomuu".

Nawet pisząc to, jestem oburzony. Serio. Nikt i nic na nich nie wpływa, nawet uwagi ze strony szkoły - niejednokrotnie byli wzywani, bo młody np. usiadł na kolana nauczycielce i powiedział, że ją kocha i ma "fajne cyce".

Skandal.

#wHZJt

Od wielu, wielu lat jestem kawalerem. Mniejsza o powody, dobrze mi się tak żyje i nie bardzo chcę to zmieniać. Niestety moja rodzinka ciągle suszy mi o to głowę i dopytuje, kiedy wreszcie się ożenię. Zawsze zbywałem ich odpowiedzią, że wezmę ślub tylko i wyłącznie w sobotę 29 lutego. Początkowo się na to nabierali i cieszyli, że szykuje się weselisko, dopiero po chwili załapywali, że 29 lutego to tylko raz na cztery lata, a 29 w sobotę to już w ogóle raz na kilkanaście lat.

Ostatnio jednak babcia zgasiła mój głupi uśmieszek oznajmiając, że powinienem już zacząć rozglądać się za salą i orkiestrą, wszak za dwa lata zmieniam stan cywilny. Sprawdziłem, ma starowinka rację, najbliższy dodatkowy dzień roku wypada w sobotę.

Zawsze uchodziłem za człowieka honorowego, który dotrzymuje słowa. To teraz chyba, psia kostka, muszę się zabrać za znalezienie odpowiedniej kandydatki, lokalu, fotografa i całej tej oprawy, wszak terminy gonią ;)

#LxPS5

Sytuacja z dzieciństwa.
Kiedyś wyszedłem na dwór i nogi zaczęły mi się plątać. Wróciłem do domu i powiedziałem dla mamy, że w tych butach nogi mi się plączą. Mama zdziwiona, no ale cóż, dała mi drugie buty. Wychodzę i znów ta sama sytuacja, więc wracam. "Mamo, w tych butach też mi się nogi plączą". Mama wystraszona, nie wie co się dzieje, ja też nie. Mierzy mi gorączkę, sprawdza, czy coś mi się stało. Wszystko oka,y więc o co chodzi? Idzie do pokoju na chwilę odłożyć termometr i patrzy - kubek. Zagląda, a tam... wino.

Okazało się, że ja, mały gnojek nie znający świata, szukałem czegoś do picia. Był tylko karton w lodówce, więc myśląc, że to sok, wlałem sobie.


PS Dobre było :D

#BCKQR

Przedział wiekowy mojej rodzinki jest dziwny.

Tata ma lat ponad 60, mama 40, a są małżeństwem już 20 lat. Jest to drugie małżeństwo taty. Z pierwszego ma syna, a mojego i mojej 22-letniej siostry przyrodniego brata. Ma on już swoje dzieci, ponad 20-letnie córki i 13-letniego syna.
 
Pierwsza kalkulacja wskazuje na to, że zostałem wujkiem najmłodszego w wieku 2 lat, bo wobec dziewczyn jeszcze nie istniałem. Druga kalkulacja mówi natomiast, że mam brata jakieś 2 lata starszego od mamy.

#mYtF7

Przyjechał mój ojciec, ''stary'' wojskowy, generał, z wykształcenia inżynier, a z zawodu oficer wywiadu, specjals - tak to się chyba nazywa? Od razu widać, jak dom w przeciągu dwóch tygodni zmienił się nie do poznania - dyscyplina jest jak w wojsku, synowie zaczęli się uczyć, co jest niesamowite, jak ktoś ma nastoletnie dzieci w okresie buntu to wie, że zagonić ich do nauki to syzyfowa praca. A tutaj przyjechał dziadek i urządza im szkolenia, od pobudki rano i pompek do wspólnej nauki matematyki. Naprawdę nie wiem jak synowie poprawili oceny, ani moja pomoc, ani korki nic nie dawały, a tu po lekcjach dziadka w ciągu dwóch tygodni poprawili ostatnie pały z matematyki i fizyki, jeden na 5, drugi na 5 i 4. Sprzątają pokój, myją naczynia, w trakcie weekendu zabiera ich na boks i strzelnicę, bo ''to zniewaga boska, żeby prawie dorosłe chłopy się bić nie umiały w razie czego i broni nie miały w rękach''.

Naszego poczciwego psa nauczył podawać łapę, labrador ma 5 lat i byłam zdania, że starego psa nie nauczy się nowych sztuczek. Mąż miał codzienne lekcje naprawy silnika po tym, jak mój ojciec usłyszał, że chce oddać auto do naprawy. Raz idąc do sklepu ojciec spotkał trzech dresiarzy pijących na ławeczce piwo, a jakże by inaczej - ich też zagonił do swojej nowej ''jednostki''. Znam ich z osiedla, chłopaki po 18- 20 lat, nic nie robią, piją i siedzą okrągły rok byle gdzie. Myślałam, że ojciec żartuje z tym szkoleniem, a następnego dnia ci trzej przychodzą pod dom o 7 rano i pytają, czy jest ''pan generał''. Dostali wojskowy ochrzan za spóźnienie, ale teraz codziennie przychodzą do nas do domu.

Mamy sąsiada obok, pana Janusza z 17-letnim synem Wojtusiem, jeszcze gorszym leniem niż moi chłopcy. Tego też ojciec ustawił, chyba pierwszy raz w życiu raczył odśnieżyć podjazd i ulicę, a syna wysłał do nas, jak wchodzą to trochę jest tłoczno, ale mamy duży dom i miejsca starczy. Poza tym większość szkoleń jest na świeżym powietrzu. Czasem mi szkoda tych wszystkich dzieciaków, jak wystają w kurtkach na zewnątrz po 2-3 godziny, ale świeże powietrze dobrze im zrobi. Teraz są ferie, śniegu napadało i ojciec zabrał całą gromadę na tydzień do lasu ''pod namiot''. Nie byłam do końca przychylna, bo wszędzie śnieg i zima, ale trochę spokoju będę miała. Sama nie mogę jechać, za dużo spraw mam. Tak więc ojciec ruszył wraz z moimi synami, moim mężem, moimi 2 córkami (bałam się puścić młodszą 12-letnią, ale chciała), tymi trzema dresami i ich 3 kolegami w pakiecie, panem Januszem i jego synem, moim bratem - też żołnierzem i jego trójką dzieci (córka i 2 synów) oraz dwoma kolegami ojca z wojska - emerytowanym panem pułkownikiem Mirosławem i panem Leonem - chirurgiem wojskowym, żeby opieka medyczna ''oddziału'' też była.
Wyruszyli dziś rano. Mam spokój po 3 godzinach pakowania.

#nUEGD

Razem z mężem i synkiem mieszkamy w bloku, oczekując na koniec budowy naszego domu. Mimo że mieszkanie, w którym tymczasowo mieszkamy jest jednym z tego typu, gdzie jak głośniej puścisz bąka, to sąsiedzi usłyszą, nigdy nie było większych problemów. Do czasu.

Moja sąsiadka z góry zaszła w ciążę. Chociaż sam fakt wydania na świat potomstwa jest piękny, jej zachowanie już mniej.
O ciąży mojej sąsiadki dowiedział się cały blok, gdyż ta postanowiła zawiesić kartkę na tablicy ogłoszeń. Na kartce napisane było "Proszę o trzymanie zwierząt w budynku na rękach, ponieważ jestem w ciąży. Sąsiadka z XX".
Następnym krokiem było torturowanie nas Mozartem o 01:00, ponieważ jej dziecko w brzuchu nie mogło usunąć. Zmieniała głośność, żeby ukoić syna lub córkę.
Następnie pojawiło się wybieranie pokoiku dla dziecka. Słyszałam hałasy i poszłam prosić o ciszę ze względu na porę (24:00), co zobaczyłam? Sąsiadka siedziała na podłodze i płakała. Mądra sąsiadka wyczytała, że należy wziąć arbuza (jeśli chce się, żeby była dziewczynka) i zrzucać go z wysokości swoich ramion w każdym pomieszczeniu domu. Tam, gdzie arbuz się rozbije, to idealne miejsce na pokoik. Płakała, bo arbuz rozbił się w kuchni i w łazience. Stanęła przed poważnym dylematem.
Kilka dni temu na tablicy ogłoszeń pojawiła się kolejna kartka. "Proszę wszystkich o rzucenie palenia, alkoholu lub hazardu, ponieważ jestem w ciąży i chcę dobry przykład dla dziecka". Cytat dosłowny.

Coś czuję, że pojawi się druga część..

#1rfpn

Życie w akademiku pozwala sprawdzić swoją wytrzymałość w obliczu sytuacji, które (chyba) w normalnym życiu miejsca nie mają.

Wypicie setki czystej przed egzaminem, by złagodzić nerwy - rozumiem (dla ciekawskich - pani profesor chyba nic nie zauważyła, a koleżanka dostała 4+).
Chodzenie na sąsiednią stację benzynową, by się załatwić, bo ekipa ze Wschodu od 3 miesięcy robi remont połowy kibli w akademiku, który miał trwać 2 tygodnie - rozumiem.
Uczenie się przez 26 godzin bez przerwy, po czym zjedzenie jajecznicy z 8 jaj, popicie 2 energetykami i pójście na egzamin (i zdanie go) - rozumiem.
Żywienie się głównie mrożoną pizzą z biedry przez 4 miesiące, by zaoszczędzić i mieć na maoryski tatuaż - rozumiem.
Puszczanie na cały regulator Krzysztofa Krawczyka i Anny Jantar przez 4 dni z rzędu (policja za każdym razem chwaliła gust muzyczny) - rozumiem.

Ale rzyganie do foliowych torebeczek, zamrażanie tych bełtów, a następnie podkładanie ich ludziom w pokojach, by powoli odsłaniały swoje uroki - TEGO JUŻ KU*WA NIE ROZUMIEM!
Dodaj anonimowe wyznanie