Jestem kobietą i wnerwia mnie strasznie to babskie chodzenie razem do toalety.
Poza domem - gdy jestem w towarzystwie, mówię czasem standardowe: "Dobra, przepraszam was na chwilę, ale idę do łazienki" i co? Zaraz jakaś przedstawicielka płci pięknej rzuca się za mną z tekstem: "Czekaj, idę z tobą!!!". Noż kuźwa. Może akurat idę wypuścić trujące gazy, albo na dłuższe posiedzenie - załatwianie takich rzeczy poza domem już samo w sobie jest niekomfortowe, a co dopiero, gdy ktoś idzie ci przy nich towarzyszyć.
Tak samo denerwują mnie psiapsióły urządzające sobie z publicznej łazienki miejsce na pogaduchy. Cholera, może akurat potrzebuję głośno pierdnąć i głupio mi jest to zrobić, gdy za drzwiami 3 koleżanki od 5 minut paplają o pierdołach, zamiast wyjść, by dać innym choć namiastkę prywatności.
Kobiety! Łazienka to miejsce, w którym się sika, robi kupę, zmienia podpaski, pierdzi oraz robi inne, intymne rzeczy. Załatwcie swoje sprawy i wyjdźcie, zamiast urządzać tam kącik spotkań towarzyskich. I przestańcie za mną łazić do kibla!
Właśnie uświadomiłam moją przyjaciółkę, że wilk i wilkołak to nie to samo.
Zapytacie jak? To bardzo proste.
Opowiedziała mi, że widziała wilkołaka w parku narodowym.
Typowy polski psychiatryk: codziennie pod oknami napierdalają dzwony kościelne, codziennie przez kilka godzin po psychiatryku kręci się ksiądz i do wszystkich zagląda. Natomiast lekarza widziałem dwa razy w ciągu czterech dni, przez chwilę, zaś psychologa ani razu. Już częściej widuję tu policję...
Kiedy miałam około 7 lat, w telewizji bardzo często można było trafić na reklamy sex-telefonu. Nie było to puszczane tylko późno w nocy, ale np. między "Familiadą" a "Szansą na sukces". Jako mały szkrab nie bardzo rozumiałam, o co dokładnie w tym chodzi, ale bardzo dobrze zapamiętywałam te numery. Zazwyczaj były one podawane w postaci piosenki. Podśpiewywałam sobie to często pod nosem. Na szczęście nikt nigdy tego nie usłyszał, ale przejdźmy do właściwej historii.
Kiedyś na rodzinnym zjeździe u babci, wszyscy zajęci rozmową bądź graniem w karty, nie zwracali baczniejszej uwagi, co robią dzieci. A że u mnie w domu nie było telefonu, to postanowiłam, że spróbuję zadzwonić na 0-700 z babcinego. Byłam bardzo ciekawa, kto tam się odezwie po drugiej stronie. Zaczęłam sobie śpiewać w głowie melodię z zapamiętanym numerem, wystukuję odpowiednie cyfry i... słyszę, że jest sygnał. Po chwili włączyła się jakaś wolna muzyczka, więc postanowiłam, że posłucham. Trochę to trwało, gdy nagle odezwała się kobieta, której słowa zapamiętałam do dzisiaj: "Cześć, świetnie, że dzwonisz. Mam nadzieję, że super się zabawimy". Ja, jak to dzieciak, przeraziłam się nie na żarty i szybko odłożyłam słuchawkę. Ale to nie koniec.
Były to czasy, kiedy stacjonarki posiadały tylko nieliczne rodziny, a "komórki" były bardzo drogie i je również rzadko kiedy ktoś miał. Z tego powodu za drobną opłatą "wynajmowało" się telefon sąsiadowi bądź znajomemu, który potrzebował szybko skontaktować się z rodziną albo jakimś urzędem itp. Moja babcia też tak robiła, ale do czasu, aż przyszedł jej rachunek telefoniczny. Nie wiem, jaka to była kwota, ale pamiętam jak dzisiaj, że zrobiła wielki raban, że ludzie są niewdzięczni, bo ona im pozwala dzwonić, a oni ją naciągają na duże koszty, bo im się bzykać zachciewa. Od tamtej pory już nikomu nie pozwalała na dzwonienie. Tylko nikt nie wie, że tak naprawdę to byłam ja. Nigdy nikomu z rodziny się do tego nie przyznałam.
Będąc w trzeciej lub czwartej klasie podstawowej, puściłam w szkole "mokrego bąka". Sytuację szybko opanowałam w łazience chusteczkami oraz mydłem, które na szczęście zniwelowało zapach. Majtki były białe, a plama pod wpływem wody straciła na intensywności, natomiast zakreślała szerszy obszar.
Mama, robiąc pranie, zauważyła to i przyszła do mnie, zaczynając wykład o... okresie! Ze wstydu wolałam słuchać, jak to jest z tym okresem, niż się przyznać. Bardzo się zaangażowała, nawet kupiła mi podpaski z kwiatkami dla nastolatek i mówiła, że mogę się "pochwalić koleżankom" jaka jestem dorosła. Dodała też, że okres z początku jest bardzo nieregularny, więc będziemy obserwować ten stan.
Miała rację, bo "drugiego okresu", a tego pierwszego prawdziwego dostałam dopiero dwa lata później, pod koniec podstawówki.
Nigdy jej nie wyprowadziłam z błędu.
Chyba każdy zna kogoś, kto jest miłośnikiem kontrowersyjnego, czarnego humoru humoru, ironicznych żartów itd. U mnie taką osobą była X. Często rzucała nam takimi tekstami, żartami o aborcji, samobójstwie, no wszystkim. Potrafiła każdego niesamowicie rozbawić do łez i sama zawsze miała ten przekochany uśmiech na twarzy. Zawsze się o innych troszczyła bardziej niż o siebie.
W pewnym momencie przestała chodzić do szkoły. Mówiła, że jest chora, że niedługo przyjdzie. Uwierzyłyśmy jej. W tym czasie spotkałyśmy się z nią parę razy i zachowywała się tak samo, jak zawsze. Wróciła do szkoły na dwa tygodnie. Raz rozpłakała się po rozmowie z nauczycielką i nie byłyśmy w stanie jej uspokoić. Mówiła, że to przez to, że nie może spać i na niczym się skupić i żebyśmy się nie martwiły. Znowu przestała chodzić do szkoły. Zastanawiałyśmy się, co się dzieje i że przesadza, że tak omija szkołę. W końcu mało snu to nie aż taka tragedia, prawda? Otóż jednak nie.
Po jakimś czasie namówiłyśmy ją na spotkanie, żeby wytłumaczyła nam, co się z nią dzieje. Powiedziała, że ma depresję i jest na lekach i ma chodzić na terapię. Powiedziała to z takim smutnym uśmiechem i kazała się nie martwić. Wszystkie stwierdziłyśmy, że pewnie stresuje się szkołą i to przez to. Zbagatelizowałyśmy to kompletnie.
Spotkałyśmy się co najmniej raz na tydzień. Zawsze śmiała się najgłośniej. Zawsze żartowała. Była tą samą X, którą znałam od lat.
Dwa tygodnie temu X nie zjawiła się na zajęciach indywidualnych. Nauczycielki pytały, czy wiemy, co się z nią dzieje. Było to dzień po naszym spotkaniu.
Nie odbierała telefonu, nie odpisywała na wiadomości.
X popełniła samobójstwo kilka godzin po tym, jak ostatni raz się widziałyśmy. Do dziś boję się przeczytać list od niej. Mam ogromne wyrzuty sumienia, że jej nie pomogłyśmy. Żałuję, że przez to, że byłyśmy okropnymi przyjaciółkami, nie byłyśmy w stanie uratować tak cudownej osoby.
Przepraszam, X. Naprawdę przepraszam.
Wielu z was na pewno ma przyjaciela, którego zna od smarka. Ja i nazwijmy go A byliśmy nierozłączni. Od rana do wieczora (aż matka nie otworzyła okna i nie zawołała) bawiliśmy się przed blokiem. Trwało to osiemnaście lat. W pewnym momencie zacząłem widzieć, że jego zachowanie się zmieniło. Martwiłem się, bo zawsze uśmiechnięty chłopak nagle stał się cieniem samego siebie. Postanowiłem z nim poważnie porozmawiać.
Wszystko było okej aż do momentu, kiedy mnie pocałował, przeprosił i uciekł. Miałem taki bałagan w głowie, że nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Stwierdziłem, że odezwę się do niego, jak tylko się ogarnę. Niestety, brakło mi odwagi.
Wyjechałem na studia do stolicy. Wir nauki pomógł mi choć na chwilę zapomnieć. Zacząłem chodzić okazjonalnie na imprezy, spotykać się ze świetną dziewczyną i wszystko choć trochę się poprawiło.
Obecnie mam dwadzieścia cztery lata i miesiąc temu się jej oświadczyłem. Oczywiście cała rodzinka postanowiła się spotkać i zobaczyć moją kobietę, więc zarezerwowałem restaurację i wszyscy byli zadowoleni.
Jak się domyślacie, nie może być tak pięknie. Zmęczony ciągłym gadanie ciotek wyszedłem na moment ze spotkania, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Zgadnijcie kogo spotkałem. Wszystko skręciło mi się w środku. Bałem się, że na niego zwymiotuję. Zmienił się, ale ja nigdy nie zapomniałem tych oczu. Wszędzie bym je poznał. On tylko spojrzał na mnie i odszedł, ale ja wiedziałem, że tym razem tak się nie stanie. Pobiegłem za nim i błagałem o chwilę rozmowy. Umówiłem się z nim na następny dzień.
Weszliśmy do kawiarni, a ja jeszcze nigdy się tak nie bałem. Zapytałem, dlaczego wtedy uciekł, a on zaczął się śmiać i powiedział: "Kochałem cię debilu, dalej cię kocham". Rozmawiałem z nim jakieś pięć godzin, ale to i tak było za mało. Niestety, musieliśmy się w końcu rozstać, a ja zrozumiałem, że odwzajemniam jego uczucia i pocałowałem go. Obiecałem mu, że tym razem z niego nie zrezygnuję.
Teraz nie wiem co mam powiedzieć J, która już wybiera imię dla naszego dziecka, które jeszcze nawet nie jest poczęte. Nie wiem jak jej wytłumaczyć, że to na niego czekałem całe życie, a ona zapełniała tę dziwną pustkę. Wiem tylko, że tym razem go nie zawiodę, nieważne co będę musiał zrobić. Wiem, jestem okropnym, samolubnym dupkiem, ale nie potrafię inaczej. Zakochałem się.
Jestem matką, żoną i pełnoetatową właścicielką biznesu. Całą moją rodzinę poniekąd wyróżnia fakt, że nie wychodzimy do pracy - mamy takie szczęście, że możemy pracować w domu. Moja córka właśnie skończyła trzy lata, a ja przez ten cały okres nasłuchałam się od WSZYSTKICH (bez wyjątku) o tym, jak moje dziecko powinno pójść do przedszkola.
Babcie, dziadki, ciocie, znajomi bliscy i całkiem dalsi. Nawet nieznajome na placu zabaw. Każdy uczynił sobie ze mnie cel ataku.
Mam elementarną wiedzę dotyczącą rozwoju dziecka. Wiem, że przedszkole w pewnych aspektach pozytywnie wpływa na wiele procesów. Ale uważam, że w tych pierwszych latach życia to właśnie my jako rodzice możemy najlepiej kształtować tę młodą jednostkę. Na dziecko mamy wpływ tylko do 6 roku życia. Taki faktyczny. Nie chcę, żeby moja córka miała wpajane wartości, wzorce, nawet sposób wypowiadania się od obcych ludzi. Póki może być przy nas, chcemy jej przekazać jak najwięcej tego, co naszym zdaniem istotne i cenne. Potem i tak „pójdzie w świat”.
Irytują mnie natomiast te komentarze i ataki „ale dziecko najlepiej rozwija się w przedszkolu”. Może Twoje. Ja - przykładowo - miałam traumę ;-)
Pracuję w firmie marketingowo-informatycznej. Moim zadaniem jest dostarczanie analizy klientom. Jednak mam takich klientów, że pomimo regularnych analiz nic z tym nie robią (zero kontaktu), więc zamiast audytować, siedzę już trzeci miesiąc w pracy po 8h i przeglądam neta i oglądam filmy. Raz na jakiś czas wysyłam im w kółko to samo, a pracodawcy składam raport, ile to ja nie zrobiłem w tym miesiącu (i oczywiście słyszę, że dobrze wykonuję swoją robotę).
Na pewnym lubelskim osiedlu, niedaleko centrum, straszy duch czerwonoarmisty z pobliskiego cmentarza. A przynajmniej zaczął straszyć ok. 10 lat temu.
Moja praprababcia, po zesłaniu na Syberię, zdołała wrócić do Polski i przywiozła ze sobą obłędną czapę oraz szal z białych lisów. Odziedziczyła ten ubiór jej wnuczka, a po niej - prawnuczka, czyli ja. Zestaw zarąbiście ciepły, z historią, ale wyglądający jak nowy, zatem nic, tylko nosić. Zwłaszcza gdy szaleją dzikie mrozy, a pies musi kupkę. Psu mróz -25* nie przeszkadza nic a nic. Nawet o 11 wieczorem.
Zatem wzdycham, wkładam spodnie, na to drugie, luźniejsze, jeszcze wysokie buciory, długi, gruby płaszcz, rękawice, szal, czapę z lisa i dopiero mogę iść na pobliską łąkę z moim Fafikiem. Wyglądam strasznie, ale trudno, wolę wyglądać jak strach na wróble, niż żeby mi tyłek zamarzł.
W pobliżu ww. łąki jest sporo drzew i krzaków. Fafik w najlepsze buszuje w śniegu, ja tupię i marznę mimo wszystko. W słuchawkach utwór w stylu "The Bogatyr". Żeby się rozgrzać, zaczęłam tańcować w rytm. Nastrój dziki. Wymachy, przykuce, podskoki. Pies już pół godziny myśli, która zaspa bardziej godna jego kloca, a ja swoje, w małej śnieżycy.
Byłam PEWNA, że nikt nie może mnie widzieć. Raz, że zadupie, dwa, środek nocy, mróz i śnieg. Ale... ale znaleźli się amatorzy gorzałki, którzy mimo wszystko siedzieli w krzakach i mnie podziwiali. Zorientowałam się, gdy zaczęli uciekać świńskim truchtem. Cóż, wstyd. Zgarnęłam psa i uciekłam do domu.
Tylko potem ktoś na osiedlu rozpowiadał, że w mroźne noce straszy w okolicznej zieleni poległy na wojnie ruski sołdat... najpierw jeden ktoś, potem drugi, a na koniec pół osiedla o tym huczało. Ba, nawet sporo osób go widziało. Ale tylko raz jak tańcował, za to wiele razy jak się snuł i zawodził.
Żodyn nie wie, że to ja. Żodyn nie wie, że ten sołdat to ja i nie zawodziłam, tylko przez szalik na gębie usiłowałam nakłonić Fafika, żeby szybciej srał, bo dochodzi już północ.
Dodaj anonimowe wyznanie