Kiedy byłam mała, mieliśmy wilczura. Sukę. Miała liczne mioty. Wszystkie szczenięta znikały, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Kiedy podobno potrącił ją samochód (już nie mam pewności co do prawdziwości tego wytłumaczenia), po jakimś czasie, nie wiem skąd, znalazły się u nas kolejne dwie suczki. Raczej kundelki, ale dość spore. Matka kupiła sobie jeszcze szczeniaka, labradora. Samca.
Pierwsza suczka szybko została oddana do kuzyna. Druga zaszła w ciążę z labradorem. Kiedy się oszczeniła, została zabita, razem ze szczeniakami.
W krótkim czasie znalazła się u nas suka rottweilera. Kiedy i ona się oszczeniła, ojciec szczeniaki zabił, a ona została gdzieś oddana. Bo urodziła... Faktycznie, kto by się spodziewał, że posiadając psa i sukę będą z tego szczeniaki.
Jeszcze gdy byłam w podstawówce, mieliśmy sukę labradora. W zasadzie była moja. Bardzo się do niej przywiązałam. Niestety suczka po paru miesiącach uciekła z posesji razem z psem i nie wróciła. Byłam załamana. Po kilku dniach udało mi się ją odnaleźć, niedaleko od domu potrącił ją samochód. Żyła. Gdy ją przyniosłam, był wieczór. Miała złamaną tylną łapkę. Poiłam ją i karmiłam z ręki, żeby nie musiała wstawać. Miałam zabrać ją do weterynarza. Ale ojciec uznał, że "nie wyda nawet 200 zł, żeby psa poskładać". Nocą zniknęła. Próbowali mi wmawiać, że uciekła... Z połamaną łapą ledwo stała.
A to i tak nie wszystko... resztę pominę.
Nienawidzę go.
Szkoda, że jako dziecko nie miałam w sobie dość odwagi, by zgłosić to na policję. Ale też wtedy mniej się o takich rzeczach mówiło głośno, tym bardziej na wsi...
Wczoraj pisząc poprawkowy egzamin z matematyki z nerwów zeżarłem zatyczkę od długopisu.
Wsiadam do autobusu, odbijam kartę, kierowcy pokazuję, że karta moja, siadam i ruszamy. Na następnym przystanku wsiada parę osób, w tym jakiś chłopak. Chłopak odbija kartę, kierowca rzuca okiem i coś go tknęło...
Patrzy w kartę, na chłopaka, jeszcze raz w kartę i w końcu pyta:
- To pan jest Anna Nowak?
Chłopak na to, że tak.
- Nie wygląda pan.
A chłopak z pełną powagą odpowiedział:
- Hormony.
Ja padłam, a chłopak chyba tak zaskoczył kierowcę, że ten pozwolił mu jechać :D
Kiedy urodziłam pierwszego syna i było po wszystkim, mały nie płakał. Na początku lekarze podejrzewali, że ma coś w drogach oddechowych (i nastraszyli mnie tym okropnie), ale nie. Był też przytomny. No ale nie płacze, co się dzieje? Nie zapłakał nawet jak dostał klapsa. Już zaczęli mnie straszyć, że coś jest z nim nie tak, że pewnie chory, że w sumie poród był za krótki jak na tak duże dziecko.
W szpitalu byłam sama ( poród trwał tylko dwie godziny, a rodzice i mąż w innych miastach, dopiero dojeżdżali), dopiero potem dołączyła do mnie przyjaciółka, która miała zostać chrzestną. Miałam nadzieję, że kiedy moje dziecko będzie zabrane z dala ode mnie na badania, ona doda mi otuchy. Phi, zapomniałam, że w sytuacjach stresowych jest jeszcze większą panikarą niż ja.
Tak więc obie siedziałyśmy jak na szpilkach, aż nie przyszedł lekarz po jakichś dwóch godzinach z małym na rękach i nie powiedział, że w sumie wszystko jest z nim okej. Myślałam, że go zatłukę (to był ten, który wymyślał mi nad głową najgorsze scenariusze).
W każdym razie syn zdrowy, po prostu spokojny. Ot, dostał cyca i zasnął.
Nie płakał ani razu w czasie, w którym byliśmy w szpitalu (dwa dni), w nocy przebudzał się regularnie o północy i po najedzeniu się zasypiał z powrotem.
Skurczybyk dzisiaj ma już prawie dwadzieścia lat i dopiero, po raz pierwszy w życiu, widziałam łzy wypływające z jego oczu. Naprawdę.
Rozkleił się chyba za wszystkie lata. A dlaczego?
Po pijaku upuścił i rozbił swój ulubiony kubek. Chyba ze dwie godziny nad nim lamentował. Jego dziewczyna aż musiała zabrać go do innego pomieszczenia (ona równie zszokowana jak ja z mężem i młodszym dzieciakami).
Mój pierwszy orgazm.
Miałam 14 lat i bawiłam się swoją łechtaczką. Robiło mi się dziwnie, ale przyjemnie, wiec nie przestawałam. Gdy doszłam, serce biło mi jak szalone. Wystraszyłam się, że umrę.
Ze strachu, że zrobiłam sobie coś złego, odmówiłam paciorek, i przyrzekłam przed Bogiem, że więcej tego nie zrobię.
Kłamałam.
Jestem studentką i dorabiam sobie jako instruktor tańca w małej szkółce. Istnieje u nas możliwość wyboru instruktora, więc ma się tyle pracy, ile klientów się na ciebie zdecyduje. Ja mam najwięcej, bo klienci myślą, że tak bardzo się angażuję. Prawda jest taka, że mam ich w dupie, te małe bachory strasznie mnie wkurzają, a ich rodzice jeszcze 100 razy bardziej. Jednak żeby czuli się zaopiekowani, zapisuję sobie w kalendarzu w telefonie to co mi mówią, np. „Alicja ma konkurs śpiewu”, „Agata ma 7 urodziny”. No i wysyłam im SMS-y typu „Powodzenia na konkursie”.
Jakby ktoś pytał po co mi praca, której nie lubię, to całkiem sporo tam zarabiam.
Pisze to wyznanie, ponieważ przed chwilą przeczytałem wyznanie o żołnierzu z zezem. Wydaje mi się, że nie wszyscy są tego świadomi, ale zeza można zoperować tutaj w Polsce na NFZ. Nie wiem, czy ludzie, którzy mają zeza nie chcą tego robić, bo o tym nie wiedzą, czy się boją. Chciałem tylko uświadomić, że istnieje taka możliwość, sam przeszedłem taki zabieg i odmieniło to moje życie. Mam nadzieję, że komuś pomogę pisząc to tu. Wystarczy zainteresować się instytucjami leczenia zeza i taką operację można załatwić w ciągu 2 lat na NFZ, bądź szybciej kosztem około 3 tysięcy.
Sam zabieg trwa około pół godziny, a oko goi się po miesiącu całkowicie ;)
Od zawsze byłam gruba. Moja nadwaga brała się ze złych nawyków żywieniowych, zbyt małej ilości ruchu i choroby (nieistotne jakiej). Przyjmowane leki pogarszały moją sytuacją, lekarze leczyli mnie trochę w ciemno. Próbowałam coś z tym zrobić, ale brakowało mi motywacji.
Na drugim roku studiów trafiłam do świetnego lekarza. Po bardzo szczegółowych badaniach, dobieraniu leków i ich dawek coś drgnęło. W ciągu pierwszego miesiąca schudłam 2 kg! Lekarz polecił mi dietetyka, zmieniłam sposób odżywiania i zaczęłam ćwiczyć. Co prawda w domu, bo wstydziłam się pójść na siłownię, ale pierwszy raz czułam taką motywację.
I wtedy koleżanka umówiła mnie na randkę w ciemno ze swoim kolegą, powiedzmy Tomkiem. Średnio miałam na to ochotę, ale koleżanka mnie przekonała.
Umówiliśmy się w pubie. Tomek na początku robił mi delikatne sugestie dotyczące mojego wyglądu, sam był raczej przeciętnej budowy ciała, ale już rysował mu się brzuszek piwny. Wypiłam jedno piwo, on dwa i zamówił pizzę, z której zjadłam 1 kawałek. Do kolejnego spotkania nie doszło, gdyż Tomek w sumie nie lubi obżartuchów i leniuchów. Trochę zabolało, ale żyć trzeba dalej.
Moja kuracja szła coraz lepiej, traciłam na wadze, zapisałam się na siłownię i czułam się coraz lepiej. Po roku wyglądałam dobrze, a po kolejnym super. Utrzymałam figurę.
Po studiach na imprezie u koleżanki spotkałam Tomka. Nie poznał mnie, ja początkowo jego też nie. Przytył znacząco. Próbował umówić się na kawę ze mną, ale ja nie miałam ochotę na spotkanie z nim, pamiętałam, co powiedział o mnie. Część znajomych stwierdziła, że powinnam dać mu szansę i że jestem pusta, skoro oceniam go na podstawie wyglądu, a nie charakteru.
On dwa lata temu nie dał mi szansy. Trochę wkurzyły mnie takie podwójne standardy, że dziewczyna ma zaakceptować faceta z nadwagą, gdy dziewczyna z nadwagą jest odrzucona z tego powodu.
Pod koniec liceum, zacząłem spotykać się z pewną dziewczyną. Była miła, ładna i przyjemna (tak przynajmniej myślałem). Długo ten "związek" nie potrwał. Zerwałem z nią, gdy dowiedziałem się, że jest w ciąży. Zanim napiszecie, jakim to nieczułym chamem i prostakiem jestem, musicie wiedzieć, że to nie było moje dziecko. Skąd wiem? Gdzieś słyszałem, że aby zajść z kimś w ciążę, niezbędny jest stosunek seksualny, który, w naszym przypadku, nigdy nie miał miejsca.
Oficjalnie ja byłem jej chłopakiem, więc wszyscy myśleli, że to moje dziecko. Ta dziewczyna chyba też. Nie wiem, czy to była desperacka próba zatrzymania mnie, czy po prostu bezdenna głupota, ale cały czas utrzymywała, że to ja jestem tatusiem. I jak jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że mówiła tak przed znajomymi, tak totalnym absurdem jest dla mnie to, że mnie również próbowała to wmówić. Mówiła, że sama nie wie, jak to się stało, że "zaliczyliśmy wpadkę", że nie umie tego wytłumaczyć, ale to na stówę moje dziecko. No to było tak idiotyczne, że w pewnym sensie nawet śmieszne.
Kiedy już nie było szans, żebyśmy znów byli razem, zaczęły się głuche telefony, dzwonienie do drzwi w środku nocy. Herkulesem Poirotem nie jestem, ale dam sobie uciąć jakąkolwiek część ciała, że za wszystkim stała ta dziwaczka.
Najlepsze jest to, że wszyscy uwierzyli tej dziewusze. No, bo ona taka porządna, szczerze we mnie zakochana, a ja porzuciłem ją z brzuchem, bo bałem się odpowiedzialności. Na nic moje tłumaczenia, że to niemożliwe, że w żaden sposób nie przyłożyłem się do jej błogosławionego stanu. Nawet moi rodzice nie są do końca przekonani o mojej "niewinności".
Koniec końców, urodziła i stoczyła się. Nie ma matury, nie uczy się dalej, nie pracuje, utrzymuje się z zasiłku (czy co jej tam wypłacają) i ma podobno mocne ciągoty do alkoholu. I wychodzi na to, że to wina tego bezdusznego potwora, który totalnie zniszczył jej życie, czyli moja.
Ostatnio widziałem ją na mieście. Z brzuchem. Aż się boję, że niedługo dostanę SMS-a, że znów będę "tatusiem".
Mojego chłopaka najbardziej podnieca golenie mi moich włosów łonowych. Jestem dobrą partnerką, więc gdy jest bardzo grzeczny, to mu na to pozwalam. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie