#TMEqj

Poznałam faceta przez internet. Jako że dawno nie miałam żadnych zbliżeń, a facet był całkiem niezły, pozwoliłam na to na pierwszej „randce”.

Po wszystkim facet sprawdzając godzinę w telefonie ukazał mi swoje zdjęcie, jak całuje się z żoną, a obok stoi jego syn...

Chce umówić się ze mną na kolejne spotkanie. Mam się zabić czy zabić?

#qlljY

Trafiłam w internecie na reklamę genetycznego banku komórek jajowych. Popatrzyłam na swoje dziecko i poczułam przypływ ogromnej miłości. Takiej, jakiej nie będzie dane zaznać parom borykającym się z problemem bezpłodności.

Nie mogłam spać, nie mogłam jeść, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak wielkim szczęściem jest dziecko. Wtedy podjęłam decyzję dołączenia do grona dawczyń.
Nie planuję kolejnego dziecka, jestem zdrowa, córka jest zdrowa, dlaczego nie miałabym podzielić się z innymi darem rodzicielstwa?

Zarejestrowałam się w banku, czekam niecierpliwie na odzew, może już niedługo dzięki mojej komórce w jakiejś kobiecie zabije serce wyczekanego dzieciątka. Nie mogę się doczekać! :)

#UvTU3

Jestem zakonnikiem. Pewnego dnia przyszła do mnie dość młoda, bardzo konkretna i poważna kobieta. Wyczytała, że chłopiec powinien mieć w życiu męski wzór, który będzie naśladować, a że ojciec jej dziecka zostawił ją, gdy mały był jeszcze w brzuchu... Nie wdając się w szczegóły - pani A. wyjaśniła, że słyszała o mnie wiele dobrego, wie, że prowadzę w pobliskiej szkole zajęcia techniczne i chciałaby prosić o pomoc w wychowaniu syna. Była graficzką (jak się potem okazało, bardzo znaną artystką) i w zamian zaoferowała swoje usługi, pieczenie ciast, szycie kostiumów na jasełka parafialne itp. Chłopiec miał wtedy 7 lat.
Zgodziłem się bez namysłu, bez względu na oferowane przez nią usługi. Zaprosiła mnie na podwieczorek, żebym mógł "skonsultować" to z małym. Chłopiec bardzo się ucieszył, gdy brat Michał przedstawił się jako kolega mamy i zaproponował wspólne sklecanie karmnika dla ptaków.

Z całej siły starałem się być dla niego jak tata. Z czasem ich dom stał się moim własnym, nie raz nocowałem, bo gadaliśmy z jego mamą do późna przy karafce nalewki, filmie, czy po prostu snując się po polnych drogach z psem pod nogami. Pani A. nie szukała następnego mężczyzny ani nie była nim zainteresowana. Czasami płakała, czasami się śmiała, czasami śpiewaliśmy głupoty, czasami milczeliśmy całkiem na serio. Mój przeor wiedział o sytuacji, wiedział, na czym polega ta relacja i oficjalnie udzielił mi zarówno zgody, jak i błogosławieństwa, nieformalnie chrzcząc mnie "Ojcem Józefem".

Nie ciągnąłem chłopca nigdzie - sam z siebie chodził za mną wszędzie. Najpiękniejszy był dzień, kiedy przyszedł do mnie w pierwszej gimnazjum z okazji Dnia Ojca i powiedział "kocham cię, tato". Potem w każdy "szkolny" dzień ojca przychodziłem do szkoły i byłem przedstawiany jako tata. Wszędzie byłem tak znany.
Gdy młody miał swoje "odpały", pijanego zgarniałem w środku nocy z bardzo dziwnych miejsc i wydarzeń. Kłócił się ze mną, szarpał, kopał, gryzł, a potem płakał i się przytulał - szliśmy pod ramię przez 15 lat, aż zostałem poproszony o pełnienie roli teścia dla jego przyszłej żony. Teraz jego dzieci zwą mnie dziadziem Michciem.

Kiedy szedłem na zakonnika, rodzina niemal mnie wyklęła. Bo jak to, jedynak, syn pierworodny, nie spłodzi kolejnego potomstwa, nie przekaże nazwiska, genów?! Moja decyzja pozbawiła mnie rodziny - a jednocześnie mi ją dała. Mam syna, mam kobietę moich marzeń (nikogo bym nie zamieniał na panią A.) i chociaż co najwyżej ją przytulałem, a nie z nią spałem, mam syna, który wita mnie najczulszym uściskiem i wnuki, które na mój widok wrzeszczą, piszczą i z radości wyrywają resztki mojej wątłej brody. Nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę sam. Mam poczucie, że to, czym żyłem, poszło na wiele pokoleń dalej. Ale wg moich rodziców to nic nie zmienia i ich zawiodłem...

#SNkFO

Tego dnia byłam bardzo niewyspana. Pracuję w kawiarni, gdzie mamy pyszną kawę z ekspresu, dlatego postanowiłam zrobić sobie do śniadania latte macchiato, by się troszkę obudzić. Jednak miałam pewien problem, mianowicie fakt, że mój organizm nie toleruje laktozy... Niestety poprzednia zmiana nie zauważyła, że skończyło się mleko bez tego szkodliwego dla mnie składnika. Do sklepu daleko, koleżanka miała przyjść dopiero za kilka godzin, więc zaryzykowałam i wypiłam standardową kawkę.

Smak był nieziemski! Kto wie jak smakuje zwykłe mleko a mleko bez laktozy, zrozumie jak cudownie było móc poczuć ponownie jego smak. Jednak na efekty tej rozpusty nie musiałam długo czekać. Dopadły mnie takie wzdęcia i gazy, że myślałam, że mi tyłek urwie. Pomyślałam sobie, że do szczęścia brakuje mi tylko rozwolnienia. Na szczęście moje jelita pracowały na pełnych obrotach i do tego nie doszło.

Dawałam upust moim mega śmierdzącym gazom do woli. Otwierałam dopiero za 15 minut, więc wierzyłam w to, że zdążę wywietrzyć te smrody. Jednak niespodziewanie pojawiła się w drzwiach przemiła sąsiadka ze sklepu obok, prosząca o rozmienienie pieniędzy. Gdy weszła do mojej prywatnej komory gazowej aż się wzdrygnęła i nieśmiało zapytała, co tak wali. Udałam, że nic nie czuję, bo mam katar. Wyszłyśmy przed budynek kawiarni, pooddychałyśmy świeżym powietrzem i wróciłyśmy do środka. Faktycznie śmierdziało tak bardzo, że aż paznokcie zaczynały szczypać.
Nie wiedziałam co szybko wymyślić, przecież nie przyznam się, że ten truciciel wyszedł z mojego dupska. Winę zrzuciłam na kratkę ściekową znajdującą się niedaleko zlewu.
 
Sąsiadka łyknęła moje kłamstwo, jednak chciała pomóc i zadzwoniła do zarządcy obiektu twierdząc, że zapchała się u mnie rura ściekowa. Po około 15 minutach pojawił się pan Zdzisiek, przespacerował się po lokalu, stwierdził, że znalazł źródło smrodu i zadzwonił po szwagra. Razem z nim przytargali wielki młot pneumatyczny i rozkuli połowę płytek w poszukiwaniu rury. Co chcieli to znaleźli, jednak przestało śmierdzieć, więc na tym ich prace się zakończyły. Stwierdzili, że rura była zapchana, ale odetkała się przez wstrząsy, jakie wokół niej wywołali.
Teraz nie chodzę do pracy, bo pan Zdzisiek kładzie nowe płytki.

#GJ56b

Mieszkam za granicą i pracuję jako szkolna pielęgniarka w liceum. Jakieś dwa tygodnie temu przyszła do mnie dziewczyna i spytała, czy mogę ją przytulić. Pomyślałam, że to nie będzie problemem i objęłam ją, ona mnie również, ale o wiele mocniej.

Kilka dni temu odebrała sobie życie.

#oXMVK

Mam okno z widokiem na kaplicę cmentarną, często odbywają się tam pogrzeby.

Poranek, w oknie brak firanek czy zasłoniętych rolet, łazienka zajęta, więc ubieram się w pokoju. Założyłam bieliznę, stojąc niestety przy oknie, przechodzę do rajstop...
Panowie z zakładu pogrzebowego akurat wnosili trumnę po schodach do kaplicy, jeden zapatrzył się w moje okno, potknął się i upuścił trumnę.

Szczerze przepraszam nieboszczyka, który przeze mnie przewracał się w trumnie.

#U6sva

Kiedy byłam mała, mieliśmy wilczura. Sukę. Miała liczne mioty. Wszystkie szczenięta znikały, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Kiedy podobno potrącił ją samochód (już nie mam pewności co do prawdziwości tego wytłumaczenia), po jakimś czasie, nie wiem skąd, znalazły się u nas kolejne dwie suczki. Raczej kundelki, ale dość spore. Matka kupiła sobie jeszcze szczeniaka, labradora. Samca.

Pierwsza suczka szybko została oddana do kuzyna. Druga zaszła w ciążę z labradorem. Kiedy się oszczeniła, została zabita, razem ze szczeniakami.
W krótkim czasie znalazła się u nas suka rottweilera. Kiedy i ona się oszczeniła, ojciec szczeniaki zabił, a ona została gdzieś oddana. Bo urodziła... Faktycznie, kto by się spodziewał, że posiadając psa i sukę będą z tego szczeniaki.
Jeszcze gdy byłam w podstawówce, mieliśmy sukę labradora. W zasadzie była moja. Bardzo się do niej przywiązałam. Niestety suczka po paru miesiącach uciekła z posesji razem z psem i nie wróciła. Byłam załamana. Po kilku dniach udało mi się ją odnaleźć, niedaleko od domu potrącił ją samochód. Żyła. Gdy ją przyniosłam, był wieczór. Miała złamaną tylną łapkę. Poiłam ją i karmiłam z ręki, żeby nie musiała wstawać. Miałam zabrać ją do weterynarza. Ale ojciec uznał, że "nie wyda nawet 200 zł, żeby psa poskładać". Nocą zniknęła. Próbowali mi wmawiać, że uciekła... Z połamaną łapą ledwo stała.
A to i tak nie wszystko... resztę pominę.

Nienawidzę go.
Szkoda, że jako dziecko nie miałam w sobie dość odwagi, by zgłosić to na policję. Ale też wtedy mniej się o takich rzeczach mówiło głośno, tym bardziej na wsi...
Dodaj anonimowe wyznanie