Moja przyjaciółka ma młodszą siostrę, która nie raz i nie dwa naćpała się i narobiła problemów sobie, rodzinie, znajomym. Teraz, gdy jest po odwyku, mimo widocznej poprawy schody dopiero się zaczęły, bo czeka ją wiele pracy nad sobą, odwyk to dopiero początek, ale wszyscy są dobrej myśli. Wszyscy poza moją przyjaciółką.
Ciągle mocno kontroluje młodą, głośno mówi, że nie wierzy w absolutnie żadne z jej zapewnień o poprawie. Czasem nawet mnie tym złości, przecież dziewczynę trzeba wspierać. Jakiś czas temu byłam u nich w domu rodzinnym, rozpętała się awantura. Tym razem moja przyjaciółka mocno przegięła i młoda uciekła z płaczem do pokoju. Poszłam za nią próbując ją pocieszyć, jakoś wytłumaczyć jej zachowanie starszej siostry. Zwierzyła mi się wtedy zapłakana, że wpadła w to gówno przez chłopaka, bo się zakochała na zabój, ten pierwszy raz, tak mocno, szczeniacko, ślepo itd. Potem chłopak ją zostawił, więc zgodziła się na odwyk, a gdy wróciła do domu, on chciał do niej wrócić. Obiecywał, że się zmieni tak jak ona, ale nie dała mu szansy ze strachu przed swoją siostrą. Była pewna, że ta nigdy nie da jej spokoju i będzie dla niej jeszcze gorsza.
Chłopak załamany wrócił do rodziny, po 2 tygodniach się powiesił. Dziewczyna w rozsypce. Serce mi pękało, gdy jej słuchałam. Potem wspomniała, że tak bardzo chciałaby pojechać do jego matki, przytulić ją, przeprosić, ale nawet nie ma złotówki na dojazd, bo odcięto ją totalnie od kasy, a miejscowość, w której mieszka jest bardzo daleko. No więc ja, głupia, durna, naiwna idiotka, wiedziona szczerą chęcią wsparcia młodej i wypełnienia tymczasowego braku "starszej siostry", dałam jej 250 złotych z zapewnieniem, że nie musi mi oddawać, że to forma prezentu.
Jak zapewne wszyscy już się domyśliliście, młoda pojechała w daleką podróż do krainy smoków, w której mieszkała matka jej chłopaka samobójcy, były tam też kolorowe krowy i latające psy. Gówniara naćpała się, aż ją pogotowie zabrało. Nawet nie wróciła ze szpitala, tylko od razu pojechała na odwyk. Nikomu nie powiedziała, że dostała kasę ode mnie i ja sama NIGDY NIKOMU się nie przyznam. Chyba nigdy w życiu nie dałam się tak wyrolować. Nie żal mi pieniędzy, trudno, żal mi jej rodziców, którzy mieli taką nadzieję. Myślę sobie czasem "cóż, jeśli nie ode mnie, to skądinąd wzięłaby kasę, nie moja wina". A jednak poczucie winy pozostaje, winy tego, że powinnam była być bardziej lojalna przyjaciółce i jej wierzyć, niż użalać się nad gówniarą, która w gruncie rzeczy zbierała tylko konsekwencje swoich czynów.
Wiecie, kiedy przeżyłam swój największy wstyd? Jak podczas przysięgi małżeńskiej dostałam takiego ataku czkawki, że jej wymowa zajęła mi kilka minut.
Potem ksiądz zażartował, że to przeznaczenie i znak, że miałam kilka minut więcej na zastanowienie się, czy na pewno chcę poślubić tego wariata. ;)
Cały kościół ludzi powstrzymujący się od śmiechu. Ten dzień zapamiętam do końca życia.
Na wstępie chciał bym dodać, że rodzice kochają nas tak samo i wiedzą, że sprawiedliwie nie znaczy równo. Mój brat zawsze był w centrum uwagi. Gdy był w gimnazjum rodzice kupili mu drogi motocykl, nie miałem z tym problemów, rodzice mieli wyrzuty sumienia że to było nie fair. Mój bart jest beznadziejnym kierowcą, wcześniej wspomnianym motocyklem rozbił się już pierwszego miesiąca. Wyszedł z tego cało, zwykła stłuczka (jedna z 3 tym motocyklem) oczywiście tata musiał się "dogadać z kierowcą" samochodu.
Potem miał samochód, oczywiście spotkał go los podobny jak motocykl. Po pół roku samochód poszedł na złom, ja jakiś czas później skończyłem osiemnaście lat i dostałem po rodzicach samochód, bo uznali że już czas na nowe auto, a mi dali stary. Mój brat oczywiście pożyczył go sobie i los samochodu wszystkim znany - nie miałem z tym problemu.
Rodzice niedawno wyprowadzili się za granicę, wszelkie dobra materialne zostawili (w tym ich auto, którego nie zdążyli wziąć). Nauczeni przeszłością powiedzieli, że nie będzie z niego korzystać, ma pracę to powinien sobie sam kupić, na co on wpadł w szał bo jak to oni śmią?!?!?! Postanowiłem mu pomóc i po godzinie udało mi się wytargować z rodzicami ugodę taką, że w tygodniu samochód będzie stał u mnie pod blokiem, a w weekend będziemy z bratem wracać razem. Ja zadowolony przekazuję dobrą nowinę, a brat wpada w szał i oskarża mnie, że to co zrobiłem było egoistyczne i jego to obraża. Tutaj już mnie zatkało. Jego bezczelność nie zna granic...
Jeszcze przed osiemnastką zaplanowałyśmy z przyjaciółkami imprezę u jednej z nich.
Kilka piw kupione, jakieś chipsy. Myślałyśmy, że głowy mamy słabsze, a jednak po kilku piwach było nam mało.
Szukamy alkoholu, wchodzimy do garderoby i widzimy skarb!
Piękny wazon domowego wina.
Idealnie, słodkie, mocne i zgubne.
Po wypiciu ogromnej ilości wina oświeciło nas! Przecież rodzice przyjaciółki na pewno zauważą, że wina ubyło.
Co zrobiłyśmy? Postanowiłyśmy zrobić cud i zamienić wódę w wino.
Przyjaciółka znalazła zamknięty spirytus ojca, druga pobiegła do nocnego po sok winogronowy. Spirytus otworzyłyśmy tak żeby nie było widać, dolałyśmy wody, sok ze spirytusem wlałyśmy do wazonu jakby nigdy nic.
Z tego co wiem rodzice przyjaciółki nic nie mówili, ja niedawno przyznałam się mamie, jaki chemik ze mnie był. :)
Jestem od 5 lat we w miarę szczęśliwym związku, od 3 lat jesteśmy narzeczeństwem. Co w tym nadzwyczajnego?
Pierwszy raz kochaliśmy się po 6 miesiąch bycia razem, dowiedziałam się wtedy, że mój partner ma niesamowite kompleksy odnośnie rozmiaru swojego penisa.
No tak, klasyk. Jest akurat w błędzie, bo jego sprzęt plasuje się powyżej średniej europejskiej. Nie mam na co narzekać, ogólnie rzecz biorąc.
Ponad 3 lata udawał, że "wyszedł z kompleksów", starałam się go z nich wyprowadzić jak tylko mogłam, tłumaczyłam, prosiłam, wielbiłam - naprawdę starałam się, żeby uwierzył w siebie.
Po 3 latach dowiedziałam się, że paranoja sięga tak daleko, że seks nie sprawia mu zupełnie przyjemności, bo nie ma czym "wojować". Sam mi to powiedział, któregoś razu po procentach.
Na ten moment zakorzenione ma to w głowie tak głęboko, że jak tylko ma dojść do stosunku, po prostu nie może. Problemy zaczęły się po ww. szczerej rozmowie.
Gdzie sedno całej sprawy?
Jestem uzależniona od seksu.
Czuję się chora, rozdrażniona i zirytowana, a przede wszystkim cholernie napalona, jeżeli nie osiągnę orgazmu przynajmniej 3 razy w tygodniu, robótki własnoręczne "starczają" mi na krócej, więc potrzebuję ich więcej.
Niedługo miną dwa lata, odkąd kochamy się rzadziej niż raz w miesiącu. On bez przyjemności, a ja ze świadomością, że albo się zmusza, albo go "przycisnęło".
Prosiłam go kilkanaście razy o wizytę u seksuologa, jest tak skrępowany swoją "ułomnością", że chyba nigdy tam nie pójdzie.
Ja natomiast jestem tak sfrustrowana, że momentami nie wiem co ze sobą zrobić.
Zawsze sobie radziłam, nie wymuszałam seksu, jeżeli nie chciał - działałam sama, nie skarżyłam się na to, biorąc pod uwagę jego kompleksy, a moje wysokie "zapotrzebowanie".
Dochodzę do momentu, gdzie zaczynam pożądliwie spoglądać na innych facetów, a nigdy mi się to nie zdarzało. To krępujące.
Czuję się jak zimna suka, ale mam już tego po dziurki w nosie. Czuję się zaniedbana jako kobieta i jego partnerka.
Odsuwamy się od siebie przez seks, którego nie ma. Ja nie stanę się aseksualna. Nie ma takiej opcji.
Zdrady w ogóle nie biorę pod uwagę, a jeżeli w grę wchodziłby seks z kimkolwiek innym to tylko po tym, jak zwrócę narzeczonemu pierścionek i wyjaśnię sytuację do końca.
Nie mam zielonego pojęcia co dalej robić.
Dzisiaj mija 38 dzień bez seksu.
Już dawno zaczęły się "halucynacje". Podniecił mnie widok wykładowcy, więc nie uważałam na wykładzie, za to wyobraziłam go sobie w całej okazałości, tak jak go pan Bóg stworzył. Fantazjowałam o tym przez bite półtorej godziny, więc do domu wróciłam w jeszcze gorszym nastroju niż ostatnio.
Prawie, prawie się nam udało wieczorem.
W ostatnim momencie przed chyba pomyślał o swoim "problemie".
I znowu nic z tego nie wyszło. ;'-)
PS. Do brzydkich i ciężkich nie należę.
W szkolę uchodzę za osobę szarą, bez zainteresowań, introwertyka. Wszyscy mają swoje pasje i ciągle o mówią. Ja jestem pośmiewiskiem, bo nic nie potrafię i niczym się nie interesuję. Tylko nikt nie wie, że po szkole przebieram się w ciepły dres, biorę smycz i idę z psem na tor agility (który sama zbudowałam na łące za moim domem). Razem z Mają trenujemy też frisbee. Niby zwykły kundelek, ale uczy się bardzo szybko i widzę, że sprawia jej to frajdę.
Tak - ten kundel to moja pasja. Czuję niesamowitą satysfakcję za każdym razem, gdy nauczy się nowej sztuczki, poprawi swój czas na torze, złapie dysk.
Powiedziałam o swoim hobby koleżance. Wyśmiała mnie. Bo jak można robi coś z kundlem? Przecież psy są do szczekania i bronienia posesji, a nie biegania po jakichś torach!
Ta sama osoba jeszcze kilka miesięcy temu mówiła, że dzięki niej jej sąsiadom odebrali psa trzymanego na łańcuchu i że bardzo kocha zwierzęta.
Czasami czuję się jak dzieciak.
Twierdzę, że istnieje Święty Mikołaj, na pierwszą gwiazdkę czekam już od rana i śpię z misiem.
Lubię place zabaw, karmienie kaczek i oglądanie bajek. Zabawkami dzieci, którymi akurat się opiekuję, uwielbiam się bawić, bo jak byłam młodsza, to takich cudów nie było. Dużo młodszych ode mnie patrzy na mnie z politowaniem lub na takie zabawy reagują negatywnie. Przykro mi, kiedy większość bawi się w dorosłych, nie korzystając z czasu na zabawę.
Anonimowo - przynajmniej dla Was, rodzina niestety o wszystkim wie.. Jeśli jesz, przerwij :)
Była zima, 10 lat temu - kiedy zimą jeszcze śnieg padał, godzina dość pozna. A ja cóż, 12-letni dzieciak. No i siedzę sobie w pokoju, gdy nagle poczułam że to teraz, ten moment - albo toaleta albo eksploduję. Lecę do łazienki, zajęte. Myślę, wytrzymam. Brzuch coraz bardziej boli, czuje jak jelita puchną, nie dam rady. Ale myślę - zima, ciemno, niby mam ogród, ale warunki niekorzystne. Biorę siatkę i biegiem na korytarz za drzwi. Ulga, którą odczulam, nie do opisania. Ale co teraz zrobić z zakupami w siatce?
Wpadłam na pomysł, rzucę siatkę pod drzewo, wszystko wypłynie i jak będzie widno, to się zgarnie pustą siatkę i po kłopocie.
Nie przewidziałam jednego... Siatka zaplątała się w gałęzie, wisząc z całym pakunkiem przez kilka dni aż nie zauważyłam. Rodzina nie zapomniała, a mój wredny brat opowiedział to znajomym.
Ps. Brat myślał, że kot się zesrał na korytarzu i 2 dni szukał kupy :(
O absurdach polskiej służby zdrowia, dział: pogotowie.
Moja babcia jest słusznego wieku, liczy sobie 91 wiosen. Wraz z nim przyszedł więc cały zestaw chorób, i tak mały na jej wiek, jednym z nich jest arytmia.
Zrobiło się dzisiaj ciepło, wybrała się na cmentarz, ale w trakcie porządkowania poczuła, że serce jej dziwnie bije. Chwilę posiedziała na ławce, potem zebrała się do domu. O własnych siłach do niego nie doszła, bo zasłabła po drodze. Miała niesamowite szczęście, bo przechodzące obok dwie dziewczyny nie dość, że ją pozbierały, to jeszcze do domu odprowadziły, zmierzyły ciśnienie (ma automatyczny ciśnieniomierz, leży zawsze na wierzchu, obsługa banalna), pomogły zadzwonić do taty.
Ten przyjechał w te pędy, zabierając stetoskop - jest lekarzem. Osłuchał, stwierdził, że to prawdopodobnie migotanie przedsionków, ale bez EKG wiele nie zrobi, dzwoni więc na pogotowie. OK, zgłoszenie przyjęte, będą raczej później niż wcześniej, bo brak jednoznacznego zagrożenia życia. W międzyczasie przyjechałam ja, babcia dochodzi do siebie, zaczyna bardziej kontaktować. Po dwóch godzinach oczekiwania, jak już wróciło do normy (poza stłuczonym kolanem, nadgarstkiem i otartą twarzą, trzeba będzie wybrać się na SOR), stwierdziliśmy, że odwołujemy pogotowie. Tata wykręca numer i co się dowiaduje? Nie mieli takiego zgłoszenia. I tu zaczyna się cała zabawa.
Mieszkamy w mieście na zachodzie Polski. Z wyjaśnień dyspozytora wynikało, że jeśli wszyscy są w mieście zajęci, to system automatycznie przerzuca do sąsiedniego. I tak my przewędrowaliśmy... do Przemyśla. Czyli drugi koniec Polski. Nie wiem, na ile parszywy brak szczęścia, na ile sam system, który od razu dał nas tam, gdzie było wolne. No i błąd dyspozytora. Nazwa ulicy popularna, typu Piłsudskiego albo 3 Maja. Tutaj nie było tak źle, ale co, gdyby był wypadek? Gdyby człowiek umierał, szybka reakcja pogotowia mogła uratować mu życie, a okaże się, że szukają nie w tym mieście, bo dyspozytor nie zapytał o tak podstawową rzecz?
Dla wątpiących w prawdziwość. Cóż, jest takie, nie wiem, jak bym mogła was do tego ewentualnie przekonać. Wątpię, żeby dyspozytor tak z nas perfidnie żartował. Przy drugim dzwonieniu udało się skontaktować z Przemyślem i odwołaliśmy...
Słowem wstępu: mam opiekę psychiatryczną i psychologiczną. Jestem po związku pełnym przemocy, który zakończył się 3 lata temu. Przyjaciele mnie zostawiali, bo stawałam się skryta i zamknięta w sobie. To tylko pogarszało mój stan. Ale do jednej osoby miałam pewność, że mnie nie zostawi i o niej jest to wyzwanie.
S poznałam na studiach. Szybko przekonałam się, że jest jak bratnia dusza i siostra. Ale S miała też problemy - ciężką depresję, którą ukrywała przed światem. Wiedziałam, jak to jest, więc pomimo własnych problemów wiedziałam jak pomóc. Niejednokrotnie, siedziałam pod jej drzwiami i dobijałam się, jak nie wychodziła z domu od tygodnia, do momentu aż mnie nie wpuściła. Niejednokrotnie pomagałam jej, latałam z jej indeksem, żeby nie straciła semestru. Niejednokrotnie przychodziłam posprzątać w domu, ogarnąć ją i przytulić. Nie liczyłam na nic w zamian. Wiedziałam, że jak nie odbiera czy mnie ignoruje, to dlatego, że czuje się gorzej, a nie mnie olewa. Wszystko rozumiałam. Dawałam jej azyl w domu, gdy uciekała przed ojcem.
W końcu namówiłam ją na leczenie. Dostała skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Odwiedzałam ją tam 3 razy w tygodniu przez całe wakacje pomimo mieszkania w innym mieście. Jej sytuacja zaczęła się poprawiać - znalazła przyjaciół, poprawiła relacje z rodziną. Ludzie mnie i ją traktowali jak siostry. Wiem, że mówiła innym, że nie wie jak się mi może odwdzięczyć, tyle dla niej zrobiłam. Ja nie chciałam w zamian niczego poza przyjaźnią.
Zamieszkałam z S, nie chciałam żeby była sama. Bardzo to nam obu pomogło. Przynajmniej początkowo. Wszystko zaczęło się psuć, gdy znalazłam chłopaka. To dobry człowiek, z którym jestem do dzisiaj, ale to, że jego charakter i charakter S są niekompatybilne, to mało powiedziane. No ale przecież byłam z S "siostrami", nic nas nie mogło rozdzielić. Przecież mogłam wydzielać sobie czas i dla niej i dla chłopaka. Kochałam ich oboje. Ale S zmieniła się, zaczęła poświęcać więcej czasu nowym przyjaciołom, czułam, że zaczyna mnie unikać. To nie polepszało mojego stanu, wciąż byłam na terapii, a lęk przed utratą kolejnej bliskiej osoby, sprawiał że zamykałam się w sobie jeszcze bardziej.
Największym ciosem oberwałam rok temu, z własnej winy i woli. Przeczytałam prywatną rozmowę S, w której żaliła się jak strasznie nienawidzi mojego chłopaka i jak to będzie świętować, jeśli ze sobą zerwiemy. Zabolało. Wiem, że nie powinnam tego czytać, miałyśmy awanturę, że nadszarpnęłam jej zaufanie. Miała prawo być na mnie zła. Jednak postanowiłyśmy, że odbudujmy zaufanie do siebie.
Próba odbudowania trwała pół roku. Jak się skończyła? Sugestią, że może bym się jednak wyprowadziła. Podawała masę bzdurnych problemów, wśród nich najważniejszy: "bo stałaś się zamknięta w sobie". Ciekawe ile jeszcze razy w życiu to usłyszę?
Dodaj anonimowe wyznanie