#VRndD

Jestem młodą mamą, niedługo mija 1 rocznica naszego ślubu. Nie pracuję, ponieważ w okolicy nie ma żłobka, praca żeby opłacić nianię jest bez sensu, a poza tym mąż zarabia wystarczająco, bym ja mogła zajmować się domem i synem. Jednak coś za coś...

Mój mąż często pracuje w delegacjach, koleżanka pyta jak sobie radzę tak sama, bo jej by było ciężko... Otóż ja lubię kiedy jesteśmy sami z synem. Nikt nie krzyczy, nie czepia się, nie przeklina. Zastanawiam się jak długo wytrzymam. Mój poziom wartości jest raczej w kiepskim stanie po ciągłych dogryzkach, że nic nie potrafię, nie robię, nie umiem myśleć i zachowuje się jak 5-latka. Dumna ze złożenia rowerka dla syna, dostałam opie*dol, że nie potrafię nawet odkręcić tego jak należy, a ja przecież zrobiłam to z całej swojej siły.

On nawet nie zdaje sobie sprawy że mnie to rani, ciągle twierdzi że się obrażam na słowa krytyki. Ile człowiek może jej znieść?

#tqXXi

Mieliście kiedyś tak, że czuliście się jak jak balon pozbawiony powietrza? Jakby ktoś spuścił z ciała życie. No właśnie... Żyjemy w zawrotnych czasach. Praca, dom, praca, dom... Tylko ile tak można? Ale do sedna.

Bardzo lubię swoją pracę. Szczęście, prawda? Tak, owszem. Tylko zauważyłam, że przy tym szczęściu coraz bliżej do nieszczęścia. Brak przyjaciół, którzy się odsunęli - bywa. Coraz większa frustracja, bo trudno nadążyć za wymaganiami zawodowymi. Nie mówiąc o edukacyjnych... Pomimo młodego wieku, czuję jakby życie uciekało przez palce, a każdy kolejny dzień dodawał kolejne ziarno goryczy do mojego ja. Jeśli nazywacie się czyimś przyjacielem, nie odchodźcie. Milczenie czasami spowodowane jest tym, że już nie ma się siły mówić.

Nie dajcie się zwariować, Drodzy Anonimowi i cieszcie się życiem, bo ja już chyba nie potrafię.

#grKAs

Zapewne większość z was miała chociaż raz taki moment w życiu, że gdy ktoś się wam przedstawiał - nagle zapomnieliście jego imienia i wstyd było wam, żeby się do tego przyznać.

Ja miałam taką sytuację. Pół roku nie wiedziałam jak ma na imię mój chłopak.
Nie zapamiętałam jego imienia, tylko ksywę. Podczas naszej znajomości nie miałam innej możliwości niż tylko zapytać się jego (czego nie zrobiłam, bo było mi wstyd). Pisaliśmy na GG, on nie miał tam podanego swojego imienia, Fb nie mieliśmy. Byliśmy w sobie zakochani. On się nawet nie kapnął, że nie wiem, jak ma na imię. Zwracałam się do niego typu "misiu", "kotku", "kochanie", po przezwisku. Chyba nawet nie zauważył, że nigdy nie mówiłam mu po imieniu. W końcu po pół roku naszego związku dowiedziałam się, jak się nazywa, bo pewnego razu jego dowód leżał na widoku.

Nadal jesteśmy razem i do dzisiaj on nie wie, że przez tyle miesięcy głowiłam się nad jego imieniem.

#nQPWu

Byłam gnębiona w gimnazjum. Dodam tylko, że publiczne poniżanie miało miejsce w obecności nauczycieli, którzy nic z tym nie robili. Ba, stwierdzili nawet, że to ze mną coś jest nie tak, skoro NIKT (czyli trzy osoby z klasy) mnie nie lubi.

Pewien kolega miał przeczytać na głos fragment testu przy całej klasie. Cóż... W wieku piętnastu lat ów kolega nie potrafił płynnie czytać. Najpierw po cichu literował każde słowo, później już na głos składał wyraz w sy-la-by. Wszyscy zaczęli się z niego śmiać, również i ja delikatnie się uśmiechnęłam. To był błąd.

Każdy kolejny dzień próbował zmienić mi w piekło. Wyzwiska od ku*ew, świń, brzydali, brudasów, śmierdzieli, debili, występowały zamiast powitalnego "siema". Gdy przypadkowo mnie dotknął, od razu uciekał do łazienki żeby "odkazić rękę". I znowu, nauczyciele WSZYSTKO widzieli, znali całą sytuację, bo interweniowali moi rodzice, moje koleżanki, ale wina była oczywiście MOJA.

Co więcej, mieliśmy tańczyć na zakończenie gimnazjum poloneza. Trafiłam na niego...
Każda próba tańca z nim kończyła się wyzwiskami w moją stronę. Nie dotykał mojej ręki, nie obejmował mnie w talii, bo się mnie brzydził. I znowu, nauczyciele to widzieli i nikt nie reagował.

Dzień balu gimnazjalnego. Chłopcy mieli kupione po róży dla swoich partnerek. Oczywiście ten człowiek nie chciał dać mi żadnego kwiatu. I dumnie rzekł, że mnie by się przydało w ogóle z domu nie wychodzić z takim ryjem, bo jestem tak brzydka i cała jestem beznadziejna. I nawet na zgniłego badyla nie zasługuję.

Przed samym początkiem poloneza wyszłam z sali. Nie wyszłam dlatego, by płakać, bo po raz kolejny poczułam się jak obrzucona gównem. Wyszłam po to, by znaleźć na ostatnią chwilę innego partnera, z innej klasy. Układ znał, wzrostem pasował, nie miał problemu, by zatańczyć. Zachował się jak normalny człowiek.

Mój niedoszły partner nie mógł zrozumieć, dlaczego to nie on tańczy na swoim balu! Jak to możliwe! Czym on sobie na to zasłużył?! Nie mógł uwierzyć w to, co zrobiłam.

Wojna zaczęła się na lekcjach. Cały czas słyszałam obelgi ze strony nauczycieli. Jak mogłam TAK potraktować kolegę? Dziewczyno, jesteś potworem!
Moje zachowanie na koniec szkoły zostało obniżone z zachowania wzorowego na poprawne. Przy rozdaniu świadectw usłyszałam od wychowawcy, że ma nadzieję, że TO nauczy mnie szacunku do innych, bo z takim zachowaniem nie dostanę się tam, gdzie chcę.

Na szczęście zachowanie nie miało większego wpływu na dostanie się do dobrego liceum. Miałam za dobre wyniki z egzaminów i piątki z przedmiotów rekrutacyjnych.

Mimo upływu lat nie jestem w stanie spojrzeć na tych podłych ludzi. Byli oprawcy są na jeszcze niższym poziomie niż za czasów szkoły. A nauczyciele się dziwią, że po tylu latach nauki udaję, że ich nie znam i że nie mam do nich szacunku.

Naprawdę?

#r1Imf

Dzisiejszy marcowy atak zimy przypomniał mi historię sprzed ok. 20 lat. Ile lat dokładnie wtedy miałam nie pamiętam, ale chodziłam chyba do 6 klasy podstawówki.

Też był wtedy marzec i przez jakiś czas panowała iście wiosenna aura. Mama zawsze spieszyła się rano do pracy, bo ona wychodziła na 7:30 (tata na 7:00), a ja lekcje miałam najwcześniej na ósmą. Zostawiała mi śniadanie, drugie śniadanie, całowała, przytulała i wybiegała z domu, dając kilka dobrych rad. Akurat tamtego dnia jedną z nich puściłam mimo uszu i poszłam do szkoły w samej bluzie, bez nawet tej głupiej parasolki, którą zawsze miałam przypiętą do plecaka.

Koniec lekcji, a tu nagle rozszalał się mały armageddon na dworze. Wiatrzysko, śnieg, mokro, zimno... głupia byłam, musiałam zapłacić i w tej cienkiej bluzie, adidaskach i z ciężkim plecakiem musiałam maszerować do domu. Powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B. W szkole dłużej zostać nie mogłam.

Najgorszy był ten obrzydliwie mokry, zimny, walący mi w twarz śnieg. Minęło mnie kilka osób z parasolami, pędzących czym prędzej do domów. Z domu do szkoły miałam ok. 20 minut drogi. Byłam już sina z zimna po tych kilku krokach, gdy w 1/4 drogi podeszła do mnie jakaś śliczna (jej uroda bardzo utknęła mi w pamięci) młoda kobieta i zapytała, czy mam daleko do domu. Gdy jej odpowiedziałam, że w sumie tak, po prostu narzuciła na mnie swój płaszcz, który mnie sięgał do kolan, założyła mi kaptur na otrzepaną ze śniegu łepetynę, złapała za rękę i powiedziała, że mam patrzeć pod nogi i iść za nią, ona mnie odprowadzi do domu. Wzięła też na ramię mój plecak.

Próbowałam protestować, było mi strasznie głupio, ale powiedziała tylko, że gdyby mnie moja mama tak zobaczyła, to by się chyba zapłakała ze zmartwienia, a ona sama jest dorosła i sobie poradzi, poza tym mieszka tu i tu, szybko wróci do domu się ogarnie. To było blisko mnie.

W pewnym momencie podniosła mnie i przeniosła kawałek, bo moje buty po prostu pływały. Odstawiła pod drzwi, kazała na siebie uważać i poszła sobie. Jej bezinteresownej dobroci nigdy nie zapomnę. Sama przemokła do suchej nitki, musiała potwornie zmarznąć, a mimo to bardziej obchodził ją obcy, mały człowiek, cierpiący z własnej głupoty, niż jej własny, zabezpieczony tyłek. Bezinteresowności tej dziewczyny nigdy nie zapomnę.

Dlatego ile razy widzę człowieka złapanego przez pogodową apokalipsę, zawsze proponuję schowanie się pod parasol i odprowadzenie do domu, zwłaszcza gdy jest to dziecko albo starsza osoba. Zawsze też staram się mieć przy sobie płaszcz przeciwdeszczowy za 2 zł i jeśli kogoś odprowadzić nie mogę, to go daję. Jeśli ktoś się broni, to proszę, by po prostu wziął i kiedyś zrobił to samo co ja.

Jeśli tamta kobieta czuła to samo ciepło w środku, które w takich sytuacjach czuję ja, to w pełni rozumiem, czego tak wtedy postąpiła..

#Lyogk

Studiowałam, gdy okazało się, że moja młodsza siostra jest chora. Wynajmowałam w tym czasie pokój u pewnej emerytki.

Gdy dowiedzieliśmy się, że młoda jest chora, świat nam się zawalił. Leczenie było kosztowne, rodzina nie mogła mnie dłużej utrzymywać, musieli wszystko przeznaczyć na młodą. Studiowałam dziennie, byłam na wymagającym kierunku, który kochałam. Chciałam ratować siostrę, ale też nie chciałam rezygnować z marzeń. Dlatego po namyśle postanowiłam - seks-kamerki. Rodzinie powiedziałam, że pracuję nocami na hali produkcyjnej. Nie chcieli w to uwierzyć, potem bali się o mnie, że się wykończę... Część zysków przelewałam na ich konto, część odkładałam na czarną godzinę, sobie zostawiałam tylko trochę (wynajem, jedzenie).

Po paru miesiącach zyskałam stałego klienta, mężczyznę z Niemiec, który potrafił przesiadywać ze mną na „czacie” (dla niewtajemniczonych: czat pobiera opłaty za czas, w którym mam klienta). Zaczął ze mną rozmawiać, chciał mnie poznać. Po kilku tygodniach zdecydowałam mu się pokazać twarz, on natomiast pokazał swoją. Dobrze mi się z nim rozmawiało i byłam wdzięczna, że nie każe mi się rozbierać. Nawiązaliśmy pewnego rodzaju więź, wpłacał na moje konto pieniądze w zamian za rozmowę na normalnym już czacie. Sytuacja między nami trwała pół roku, aż w końcu wydarzył się cud. Mojej siostrze się polepszyło, więc mogłam zrezygnować z takiego układu. Miałam problem, bo przywiązałam się do tego faceta. Mogłam mu się wygadać, był opiekuńczy. Jednak miałam wyrzuty sumienia. Powiedziałam, że muszę zakończyć znajomość. Nie chciał się zgodzić, błagał, żebym zmieniła zdanie, ale ja chciałam się odciąć od tej sytuacji. Zaczynałam coś do niego czuć, było mi ciężko.

Po kilku dniach oznajmił mi, że ma prośbę. Chciał, żebym dla niego rozebrała. Pomyślałam, że jeżeli mu to zrekompensuje nagłe przerwanie kontaktu, to się zgodzę, plus pierwszy raz wydam pieniądze na przyjemności. Chciał, żebym się przebrała w strój sanitariuszki AK, on byłby przebrany za gestapo. Szczerze mówiąc to szczęka mi opadła, jak to usłyszałam. Wysłał mi link do niemieckiego sklepiku internetowego ze strojami z drugiej wojny światowej i poprosił, żebym zamówiła takowy. Zgodziłam się. Po wszystkim usunęłam konta.

Któregoś popołudnia emerytka zawołała mnie, że mam gościa. Podeszłam do drzwi i moim oczom ukazał się... ON! Stał w drzwiach z bukietem kwiatów.
- Nie chciałem z tobą kończyć znajomości. Mój kolega prowadzi ten internetowy sklepik, powiedziałem mu, że kobieta z Polski będzie u niego kupować strój sanitariuszki i chcę, żeby spisał mi twoje dane. Proszę cię, zostań moją dziewczyną.
 
Byłam w szoku, ale zaprosiłam go do środka. Gdy wyjeżdżał, obiecałam mu, że to przemyślę. Musiałam się z kimś tym podzielić, ale nie wiem co robić.

#MfBj1

Pochodzę z dawnej szlacheckiej rodziny. Co prawda wraz z nastaniem II RP tytuły szlacheckie zniknęły, jednakże majątek i sława została ta sama. Co prawda dziś wygląda to zupełnie inaczej, ale nadal gdy odwiedzam stary dworek swoich dziadków (służący jako dom letniskowy), ludzie w okolicy mówią na mnie i całą moją rodzinę "dziedzice" itp. I są przy tym bardzo uprzejmi oraz pełni szacunku.
Jednym z powodów takiego stanu była historia związana z moją praprababką Eleonorą, ostatnią w rodzie pamiętającą królestwo kongresowe.

Podczas II wojny światowej Rosjanie "wyzwalali" ziemie polskie pod okupacją. Już dawno doszły wszystkich słuchy o gwałtach, mordach i podpaleniach, jakich dokonywali. Przerażeni mieszkańcy wsi nie mieli za bardzo gdzie się ukryć, więc praprababcia "pani wdowa" kazała wszystkim ze wsi ukryć się u niej w piwnicy. Swoje córki wysłała do lasu do tajemnej lepianki, moja prababcia opowiadała, że chciała zostać i pomóc praprababci, swojej mamie, ale ta wypowiedziała wiekopomne słowa "Jazda stąd! Ja już jestem stara prukwa, ale na ciebie to się połaszą". Tak więc praprababcia, około pięćdziesiątki, bez pomocy nikogo musiała stanąć naprzeciw bandzie bolszewików chcących splądrować jej dwór i poznęcać się nad mieszkańcami wsi.

Jakież musiało być zdziwienie bolszewików, którzy wpadając na podwórze dworu zastali ubraną jak wdowa kobietę ze strzelbą w ręku. Udało jej się ich zdziwić na tyle, że zgodzili się posłać po przełożonego. Ten, człowiek światły, zamienił z praprababcią po rosyjsku parę słów, ucałował jej rękę, został zaproszony na posiłek, a żołnierzy ugoszczono jedzeniem ze spiżarni i chłopskich chat.
Rosyjski dowódca okazał podziw dla odwagi starszej kobiety. Jego żołnierze najedli się i dostali nakaz ominięcia tej miejscowości, nie czyniąc większych szkód (ponoć trochę zwierząt zabrali, ale tylko tyle).

Praprababcia została bohaterką miejscowych. Powstała nawet legenda, w której opisano, że żołnierze wzięli praprababcię za ducha czarnej wdowy i przerażeni pouciekali.

Mam jeszcze wiele innych historii, które warto opisać. Wspominam o tym, gdyż właśnie przenoszę praprababcię Eleonorę z jej pierwszego grobu do rodzinnej krypty. Mieszkańcy wystąpili z inicjatywą i zamówili dla niej piękną, cynową trumnę.
Cieszę się, że tak dobrze ją zapamiętali. Bardzo jestem też wdzięczny za pamięć o niej. Jestem dumny, że mam w rodzie taką odważną kobietę.

#DEkeo

To stało się jakoś w piątej klasie podstawówki.
Na DDW pani zadała nam pytanie, jakie języki umiemy bądź jakich chcielibyśmy się nauczyć. Jako że jestem połowicznie Norweżką, to umiem i rozumiem norweski. Chcąc się pochwalić przy całej klasie, gdy tylko nadeszła moja kolej, wypowiedziałam zdanie "Ja potrafię mówić po norwesku" (w tym języku oczywiście).

Na moje nieszczęście nauczycielka uznała, że się z niej nabijam, udając, iż mówię w jakimś języku i z miejsca dostałam uwagę o treści: "Uczennica wyśmiewa nauczycielkę, parodiując języki obce".
Dodaj anonimowe wyznanie