Po urodzeniu się naszego syna, mój mąż bardzo się zmienił. Bardzo chciał mieć dzieci, dom, rodzinę - to tak jak ja.
Dobrze zarabialiśmy, mieliśmy stabilne życie, bardzo się kochaliśmy. Aż do dnia, w którym okazało się, że nasz syn jest chory. Ciągle słyszałam wyrzuty, że nie ma mnie w domu i nie jestem dobrą żoną, bo... spędzam całe dnie z dzieckiem w szpitalu.
Diagnoza była straszna - choroba genetyczna. Mój mąż zamiast szukać tak jak ja specjalistów, aby nasze dziecko nie umarło, wpadł na genialny pomysł. Chciał oddać nasze dziecko swojej kuzynce, bo jak twierdzi, oni nie mogą mieć, a nam dzieci nie są potrzebne, bo się kochamy. Kuzynka się zgodziła (nie wiedziała, że mały jest tak chory).
Gdy przyjechała po rzeczy małego, dostała ciuszki mojego męża. Kazałam im, delikatnie mówiąc, iść sobie.
Rozwiodłam się z mężem, nie potrafiłam znieść myśli, że odrzuca nasze maleństwo tylko dlatego, że jest chore. Oczywiście deklarował mi miłość, ale jeśli nie będzie w naszym życiu kłopotu...
Dzisiaj mój synek ma 7 lat, jego choroba powoli odbiera mu życie. Chcę z nim być do końca, nie zostawię go nigdy. Nie jest łatwo, ale jak patrzę w te jego wielkie, roześmiane oczy, to wszystko jestem w stanie przetrwać.
Mój były mąż nie odwiedza naszego syna. Rok temu urodziła się mu córka z tą samą wadą, co u naszego syna, a cały czas zarzucał mi, że to moja wina...
Życie jest strasznie okrutne.
Narzeczona podbierała moją kartę płatniczą. Pewnego sobotniego popołudnia usłyszałem, jak opowiada przez telefon swój plan działania, a mianowicie: na swojej karcie ustawi nr PIN taki, jak ja mam, po czym podmieni karty (miałem kartę w tym samym banku, więc na pierwszy rzut oka karty identyczne poza numerem i podpisem). Stwierdziłem, że to już grube przegięcie.
Pozwoliłem jej wykonać podmiankę i ku mojej uciesze wzięła taxi na drugi koniec miasta, czyli ponad 150 zł. Po godzinie zablokowałem możliwość płatności i wyłączyłem telefon.
O godzinie 7:30 w niedzielę do moich drzwi zadzwoniła policja z informacją, że ktoś próbował posłużyć się moją kartą. Zgodnie z prawdą opowiedziałem całą historię, po czym udałem się na komendę. Tam oczywiście moja "ukochana" spędziła ponad 8 godzin w areszcie - w restauracji zrobiła zamówienie na ponad 2000 zł, a niestety jej koleżanki zupełnie przypadkiem zapomniały pieniędzy, w związku z czym właściciel restauracji wezwał policję.
Po całej sytuacji narzeczona zażądała, żebym za karę zapłacił cały rachunek i zabrał ją na zakupy. Oczywiście stanowczo stwierdziłem, że nie zapłacę - wyzwała mnie od dziadów, skąpców itd... Do mojego mieszkania wróciła taksówką. Na szczęście zostawiła mnie, wróciła do swojej mamusi i miasta być księżniczką na stanowisku sprzątaczki w markecie.
Mimo tego, że od lat jestem w szczęśliwym związku wolę masturbację od seksu.
Odwiedziny u rodziny...
Standardowe pytania: kiedy się dorobię w końcu własnej rodziny, najmłodsza już nie jesteś, zegar tyka...
Przez godzinę udawało mi się dosyć dyplomatycznie odpowiadać, ale temat mnie już znudził, więc patrząc na całą familię powiedziałam tak:
"Od wielu lat przyglądam się waszym związkom i związkom wszystkich znajomych i doszłam do wniosku, że nie, nie spieszy mi się do tego, jeżeli miałoby to wyglądać jak u was!".
Miny bezcenne i temat zakończony :D
Trochę paranormalnie będzie, więc ostrzegam niedowiarków.
Mam 197 cm wzrostu, odziedziczyłem to najprawdopodobniej po ojcu, który ma 203 cm wzrostu, oboje jesteśmy bardzo rozbudowani fizycznie, do tego głównym hobby mojego taty są praca fizyczna i ćwiczenia, głównie kalistenika. Ja z kolei wolę wyciskanie ciężarów. Te informacje są ważne dla dalszej części wyznania.
Tuż po maturze, nim wyjechałem z mojej małej wsi do miasta na studia, mieliśmy mały pożar w domu, spłonęła spora część dachu, ubezpieczalnia nie chciała wypłacić pieniędzy zasłaniając się jakimś tam prawem. Dach nad głową to podstawa, w domu jeszcze mama i siostra, decyzja była szybka, kredyt na dach ponad 25 tys zł. Dach zrobiony, ale kłopotów ciąg dalszy, firma, w której tata pracował nie miała zleceń i powoli upadała, a kredyt sam się nie spłaci. Zadecydowaliśmy, że wyjdziemy do Niemiec do pracy, trochę po znajomości, trochę z przypadku; trafiliśmy na wielkie gospodarstwo rolne. Zajmowaliśmy się wszystkim, opatrywaniem zwierząt, wyjazdami na pola, drobnymi remontami. Praca była ciężka, ale pieniążki płynęły szerokim strumieniem.
Tam z widzenia poznałem Michelle, była rok młodsza, miała maksymalnie 165 cm wzrostu i ważyła nie więcej niż piórko (patrząc na jej wygląd), poza tym była bardzo ładna, ale nigdy się nie uśmiechała ani nie odzywała.
Gdy w pewien upalny dzień mieliśmy przerwę, poszedłem do wielkiej stodoły po krzesła, żeby usiąść w cieniu i trochę ochłonąć. Gdy wszedłem, zobaczyłem jak Michelle schodzi ze stołka i zawisa na szyi. Puściłem się biegiem do niej, wołając ojca ile sił w gardle. Podbiegłem, objąłem ją i chciałem unieść, ale... Nie potrafiłem, nie uniosła się ani o centymetr, zaparłem się, spiąłem i szarpnąłem jeszcze raz, udało się, ale ważyła jakby 1000 kg, wtedy wbiegł ojciec z jabłkiem i nożem w rękach, zaczął nożem odcinać linę, ale nie szło, podbiegł do ściany, zdjął z niej siekierkę do zabijania kur i przyłożył w belkę, na której wisiała lina, poprawił jeszcze z 3 razy, nim ta puściła.
Michelle przeżyła, trafiła do szpitala... Ale mnie nadal przeraża ciężar jej ciała, wytrzymałość liny, która była stara jak świat i sparciała. Po wszystkim powiedziałem o tym odczuciu tacie, a ten spojrzał na mnie i powiedział, że nie podnosiłem tylko Michelle. Zdziwiony zapytałem - jak to?
Gdy ktoś się wiesza, a ktoś próbuje go ratować, diabeł ciągnie wisielca w dół... Stara prawda z zabobonów, ale coś w niej chyba jest...
Za czasów gimnazjum byłam typową chłopczycą. Nie lubiłam damskich ciuchów, nie malowałam się, miałam krótkie włosy i byłam raczej płaska, do tego drobnej budowy ciała. Za to uwielbiałam się kłócić i bić na przerwach z kolegami. Co prawda wiedziałam, że dają mi duże fory, ale i tak te przyjacielskie walki sprawiały mi dużą przyjemność. Moja mama była tam nauczycielką i na terenie szkoły zwykle się do mnie nie przyznawała.
Któregoś dnia w środek naszej walki wszedł jakiś nauczyciel (który mnie nie uczył). Zanim zdążyliśmy spieprzyć, jemu coś zaświtało w głowie, że jestem dzieckiem mojej matki, więc złapał mnie za fraki i wio do pokoju nauczycielskiego. Od progu krzyk do mojej mamy: "Pani syn kolejny raz bije się z kolegami na korytarzu! Szkoda, że to nie dziewczynka, może byłaby grzeczniejsza!". W pokoju nauczycielskim chwila konsternacji, cisza, a potem ryk śmiechu wszystkich, którzy mnie znali. Mama śmiała się tak bardzo, że udało mi się uniknąć ochrzanu :D
To wydarzenie jednak po raz pierwszy poruszyło we mnie jakąś głęboko skrytą, kobiecą dumę i postanowiłam zapuścić włosy, zmienić styl oraz ogarnąć swoje zachowanie. Teraz, jako 24-latka, mogę przyznać, że się udało :D
Nie miałam nic do mojego arabskiego kolegi ze studiów. Spoko chłopak, zostawił w domu żonę i malutkie dziecko, żeby się uczyć w Polsce na politechnice na dość wymagającym kierunku. Oczywiście wszystko do czasu, jak wczoraj zobaczyłam zdjęcie jego żony... 12-letniej w momencie ich ślubu, obecnie 14-letniej, wychowującej pod opieką jego rodziców ich wspólne kilkumiesięczne dziecko.
Nie jestem w stanie patrzeć na niego tak samo jak wcześniej.
Moja dziewczyna to typowa kociara. Ostatnio trafił do nas nowy kot, który był po przeżyciach i gdy dziewczyna leżała, to się na niej położył. Bała się nawet ruszać, nie chciała go zgonić, nawet do toalety nie chodziła przez półtorej godziny. W końcu moi koledzy poszli do domu, więc postanowiłem spędzić z nią trochę czasu. Mówię jej, że mam na nią ochotę... A ta, żeby nie zgonić kota, który leżał jej na brzuchu, zrobiła mostek tak, żebym mógł zajść od dołu i krzyczy "Bierz!!".
Nawet nie wiem, jak to skomentować...
Jakiś czas temu poznałem na jednej z aplikacji pewną dziewczynę. Nawiązaliśmy kontakt i przez kawałek czasu pisaliśmy. Pisało się nam naprawdę dobrze, no i często. Było git. Do czasu, gdy ta dziewczyna napisała mi, że jednak nic z tego.
Okazało się, iż ta dziewczyna miała chłopaka w trakcie pisania ze mną.
Uwaga - chłopaka, którego sobie wymyśliła.
Nie, nie wymyśliła chłopaka, by mnie odprawić - po prostu wymyśliła sobie jego postać. Powtórzę - WYMYŚLIŁA.
Wymyśliła sobie jego imię, wymyśliła sobie, że ten chłopak studiuje na pewnym "przyszłościowym" kierunku, wymyśliła sobie, że poszła z nim na walentynkową randkę do kina i co najlepsze - utworzyła sobie jego fejk konto, aby z nim "pisać".
Przegrać walkę z fikcyjną postacią - osiągnięcie odblokowane.
Pozwolę się podzielić z Wami historią, która spotkała mnie w dniu dzisiejszym.
Każdy wie, że posiadając psa w mieszkaniu, trzeba wyjść z nim na spacer. Większa część społeczności wie, że kiedy pupil załatwi potrzebę fizjologiczną, należy to posprzątać. Ja również to wiem i stosuję się. Wracając jednak do całego zdarzenia...
Spaceruję z psem - Kapsel się zwie.
Kapsel bywa dość wybredny jeśli chodzi o miejsce zrzucenia balastu, więc chodzimy tu i tam, ewentualnie by wrócić do tu albo do tam.
Nagle, gdy palce pomimo rękawiczek zaczynają powoli kostnieć, widzę to lekkie "szykowanie się". Myślę: "Tak? To ten moment? Ta chwila? Uda się?!"
Tak! Pozycja na kangura, a ja w tym czasie szykuję woreczek żeby posprzątać. Pies spięty w tej swojej zacnej pozie, skupienie... i ten cieniutki głosik, mówiący:
- Pani, dlaczego pani nie sprząta, jak pies kupę nawalił?
Odwracam się, patrzę na małą babcinkę... Ponownie patrzę na spinającego się psa... Po czym odwracam się do staruszki i zadaję pytanie:
- A pani spuszcza wodę w trakcie, czy po?
Zostałam zwyzywana od niewychowanych gówniar.
Tylko kto w tym przypadku był "niewychowaną", a kto "gówniarą"?
Dodaj anonimowe wyznanie