Mam 15 lat i mam siostrę, która lat ma 9. Cały czas powtarzałam rodzicom, żeby zacząć kontrolować co moja mała siostra robi na jej telefonie. Ale ciągle było "później", "nie teraz", "zajmij się swoimi sprawami". No okej.
Ostatnio mama poszła do jej pokoju i wzięła jej telefon, przyszłam do niej i zobaczyłam, że ogląda filmiki nagrane przez moją siostrę na tej idiotycznej aplikacji Musical.ly. Wszystko dobrze gdyby nie to, że w filmikach były piosenki ze słowami typu "ruchanie" czy "psiocha", no cóż... Rodzice w końcu zabrali jej telefon i porozmawiali z nią. Szkoda tylko, że większość rodziców ma właśnie takie podejście, a w internecie coraz więcej małych dzieci z takimi zainteresowaniami.
Jestem ogólnie spokojnym człowiekiem, jednak jest pewna rzecz, która mnie strasznie wkurza.
Nie jestem chudy, do bycia chudym dużo mi brakuje. To nie tak, że siedzę, jem i tylko tyję. Lubię ruch, wyprawy piesze... ale lubię też zjeść i to bardzo dobrze zjeść. Podobam się sobie, lubię siebie jako misia, po prostu czuję się dobrze w swoim ciele. Do tego mam piękną kobietę, która dla odmiany wagowo jest moim przeciwieństwem. Ważne tutaj jest to, że ona mnie też akceptuje takim jakim jestem, a to chyba najważniejsze, prawda?
To teraz co jest nie tak? Ciągle słyszę pytania czy nie chciałbym schudnąć? Czy może potrzebuję pomocy w wzięciu się za trening? Czy brakuje mi motywacji? Czy wiem, że grozi mi zawał? Niektórzy są też bardziej dosłowni i wręcz każą mi schudnąć. Można to przeżyć powiecie. Można i też spokojnie im wytłumaczyć, że dobrze mi ze sobą. Wtedy mówią, że sobie tylko wmawiam, że to urojona akceptacja (ciekawa definicja swoją drogą), że na pewno marzę o byciu chudym.
No więc... nie... mam lepsze marzenia, jak na przykład na chwilę obecną ukończenie studiów.
Jednak wszystko przebiło jedno spotkanie ze znajomymi, wtedy jeszcze teoretycznie tymi dobrymi znajomymi. Byliśmy wieczorkiem na plaży, normalne spotkanie, piwko, miło i w ogóle. Poszedłem na bok za potrzebą. Wracam, jestem już blisko i słyszę rozmowę, było ciemno, mnie nie było widać a wokół pełno innych ludzi. Słyszę jak dziewczyna, z BMI bijące moje niczym Pudzian Najmana, mówi mojej lubej, że nie ma pojęcia jak może być z takim ogrem jak ja, drugi koleś mówi, że powinna znaleźć sobie kogoś lepiej zbudowanego ode mnie, bo jest za ładna na mnie, a kolejna laska im przytakuje. No kurna super znajomi.
Luba siedziała wystraszona i jakoś próbowała mnie bronić, jednak siła nacisku była zbyt wielka. Więc podszedłem fioletowy ze złości i zaczął się balet, napiszę to grzeczniej niż było. Grubej (określenie to fakt, a nie obelga) wygarnął hipokryzję i krótko ją podsumowałem, drugiej zobrazowałem jakich pokaźnych rozmiarów jest nos i pieprzyk, z którego chociaż by powyrywała pokaźne włosy, a koleś... wstał i chciał na mnie rękę podnieść, więc skwitowałem go damskim, aczkolwiek na tyle silnym, że się przewrócił, plaskaczem w twarz (i to w zasadzie jedna rzecz, której żałuję, że zrobiłem).
Zabrałem lubą i po prostu poszedłem z nadzieją na znalezienie nowych znajomych.
Więc teraz proszę powiedzcie mi: jak ludzi, których teoretycznie znacie, mogą się okazać aż takimi idiotami?
Kiedy skończyłem 24 lata i wciąż ciążyło na mnie brzemię prawictwa, zapadała decyzja o pozbyciu się tego defektu. Poszedłem za namową kolegów i koleżanek umawiając się z panną, którą wybrałem spośród ogłoszeń na pewnym znanym portalu. Wyjaśniłem na czym polega problem, a ponętny głos w słuchawce kazał mi przyjść w umówione miejsce o określonym czasie.
Zjawiłem się punktualnie, przywitała mnie Pani, która trochę odbiegała od tego czego się spodziewałem po zdjęciach, niemniej jednak przyjąłem zaproszenie do mieszkania. Od momentu przekroczenia progu obleciał mnie ogromny strach i miałem ochotę się wycofać. Kobieta kazała wpierw zostawić pieniądze we wskazanym miejscu, a następnie skorzystać z jej prysznica. Cebuliony zostały na szafce, a ja po ich odłożeniu wymyśliłem pretekst, aby się stamtąd wydostać mówiąc, że chyba zapomniałem zamknąć samochodu. Tak oto ostałem pozbawiony 130 złotych i nadal jestem prawiczkiem.
Ostatnio postanowiłam z mamą, że pójdziemy pobiegać. Mieszkamy na wsi i naszą próbę zostania "fit matką" i "fit córką" zablokował kierowca PKS-u. Biegłyśmy chodnikiem o 5 rano, a on zatrzymał się poza przystankiem i zapytał, czy wsiadamy, bo następny będzie za godzinę.
Mężczyzna nie może być zgwałcony lub molestowany. Przecież to dla niego nagroda.
Taki jest tok myślenia dużej ilości osób. I zawsze gdy to słyszę, muszę się kontrolować, żeby nie zatłuc osoby szerzącej tego typu poglądy.
Mam dość specyficzną aparycję. Podnoszenie ciężarów przez wiele lat, wzrost oraz broda sprawia, że na pierwszy rzut oka wyglądam jak germański barbarzyńca, który odkrył sterydy anaboliczne. W związku z aparycją ludzie uważają, że na pewno muszę mieć silną, ekstrawertyczną osobowość.
A jednak nie. Nie licząc ukochanej, nie potrafię nikomu zaufać. Nie mam żadnych przyjaciół, a kolegów trzymam na dystans. Dlaczego?
Trzeba się cofnąć do lat, gdy chodziłem do pierwszej klasy gimnazjum (2005 r). Nowa klasa, nowe twarze. Warto zaznaczyć w tym momencie, że jako trzynastolatek byłem mikrusem - najniższy z chłopców. Byłem do tego bardzo nieśmiały, nie potrafiłem rozmawiać z dziewczynami. Zaprzyjaźniłem się z jednym chłopcem, nazwijmy go Paweł. Szybko złapaliśmy wspólny język - ja zaczynałem interesować się siłownią, a on miał sporą kolekcję pism kulturystycznych, które zostawił mu jego starszy brat. Jak to w gimnazjum też bywa - w klasie miałem kilku kozaków, którzy z racji tego, że byłem najmniejszy, znaleźli we mnie ofiarę do gnębienia. Mimo że wzrostem nie grzeszyłem, zawsze byłem pyskaty i nie dałem sobie w kaszę dmuchać.
Zemściło się to na mnie po lekcji WF-u. "Kozaki" postanowiły dać mi nauczkę w okrutny sposób. W szatni rzucili się na mnie i ku uciesze zebranych, zdjęli mi majtki. Następnie, trzymając mnie w kilku, zawołali dziewczyny, które stały na korytarzu, aby dołączyły. Weszły do szatni, zobaczyły mnie, część z nich wyszła, kilka zostało. Dalej pamiętam, że jedna z nich brudnym butem dotykała mnie po członku, reszta się śmiała i mnie wyzywała, jeden z "kozaków" bił mnie po twarzy moimi majtkami. Pewna osoba nagrywała telefonem całe zajście. Ku uciesze gawiedzi, ze stresu dostałem erekcji, przez co usłyszałem jeszcze więcej darcia się i wyzwisk. Całe zajście trwało tylko kilka minut, które dla mnie były niczym godziny.
"Impreza" skończyła się, bo dziewczyny, które wyszły, poszły po nauczyciela WF-u.
A kto był "kamerzystą"? Mój "przyjaciel" Paweł. Nagrywał całe zajście, śmiejąc się mi w twarz.
Sprawa oczywiście doszła do dyrekcji i moich rodziców. Dyrekcja zabrała Pawłowi telefon, zobaczyli nagranie i podeszli z pełną surowością do tego. Parę osób skończyło z kuratorem, nagannym zachowaniem, itp. Ja natomiast zostałem wyrzutkiem i konfidentem. Nie brakowało też głosów, że skoro dostałem erekcji, to musiało mi się podobać. Z czasem fizycznie przerosłem "kozaków" i miałem spokój, zwłaszcza jak jeden z nich skończył ze złamanym nosem.
Dla mnie za późno, nigdy nikomu naprawdę nie zaufam. Potraktujcie moją historię jako przestrogę.
Niedawno opisałam tu, dlaczego wstydzę się swojej rodziny. Chcę opowiedzieć wam ciąg dalszy.
Oczywiście uprzedziliśmy z narzeczonym jego rodziców, że moja rodzina jest bardzo prosta. Ja poprosiłam też rodziców i braci żeby pokazali się z dobrej strony.
Niestety oni specjalnie czy nie, zepsuli nam zaręczyny.
Tego, że ubrali się niezbyt ładnie nikt nie komentował (ojciec w spranej koszuli i pogniecionych spodniach, matka w znoszonej sukience, bracia w ulubionych dresach). Wiadomo, nie są majętni.
Sam obiad był katastrofą. Jedli tak głośno i niechlujnie, że goście przy innych stolikach się na nas patrzyli. Sapali, siorbali i chrząkali. Mieli pretensje, że do obiadu podano po lampce wina zamiast wódki. Widziałam, że rodzice i siostra Mariusza nie byli zachwyceni, ale próbowali prowadzić normalną rozmowę. Nie dało się. Ojciec albo próbował opowiadać sprośne żarty, matka mu wtórowała. Kiedy próbowaliśmy mówić o swoich planach mówili ,,ło tam, zoboczycie jesce płakoć bedziecie" (Mariusz awansował, ja zaczynam pracować na umowę stałą więc chcemy wyremontować domek, do którego się przeprowadzamy). Siostra Mariusza wybiera się na weterynarię i w wakacje po raz kolejny będzie wolontariuszką w schronisku, na co moi rodzice jej powiedzieli, że to nic nie warte i lepiej by się czym innym zajęła.
Przy kawie moi bracia urządzili sobie konkurs bekania, a kiedy zwróciłam im uwagę wyśmiali mnie, matka jeszcze dodała ,,prawdziwe chłopy tak robią". O dwuznacznych gestach i odzywkach do siostry mojego narzeczonego już nie wspomnę. Wtedy mój przyszły teść zwrócił im uwagę, ale usłyszał, że ,,przynajmniej widać, że to zdrowe chłopaki a nie geje jakieś".
Wszystkiego dopełnił mój ojciec, kiedy po powrocie z toalety wszem i wobec obwieścił ,,ale żem się wysroł porządnie". Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię. Na szczęście wszyscy postanowili wracać do domu.
Rodzice Mariusza do końca byli mili dla mojej rodziny, jednak widziałam, że są zażenowani.
Kiedy potem rozmawiałam z matką, uznała że to rodzina Mariusza ,,ma kije w dupach", a oni zachowywali się normalnie. Kiedy odmówiłam przeprosin za to, że mam pretensje, obrazili się. Mam nadzieję, że na stałe.
Jedno wiem na pewno - ani ich, ani żadnego innego członka mojej rodziny nie zaproszę, bo w dniu swojego ślubu nie chcę czuć się przez nich tak zawstydzona jak podczas zaręczyn. Z resztą i tak nie planujemy wesela tylko uroczysty obiad i tort dla najbliższych.
Moja mama pracuje w hospicjum dla dzieci.
Jak były liczne protesty odnośnie aborcji (jest za wolnym wyborem ale), i mówiłam, że gdybym była w ciąży z chorym dzieckiem (nawet z zespołem downa), to bym usunęła.
I w tym momencie zawsze mówi „usunęłabyś swoje dziecko? A co mają mówić wszyscy rodzice od nas z hospicjum?”.
Tak, usunęłabym bez wahania. Nie obchodzi mnie czyjeś życie, tylko moje. Nie byłabym w stanie podporządkować swojego życia temu dziecku, gdzie ono by się męczyło, albo nie miało pojęcia o tym, że żyje, i ja. Na co to komu, ja się pytam?
Naprawdę kocham dzieci, ale dla mnie to męczarnia na samą myśl, tym bardziej jak wiem, jak to życie z takimi dziećmi wygląda od środka.
Wyznanie nawiązuje do coraz większej ilości pojawiających się zrzutek pieniężnych organizowanych przez osoby prywatne na rzecz leczenie ludzi lub zwierząt i konsekwencji z nich wynikających.
Coraz więcej pojawia się informacji o próbach wyłudzenia pieniędzy przez fałszywe zbiórki. Jakiś czas temu zostało zebrane paręset tysięcy na leczenie chłopca, który nie istnieje. Zagłębiając się w wiadomości, takich drobnych przekrętów jest niemało. I tutaj pojawia się problem dla osób, które naprawdę potrzebują pomocy. Dalsza część wyznania jest już całkiem anonimowa.
Od pięciu lat leczę się - zaczęło się od depresji i anoreksji po gwałcie, potem uraz kręgosłupa w wypadku (przy RTG wyszło, że i zwapnienie tkanek miękkich), uszkodzenie słuchu i błędnika (które były skutkiem przesuniętych w wypadku kręgów na poziomie C4/C5). Przez większość tych wydarzeń przeszedł ze mną mój obecny mąż (wypadek samochodowy miał miejsce podczas naszej pierwszej wspólnej wycieczki - kierowca jadący za nami nie zareagował na to, że jest awaryjne hamowanie przed zjazdem na autostradę i skasował nam cały tył). Jako, że moja mama zawsze na mnie krzyczała, gdy się żaliłam, to o swoim zdrowiu czy sytuacji materialnej ani jej, ani nikomu innemu nie mówiłam. Jakoś z mężem dawaliśmy sobie radę, może nie było nas stać na wakacje czy wyjście do restauracji, ale było ok.
Niestety w tym roku to mój mąż trafił do szpitala. Podejrzenie wylewu, na szczęście niepotwierdzone badaniami, za to wyszło sporo innych komplikacji zdrowotnych. Jego dochodzenie do siebie trwało ponad 2 miesiące, a to on jest główną osobą utrzymującą rodzinę (ja pracuję u niego, on jest szefem małej firmy, generującej niewielki zysk, ale po prostu kocha to, co robi i sprawia mu to ogromną radość).
Mieliśmy w te wakacje chociaż załatać dach. Sytuację mamy fatalną, przecieka, na suficie, ścianach i w szafkach grzyb, na korytarzu odpada sufit. Odłożone pieniądze, które zbieraliśmy na ten cel trzy lata, musieliśmy przeznaczyć na życie, leki, rehabilitacje.
Więc założyłam zbiórkę, opisując w niej moje choroby, bo na to mam pełną dokumentację. Próba proszenia obcych ludzi o udostępnienie (i dodanie, że mam dokumentację, a poza tym za każdy grosz się odwdzięczę) kończy się wyzwiskami o oszustach, k*rwach i szmatach, które za*ranej d*py do pracy nie ruszą.
Pozostało tylko wierzyć, że przez kilka najbliższych lat przetrwamy, bo kredytu nikt nam nie da.
Sytuacja z dzisiaj.
Jestem sobie po sesji na uczelni i chilluję w domu. Nachodzi mnie ochota na sushi, które w związku z tym, że jest drogie, nie zamawiam zbyt często. Jednak skusiłam się.
Na wszystkim znanej stronie, na której się zamawia jedzenie, widnieje czas dostawy z pewnego lokalu sushi 45 min. Myślę sobie "Ok". Jednak po chwili dostaję sms, że moje sushi będzie za 90 min. Myślę sobie "No k***a". Same story again... Jednak nie anuluję i już postanowiłam czekać te 90 min. Po tym czasie przyjeżdża dostawca. Miałam zaznaczone, że nie mam dokładnej sumy i trochę tam dostawca powinien mi wydać reszty. Jednak, aby dostawca się nie doszukiwał dziwnych końcówek, sama przygotowałam tak drobne, żeby on wydał mi okrągłą resztę.
Po czym ten gbur rzuca mi resztę, którą normalnie miał wyliczoną dla mnie i mówi "A no tak, bo przecież Pani studiuje...", po czym macha na mnie ręką i odchodzi.
Ja się pytam: Co to jest za narzucanie ludziom obowiązku dawania napiwku?
Dostawca nie ma prawa sugerować, że "stać mnie" na to. Nie zna mojej sytuacji, a ja akurat staram się oszczędzać, więc każda złotówka jest dla mnie ważna. Rozumiem, że liczy się gest i nawet 10 groszy mogłoby być napiwkiem. Jednak zachowania niektórych dostawców przechodzą najśmielsze oczekiwania. Może i dałabym napiwek, jakby moje zamówienie przyszło faktycznie w 45 min, jak obiecuje lokal na stronie, a nie po 2x takim czasie.
Też byłam zboczonym dzieckiem. Kiedy miałam te swoje 7 tudzież 8 lat często po 22 oglądałam na jakiś pseudo kanałach krótkie anonse pewnych gołych pań lub też jak miałam szczęście trafiałam na pełnometrażowe filmy. Z całego małego serduszka zazdrościłam tym paniom, że mogą próbować takich rzeczy (pozycja od tyłu, na jeźdźca, jakieś robótki ustne), bo byłam święcie przekonana, że normalni faceci w prawdziwym życiu tak nie robią i nigdy nie będę miała okazji tego spróbować :( i oglądałam to wszystko niekoniecznie po to żeby sobie jakoś "dogodzić" tylko z prostej zazdrości i chęci pogłębienia swojej wiedzy :D Byłam pewna, że wszystko odbywa się tak jak w tych wszystkich romansidłach wiecie, świece, spokojna muzyka, on na górze powolne ruchy, patrzenie sobie w oczy...
I z tego powodu było mi tak źle będąc w tej pierwszej czy drugiej klasie i tak bardzo im zazdrościłam, a jednocześnie wiedziałam, że te panie mają bardzo złą pracę i nie można tak zarabiać. Tak czy tak postanowiłam wtedy, że raz spróbuję w przyszłości takiej pracy. Dzięki temu w wieku 7 lat marzyłam aby zostać "jednorazową" prostytutką, żeby móc spróbować tych wszystkich fajnych rzeczy, a nie nudnych jak na romansidłach.
Po tych kilkunastu latach prostytutką nie zostałam, nawet na chwilę, a seks wcale taki nudny jak na filmach nie jest :)!
Dodaj anonimowe wyznanie