Kilka lat temu, w pierwszej klasie liceum, ja i mój ziomek cierpieliśmy na deficyt gotówki. Kombinowaliśmy na wszelkie sposoby i w końcu, pewnego dnia, gdzieś w połowie października, klepki w moim umyśle złączyły się w całość i wpadłem na genialny pomysł. Wtajemniczyłem w intrygę mojego ziomka, a kiedy się zgodził, zgromadziliśmy całą naszą klasę w czytelni i wyłożyliśmy kawę na ławę.
Założenia były proste, gonił nas termin oddania rozprawki na polski, a że razem z kumplem byliśmy dobrzy z tego przedmiotu, wymyśliłem, że to my dwaj napiszemy wszystkie prace (czyli 23 sztuki), a cała klasa zrzuci się nam na wypłatę. Jeśli coś po drodze poszłoby nie tak (gdyby nauczycielka się zorientowała), nie wzięlibyśmy od nich ani grosza, a ja wziąłbym całą winę na siebie. O dziwo, od razu się zgodzili.
Siedzieliśmy nad tymi rozprawkami bite dwie doby, kombinowaliśmy z różnymi stylami, żeby żadna nie wyglądała podobnie do innej, słowem, wycisnęliśmy z tematu to, co tylko można było wycisnąć. I... udało się. Po tygodniu (lub dwóch) od oddania rozprawek, nauczycielka oddała je, pochwaliła najlepsze, wytknęła błędy tym gorszym (dla tych, którzy jeździli na dwójach i trójach napisaliśmy pasujące do ich możliwości), a po zajęciach zostaliśmy obsypani hajsem.
Robiliśmy tak do końca szkoły, choć na mniejszą skalę (nie pisaliśmy wypracowań całej klasie, a tylko pojedynczym osobom i nie ciągle tym samym) i nauczycielka nigdy nie zorientowała się, że coś jest nie tak. Może wyjdę na aroganckiego narcyza, ale jestem dumny, że we dwóch daliśmy radę napisać 23 rozprawki w dwa dni.
Historia trochę typu "Urban legend" jest w mojej rodzinie odkąd pamiętam.
Dziadek w czasach swej młodości mieszkał na wsi - ale takiej prawdziwej, "głębokiej" wsi, gdzie do najbliższego sąsiada było z 800 metrów. Domek pośrodku niczego, otoczony lasami. Dziadek pracował w mieście na popołudniową zmianę. Czasy, w których nikt nie miał auta, wszędzie się chodziło i samemu wszystko nosiło. Do przystanku autobusowego miał około 1,5 kilometra przez las lub 4 km drogą. Zazwyczaj wybierał skrót. :)
Niestety, ponieważ kończył pracę o 22, najczęściej do skrótu docierał koło północy.
Tej nocy gdy działa się historia właściwa, było wyjątkowo paskudnie. Koszmarna ulewa, deszcz lał się z góry i zacinał wraz z silnym wiatrem. Dziadek wybrał las, by choć trochę uchronić się przed deszczem. Niewiele mu to dało.
Dziadek szedł (a właściwie usiłował iść) leśną dróżką. Była już prawie północ. Wtem, w środku lasu, nagle zatrzymał się i stanął jak wryty. Zobaczył, że na środku ścieżki leży... trumna. Blask błyskawicy oświetlił ją dokładnie, a wycie dzikich zwierząt z oddali sprawiło, że oblały go zimne poty. Nogi zrobiły mu się z waty i nie był w stanie zrobić nawet kroku.
Stał tak, nie wiedząc jak długo. Deszcz powoli ustawał. Wydawało się, że dziadek powoli się uspokaja, lecz nagle... trumna zaczęła się otwierać. Tylko cud sprawił, że dziadek nie dostał wtedy zawału.
Z trumny wyszedł... sąsiad.
"O, cześć Kazik! Tak lało, że schowałem się przed deszczem. Wiesz, teściowa mi dzisiaj zmarła i niosłem trumnę, bo jutro pogrzeb".
Byłem wieczorem na dyskotece i trochę wypiłem. Tańczyłem z przypadkową dziewczyną. Ładna brunetka z dużym dekoltem i w krótkiej spódniczce. Po którymś z kolei drinku stałem się bardzo śmiały i klepnąłem ją w tyłek. Ona się uśmiechnęła do mnie i zapytała na ucho, czy chcę poczuć, że jestem mężczyzną. Odpowiedziałem, że tak.
Wyszliśmy za budynek dyskoteki i ona do mnie od razu, żebym ściągnął spodnie. Zrobiłem to, a ona zaraz potem "ściągnij bokserki, wyciągaj sprzęt", bez wahania zrobiłem to. Już miałem w głowie, że zaraz zrobi mi dobrze, a ona popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się szyderczo, zaśmiała się i kopnęła mnie z całej siły w jaja.
Upadłem na ziemię jęcząc z bólu, a ona podeszła bliżej, spojrzała na mnie i powiedziała "nawet ładny jesteś, ale nie lubię być klepana po tyłku przez obcego faceta. A tak w ogóle poczułeś, że jesteś facetem?". I znów się zaśmiała.
I właśnie tym sposobem zamiast miłego wieczoru z zaliczeniem kolejnej panienki leżałem nagi od pasa w dół z obolałymi jajkami...
Moja druga randka z dziewczyną marzeń (a obecnie już żoną) skończyła się na tym, że usnęła kiedy się całowaliśmy.
Za każdym razem, kiedy idę po schodach, to je liczę. ZAWSZE tak robię, nawet jeśli to są dwa schodki, to muszę sobie w głowie powiedzieć "dwa". Nie potrafię tego zatrzymać.
Trochę z innej strony. Jestem na diecie od kiedy pamiętam, z powodów zdrowotnych. Inna użytkowniczka napisała wyznanie o trudnym odchudzaniu i w tym wyznaniu dietetyk opisał jej trzy typy metabolizmu, tylko że jest jeszcze jeden mało popularny.
Są osoby, którym tłuszcz nie odkłada się pod skórą tylko na narządach wewnętrznych. Wyglądają na szczupłych, a w środku są otyli. Mam tą przypadłość i muszę się pilnować, nie dla wyglądu tylko dla zdrowia. Już nie potrafię zliczyć, ile razy słyszałam, że po co trzymam dietę skoro jestem szczupła, albo co ja wiem o trudach odchudzania. Przyzwyczaiłam się. Moja dieta opiera się na eliminacji tłuszczy zwierzęcych, co za tym idzie nie jem: smażonego mięsa, tłustego mięsa (karkówka, żeberka, boczek, łopatka, wołowina z tłuszczykiem), fast-food. Nie mogę sobie zrezygnować, tu chodzi o moje zdrowie. Nie rozumiem osób, które są otyłe i nic tym nie zrobią, bo ciężko.
Czytając ostatnio 'paranormalne' historie, przypomniały mi się moje przeżycia.
Od razu zaznaczę, że ani ja, ani mój mąż (wtedy jeszcze chłopak) nie wierzymy w nic, co nie jest poparte nauką, sami na co dzień się zajmujemy fizyką, jednakże na tamte sytuacje do tej pory nie znaleźliśmy wytłumaczenia.
Mazury, ok. 10 lat temu. Wybraliśmy się na wycieczkę rowerową, w pewnym momencie oddaliłam się za drzewko za potrzebą. Wracając, oniemiałam - na drzewie wisiała kobieta. Byłoby to samo w sobie straszne, ale... Tą kobietą byłam ja! Wyglądała jak ja, a ja czułam jakbym oglądała swoje wiszące ciało z boku. Co więcej, moje (to prawdziwe) ciało odmówiło mi posłuszeństwa - jakby je ktoś zamroził, nie mogłam się ruszyć, ani wydobyć z siebie głosu.
Michał (luby) podbiegł spytać co się stało, nie mógł nawet podnieść mojej ręki. Później okazało się, że zemdlałam, a Michał nie widział nic podejrzanego na drzewie. Jak wróciliśmy do pensjonatu, opowiedziałam właścicielowi, gdzie byliśmy, a on posmutniał.
Okazało się, że jego matka popełniła tam samobójstwo, powiesiła się dokładnie w dniu moich urodzin. Pokazał nam jej zdjęcia, nawet pieprzyki miała w tym samym miejscu co ja. My uznaliśmy, że to może wszystko zbieg okoliczności, po powrocie zbadałam stan swojego zdrowia, również na podłożu umysłowym, ale wyszło, że wszystko ok, więc o sprawie postanowiłam zapomnieć.
Kolejny raz pojechaliśmy na Mazury rok później, już w inne miejsce, ale i tam działy się dziwne rzeczy. Jako pasjonaci historii wojennej, poszliśmy na mały cmentarz z 1 wojny światowej. Groby były ułożone symetrycznie. Ja kucnęłam nad środkowym grobem po lewej, Michał tak samo ale po prawej stronie, żeby odczytać nazwiska zmarłych. W pewnym momencie pociemniało mi przed oczami i zachwiałam się. Michał zapytał co jest, powiedziałam mu, że nic takiego, trochę mnie zamroczyło, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jego dokładnie w tym samym momencie też zaćmiło...
Później już przestaliśmy jeździć na Mazury, próbowaliśmy w logiczny sposób wyjaśnić te zdarzenia, niestety nam się to nie udało. Nasi znajomi początkowo nam nie wierzyli, dopiero zdjęcia tej kobiety przekonywały ich do prawdziwości naszej historii. Mimo, że minęło już tyle lat, nadal przechodzą mnie dreszcze jak o tym pomyślę...
Mój mąż - debil. Drodzy anonimowi może pomożecie zdiagnozować... bo nie wiem czy to jest normalne. Mój chłop to typ człowieka, który permanentnie nie wie, która jest jego szczoteczka do zębów, nie rozpoznaje swoich ubrań, nie wie w której szafce jest garnek, nie pamięta o podstawowych rzeczach typu rachunki.
Jesteśmy razem od 8 lat, a on do tej pory nie pamięta, że dla mnie 2 łyżeczki kawy, 1 łyżeczka cukru. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Czasem się zastanawiam czy on nie ma jakiegoś guza mózgu, który uciska część odpowiedzialną za normalne życie z drugim człowiekiem. Moje codzienne życie polega na tym, że gdy chce żeby podał mi np. chusteczkę to muszę mu powiedzieć: "podaj mi chusteczkę, jest w sypialni w szafce na drugiej półce po lewej stronie" a on i tak zapyta "tą niebieską?" choć nie ma tam żadnej innej.
Kiedy miałam 16-18 lat cięłam się nożyczkami.
Ponad 10 lat później czyli kilka miesięcy temu zaczęłam obsesyjnie o tym myśleć. Czy poczuję to jak kiedyś, czy "uwolnię całą negatywną energie" itp.
Zaczęłam pozorować tak zwane wypadki. Czyli po prostu zacięcie nożem itp., ale nie miałam z tego żadnej satysfakcji, więc sobie dałam spokój. Pomyślałam sobie "za stara już jestem na to".
Któregoś wieczoru kiedy mąż był w pracy na nocnej zmianie, nie mogłam zasnąć. Poszłam prosto do kuchni jak w transie po nożyczki i wbiłam je sobie w lewą rękę. Nic nie poczułam. Wbijałam je około 20 razy. Scena jak z horroru. Tyle krwi w życiu nie widziałam. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. Nie mam depresji. Jestem szczęśliwa. Najgorsze jest w tym wszystkim tłumaczenie rodzinie co się stało. Bo co mam im powiedzieć? Nie wiem?
Ręka oczywiście jest niesprawna. Kiedy mąż zapytał mnie czy żałuję tego co zrobiłam, szczerze odpowiedziałam, że "nie mam na ten temat żadnych przemyśleń i w sumie na tą całą sytuację mam wyj*bane".
Dopiero dzisiaj po wizycie u psychologa zdałam sobie sprawę jak bardzo zraniłam tym moich najbliższych. Psycholog za nic nie chciał uwierzyć, że nie było to moje wołanie o pomoc. Stwierdził, że to problem ukryty gdzieś głęboko w mojej psychice.
Wszyscy traktują mnie inaczej. A ja jestem cały czas ta sama. Jak mam im wytłumaczyć że nic się nie zmieniło?
Nikt nie wie, że to jedna z wielu sytuacji rozgrywających się tylko w mojej głowie.
Tą historią żyję od jakiś 3 dni i już powoli się wypala, więc czas na nowy scenariusz.
Mój chłopak zerwał ze mną, gdy się dowiedział, że wolę najpierw skończyć studia, a dopiero potem ewentualnie założyć rodzinę. Stwierdził, że jego rodzice nie mieli wyższego wykształcenia, a jakoś sobie poradzili.
Z tym, że jego rodzice mieli mieszkanie socjalne, które było remontowane przez gminę (raz nawet zgłosili zepsutą lampę, a okazało się, że żarówka się przepaliła) i regularnie chodzili po talony żywnościowe. Nie trudzili się pracą, tylko sporadycznie chodzili na czarno zrywać owoce w pobliskim sadzie.
Dodaj anonimowe wyznanie