Niepłodność. Temat trudny. I jak się okazuje, bardzo wstydliwy.
Jesteśmy z mężem po ślubie dość długo. Pierwsze kilka lat odwlekaliśmy decyzję, bo studia, bo brak warunków mieszkaniowych, bo jak na obecne czasy dość młodo wzięliśmy ślub. Pytania kiedy dziecko były na porządku dziennym.
Skończyłam studia. Minęły kolejne dwa lata. Od dwóch lat próbujemy, z większą i mniejszą pomocą ginekologiczno-endokrynologiczną. Diagnoza: bezpłodność. Pytania nie ustawały. Tym razem odpowiedz była inna: nie możemy mieć dzieci.
I wtedy dopiero zaczyna się zabawa.
Ale jak to?
A bo kuzynka koleżanki sąsiadki ciotki trzy pokolenia wstecz osiem lat dzieci mieć nie mogla i nagle trójka! No i super, dobrze dla niej, ale jaki ma to związek ze mną?
Nie leczysz się? Co to znaczy, że nie będziesz się kłuła, brała tabletek, nie będą ci wtykali rur w wiadome miejsca? Przecież musisz mieć swoje dziecko!
Nie możesz mówić, że jesteś bezpłodna, bo to przecież taki wstyd!
Nie, ja niczego nie muszę. A wstydzić to się mogę wtedy, gdy wyjdę z gołą dupą na zewnątrz.
I tutaj komentarz ostateczny: a bo ty głupia jesteś. Módl się do (wstaw dowolne), to w ciążę zaraz zajdziesz, zobaczysz.
Albo madka, albo kobieta wybrakowana. Chyba już łatwiej powiedzieć, że nie chcę dzieci i koniec kropka.
Tylko nikt z zainteresowanych nie zapyta: jak się czujesz? Nie żałujesz, że nie możesz mieć dzieci? Jak sobie z tym razem we dwoje radzicie? Myślicie o adopcji?
I nikt nie wie, ile łez widziała moja poduszka po kolejnej informacji od koleżanki/znajomej/współpracownicy/kuzynki, że jest w kolejnej ciąży.
Mam 23 lata, nie mogę mieć dzieci, wychowywała mnie i moje rodzeństwo mama, która odeszła od ojca kata i alkoholika.
W grudniu zakończyłam prawie czteroletni związek, jakieś cztery miesiące temu zaczęło brakować mi bliskości mężczyzny. Moja przyjaciółka opowiedziała mi wtedy o pewnym portalu, gdzie wyrywała facetów na niezobowiązujący seks, wyjście do kina, teatru, na obiad i kolację.
Założyłam konto i pisało mnóstwo mężczyzn, padały propozycje sponsoringu, seksu w aucie, kolacji, nocy w hotelu, wyjazdów na wakacje... W sumie było mi wszystko jedno, potrzebowałam uwagi i troski, lecz było kilka "ale" - nie chciałam związku, żonatych i pieniędzy.
Łącznie było ich trzech, przedział wiekowy 31-42. Po jakimś czasie stwierdziłam, że czas z tym skończyć, obiecałam sobie, że ostatni przygodny seks i usuwam konto.
I poznałam jego. Ucieleśnienie dobra - cudowny, męski, przystojny, czterdziestoletni rozwodnik z dzieckiem. Chemia była od samego początku, uwielbiam spędzać z nim czas, a on ze mną, w łóżku czułam się dopieszczona. Lecz byłoby zbyt pięknie, wylewa się na mnie fala hejtu, że jestem blacharą, że szukam sobie ojca, którego nie miałam, że lecę na hajs, że odbiorę ojca dziecku, że wchodzę z buciorami w czyjąś rodzinę, że jak sobie wyobrażam przyszłość z takim staruchem?!
Jedyną osobą, która mi kibicuje jest moja mama, która twierdzi, że jeżeli coś się do kogoś czuje, to wiek nie ma znaczenia.
Boję się, że ludzie zadepczą to uczucie swoimi fałszywymi oskarżeniami, że odechce mi się starać.
Lecz czy w zarzucie "szukania taty w partnerze" nie tkwi jakieś ziarenko prawdy?
Zależy mi na tym mężczyźnie i nie wiem co robić.
Wczoraj, gdy mój mąż brał prysznic, zadzwonił jego telefon. Mimochodem zerknęłam i zobaczyłam, że na ekranie telefonu wyświetla się jak diabeł: „TANIE USŁUGI SEKSUALNE”.
Przeraziłam się, bo uważam nasze małżeństwo za udane – nigdy nie podejrzewałabym go o zdradę. Wpadłam w szał, odebrałam telefon i już chciałam wyzywać jego „kochankę”, gdy w słuchawce usłyszałam… głos mojej poczty głosowej.
Po chwili zobaczyłam męża, który wręcz zwijał się ze śmiechu, trzymając w ręku mój telefon. Cóż, mimo wszystko cieszę się, że ten idiota mnie nie zdradza.
Wyszedłem sobie wczoraj na balkon, żeby z rana zapalić papierosa, bo piękna i słoneczna była pogoda. Pomyślałem, że „prawie jak latem”.
Wtedy zobaczyłem mojego sąsiada z naprzeciwka. Miał czapkę Mikołaja i ubierał choinkę na balkonie. Przetarłem oczy, by się upewnić, że to nie omamy po alkoholu z dnia poprzedniego: „może jeszcze mi nie zeszło to wino?”, pomyślałem. Ale nie, wieczorem nadal tam była.
Świeci sobie i oświetla dziedziniec wszystkim lokatorom. Choinka, w październiku.
Ktoś mi ukradł numerek z moich drzwi wejściowych do mieszkania, więc kupiłem nowy, ładniejszy. Ze dwie godziny później nowy zniknął, ale złodziej odwiesił mi na drzwiach stary numerek.
Rodzice zabrali mi klucze, żebym nie mógł w nocy wychodzić i palić. Ostatnio, kiedy poszli spać, ogarnąłem temat i okazało się, że jednak nawet nie posiadając kluczy mogę się wymknąć. Okazało się też jednak, że nie mogę się "wemknąć''.
Czekałem na zewnątrz do rana, aż rodzice będą wychodzić do pracy.
To była trzecia klasa szkoły podstawowej, zielona szkoła, byłem w pokoju razem z 4 kolegami. Byliśmy tam przez tydzień, więc były wyznaczone specjalne dni, w których mieliśmy odkurzać i sprzątać nasze pokoje. Gdy przyszedł czas na nas, jednemu z kolegów wpadł do głowy pomysł żeby wessać sobie rurą od odkurzacza swoje przyrodzenie. Gdy pierwszy bardzo podniecony skończył, pozostali po kolei zabawiali się z odkurzaczem (jakkolwiek to brzmi), a ja stałem w drzwiach i patrzyłem, czy ktoś nie idzie. Doszło do tego, że "odkurzaliśmy" codziennie.
Kiedyś to, k...a, było.
Postanowiłem odwiedzić rodziców, mieszkają niecałe 100 km ode mnie w małym miasteczku. Przyjechałem późnym wieczorem, tata odebrał mnie z dworca i przy okazji odebrał również pizzę, którą wcześniej zamówił - oczywiście moją ulubioną, bo faktycznie w domu to mnie nie było od kilku miesięcy ze względu na sprawy służbowe.
Mama oczywiście od kilku lat na tej cudownej diecie pudełkowej, więc pizzy nie rusza, brat już spał, więc pyszności spałaszowaliśmy z ojcem we dwójkę. Smakowała oczywiście jak zawsze przepysznie, ale gdyby wszystko miało skończyć się dobrze, to bym napisał do „Takie jest życie”, a nie na Anonimowych.
Po jakiejś godzinie obaj zaczęliśmy odczuwać konsekwencje naszej super kolacji. Najpierw tata, potem ja, a po chwili już obaj naraz, dosłownie ścigając się, kto pierwszy dobiegnie do toalety i wygra swoją chwilę okupowania „złotego tronu” osłodzoną jękami przegranego zwierającego poślady po drugiej stronie drzwi. Sytuacja uspokoiła się dopiero, kiedy udało nam się zasnąć.
Jednakże mieszkanie do największych nie należy, a co za tym idzie, wszelkie dźwięki niosą się po nim jak szalone, więc gdy jeden w nocy biegł na posiedzenie, budził automatycznie tego drugiego.
Ważnym dla historii faktem jest, że w czasie mojej nieobecności w rodzinnym domu rodzicielka zakupiła taki fajny mopo-odkurzacz, któremu trzeba co jakiś czas naładować akumulatorek. Nowy nabytek gospodyni dumnie stał na korytarzu podłączony do prądu.
Wiecie, mieszkam tam praktycznie od urodzenia, znam każdy milimetr kwadratowy tego mieszkania, to oczywiste, że nigdy nie miałem problemu z poruszaniem się po nim w ciemności. Tak też było tym razem - przebudziłem się i od razu poczułem, że to ten moment, w którym znów trzeba będzie zasiąść na tronie. Praktycznie całkiem nieprzytomny, jak to człowiek o twardym śnie obudzony w środku nocy, truchtam do toalety, czując, że wróg u bram z całkiem konkretną artylerią. Oczywiście w moim podświadomym obrazie mieszkania, po którym się poruszam, zabrakło ważnego elementu - nowego sprzętu mojej mamy...
TAK - wpadłem na niego.
TAK - moja noga zawinęła się o kabel i obudziłem chyba z połowę bloku, upadając na piękne, nowe białe płytki w korytarzu.
TAK - zesrałem się i to całkiem porządnie, brudząc wszystko dookoła.
Mój ojciec przeskoczył wtedy nade mną (zapewne obudzony hukiem upadku mojej godności dorosłego człowieka) i zamykając się w łazience krzyknął tylko „Zwyciężą najlepsi!”.
Opowiem Wam o swoim synu, który jest odsunięty od dzieciaków w klasie.
Antek wychowuje się od małego z mamą, gdzie jego mama nie dbała o niego, chodził brudny, ciągle w tych samych ubraniach, ubierał się w to co akurat znalazł w domu. Skarpety nie do pary, majtki noszone kilka dni, tak samo jak skarpety. Ciuchy brudne i poplamione, śmierdzące. Brud pod paznokciami i paznokcie długie. Włosy rosły jak chciały.
Brałem go co tydzień na weekend, piątek był od mycia, strzyżenia, prania ciuchów, walki z pasożytami (co było powszechne).
Dzisiaj wygląda to lepiej, Antek regularnie chodzi na lekcje, odrabia lekcje, jest czysty i ostrzyżony. Nauczyłem go jak korzystać z podstawowych przyborów higieny, jak często się myć, zmiany ubrań itd.
Pomimo tego, że już lepiej wygląda, lepiej się zachowuje i nie śmierdzi od niego, to została mu przypięta łatka "brudnego". Chłopaki mówią, że ma "zarazę", nie chcą obok niego nawet stać. To jest smutne, gdy patrzę na to i tak naprawdę jestem bezsilny, bo jemu i mnie bardzo zależy, żeby miał kolegów w klasie i normalnie uczestniczył w życiu klasy.
Niestety dzieci są okrutne i jak swoje lata dziecięce sobie przypomnę, to kto został kozłem ofiarnym raz, ten już do końca nim był. Nieważne jak długo trwała edukacja.
Planuję Antkowi zmienić klasę lub nawet szkołę, żeby po prostu mu pomóc.
Kilka lat temu, kiedy to uczęszczałem do liceum, byłem wielkim fanem wszelkiego rodzaju creepypast, strasznych historii, opowiadań itd.
Istotne jest to, że zawsze okropnie wczuwałem się w czytane historie, świat dookoła mnie przestawał istnieć, obrazy i dźwięki zanikały, zastępowane tworami mojej wyobraźni, napędzanej przez twory internetowych pisarzy.
Akcja właściwa miała miejsce na wiejskim przystanku autobusowym, kiedy wracałem od znajomych. Późna jesień, godzina bliska północy, więc noc w pełni, jedne źródło światła to wyświetlacz mojego telefonu, a do autobusu jeszcze dwadzieścia minut. Cóż innego mógłbym robić w oczekiwaniu, niż oddawać się lekturze swoich ulubionych strasznych historii.
Bohater opowieści ucieka przez ponure kazamaty opuszczonego budynku, mając na karku całą zgraję jakichś nieczystych pomiotów piekieł. A ja przemierzam je razem z nim, praktycznie zapominając o swoim ciele pozostawionym na przystanku autobusowym.
Co nie było trudne do przewidzenia, jakiś element świata rzeczywistego wszedł w interakcję z moją osobą, zupełnie wyrywając mnie z kontekstu, dezorientując i wywołując, rzecz jasna, strach. Paniczny strach, gwoli ścisłości.
Zawierzając swoim instynktom zerwałem się z ławeczki, jednocześnie uderzając w coś głową i zacząłem biec przed siebie. Po około minucie biegu dałem nura w krzaki na skraju lasu, gdzie zbadałem się na szybko pod kontem ran zadanych przez ducha pasażera, który nigdy nie doczekał swojego PKS-u.
Po nieznalezieniu żadnych urazów, mój rozdygotany mózg powoli zaczął dopuszczać do siebie możliwość, że być może wcale nie padłem ofiarą demonicznych stworów i warto byłoby wrócić na przystanek, zwłaszcza że ostatni autobus odjedzie za cztery minuty, a pozostanie na tym zadupiu przez całą noc z potencjalnym wysłannikiem piekieł wcale nie było moim marzeniem.
Powoli i ostrożnie zbliżałem się do przystanku, coraz więcej elementów zdawało się nie pasować.
Piekielne poczwary chyba nie mają blond włosów do ramion, około 1,60 m wzrostu, no i po dostaniu z dyńki raczej wpadają w morderczy szał, a nie smętnie wycierają zakrwawiony nos chusteczką.
Make long story short, dziewczyna chciała zapytać, o której godzinie odjeżdża autobus, bo rozkład był zdarty, ale nie kontaktowałem, więc dotknęła mojego ramienia, co poskutkowało tym, że zerwałem się z obłędem w oczach, dałem jej z dyńki i z wrzaskiem pobiegłem w stronę lasu. Ile wstydu się wtedy najadłem, to moje. Oczywiście przeprosiłem, zaproponowałem odprowadzenie do domu i pizzę w ramach zadośćuczynienia, na szczęście przyjęła przeprosiny i się zgodziła.
I nie, nie jesteśmy ze sobą ani nie byliśmy :D, ale do dzisiaj czasem się spotykamy porozmawiać. I zawsze pyta, ile osób zdzieliłem z dyńki. Żeby wyznanie było kompletne, to była pierwsza i ostatnia taka sytuacja.
Dodaj anonimowe wyznanie