Mam problem na te psychicznym i nie wiem jak sobie z tym poradzić. Mam 25 lat i cholernie boję się śmierci. Zdecydowałam się napisać to wyznanie, bo już nie wiem jak sobie mam z tym radzić. Nie ma dnia żebym się nie bała. Czasami nawet dostaje takiej chwilowej paniki, zaczyna mi strasznie serce bić i płakać mi się chce. Za chwilę przechodzi.
Wiem, że śmierć jest rzeczą naturalną i, że wszyscy będziemy musieli kiedyś umrzeć ale z dnia na dzień z mija psychika jest coraz gorzej. Nie boję się sposobu śmierci tylko samej śmierci ii tego co jest później. Doradźcie mi proszę co mam robić? Jak sobie pomóc? Co wy robicie kiedy o tym myślicie?
W wieku trzynastu lat miałam obsesję.
Obsesję na punkcie bycia idealną dziewczyną.
Nigdy nie byłam dostatecznie szczupła i ładna, by móc nazywać siebie dziewczyną. Uważałam, że dziewczyną jest się jedynie wtedy, kiedy jest się idealnie szczupłym, wysportowanym, gdy nie ma się trądziku i posiada się piękne, ogromne oczy. Wtedy dany osobnik nie musiał wstydzić się swojej płci. Nie spełniałam żadnego z tych kryteriów. Unikałam więc jakiegokolwiek tematu typu ''sprawy kobiece''. Uciekałam z lekcji biologii, nie słuchałam mamy i nauczycielek.
Wolałam mówić o sobie w rodzaju męskim: słowa zakończone na ''am'' były dla mnie obleśne i zarezerwowane tylko dla ładnych koleżanek. Robiłam wszystko, żeby mój głos wydawał się niższy. Ubierałam się jak chłopak.
Nikt nie rozumiał mojego zachowania. Nigdy nikomu też nie powiedziałam o tym, co działo się w moim wnętrzu. Wstydziłam się siebie. Tego, że jestem kobietą.
Anonimowe czytam już od dłuższego czasu. Chciałam podzielić się z wami moją historią.
Mój tata miał zawał i NZK, jedyną osobą, która mogła mu pomóc byłam ja. Bardzo przeżywam chorobę mojego taty i to, że nie jest w pełni sprawny, ale najważniejsze, że jest.
Gorsze jest jednak to, że doskwiera mi straszna samotność. Jestem jeszcze młoda, chodzę do liceum. Z pozoru miła, wesoła dziewczyna, która ma mnóstwo znajomych, ale tylko w szkole - w domu smutna i samotna. Moja niegdyś najlepsza przyjaciółka znalazła sobie nowe koleżanki. Owszem nadal się przyjaźnimy, ale to nie to co kiedyś. Czuję, że nie pasuję do tego nowego grona jej przyjaciół.
Najchętniej to nie ruszałabym się w ogóle z łóżka, ale jedyną rzeczą, a właściwie osobą, która mnie motywuje jest mój kochany tatuś. Naprawdę wszystko jest warte tego, żeby zobaczyć chociaż jeden malutki uśmiech na jego twarzy albo chociaż go przytulić.
Źle przeczytałem nazwisko dziewczyny, z którą się spotykam. Zamiast jej prawdziwego nazwiska, mój chory umysł podpowiedział mi jego odmianę, która chcąc nie chcąc kojarzy się z... klozetem.
Nie potrafię wyrzucić tego obrazu ze swojej pamięci i wziąć ją na poważnie. Zawsze kiedy z nią rozmawiam, mam przed oczami gadający kibelek.
Cieszyłem się, jak mój ostatni dziadek umarł.
Jak miałem więcej niż 5, ale mniej niż 10 lat, dziadek miał wylew i po tym nie był w stanie chodzić, więc resztę życia leżał na łóżku. Mama co tydzień do niego jeździła w odwiedziny (nie dla spadku, dziadek żył do końca życia w nędzy), a moi wspaniali nadopiekuńczy rodzice w dni wolne i wakacje nie chcieli mnie zostawiać w domu samego, więc byłem skazany zawsze tam jechać. Nienawidziłem tego, z dziadkiem nie było o czym rozmawiać i wolałem spędzić ten czas na zabawie z kolegami, niż siedzieć w tym brudnym, śmierdzącym domu.
Jaka to była ulga i radość dla mnie, gdy w końcu zapłakana mama przyjechała ze szpitala (gdyż stan dziadka jakoś tydzień przed śmiercią się pogorszył i go tam zabrali) i powiedziała, że dziadek nie żyje... Oczywiście udawałem, że mi smutno.
Kilka ładnych lat temu, jeszcze jako nastolatka, zostałam zaproszona na randkę przez chłopaka ze szkoły.
Poszliśmy do kawiarni, ja wzięłam kawę i jakąś bezę, a on ciasto z truskawkami.
W pewnym momencie nadział jedną z truskawek na widelec i podstawił mi ją pod nos.
Za Chiny nie zorientowałam się o co mu chodzi i zamiast ją zjeść, powiedziałam "no widzę przecież, że to truskawka, nie musisz tak tego do mnie przysuwać".
Chłopak się speszył, ja nie wiedziałam o co chodzi.
Doszło to do mnie dopiero dziś wieczorem, kiedy opowiedziałam o tym mojej koleżance, a ona uświadomiła mi moją tępotę.
PS Drugiej randki nie było.
Pracuję w biurze wraz z kilkunastoma osobami. Jest normalny dzień, jak to w korpo. Góra papierów i milion telefonów. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie pewna dziewoja.
Od roku pracuje u nas typowa blondynka. Ma już na koncie kilka dziwnych akcji, ale dzisiejsza przebija wszystko.
Siedząc przy swoim biurku, mam zaszczyt widzieć jej monitor i w sumie wszystko co pisze. Dostała dzisiaj za zadanie napisać życzenia świąteczne na stronę - nic prostszego!
Ale nie dla niej. Patrzę, co ona robi: napisała tekst, wrzuciła jakąś grafikę i jedyne co jej zostało, to marginesy. Jako że nasza strona ma określone wymogi i czcionkę, blondi stara się do niej zastosować.
I tu nadchodzi czas na kulminację wyznania. Dziewoja marginesy wyznacza... od linijki. Normalnie przykłada 30-centymetrową linijkę do monitora i sprawdza ile cm ma margines i jak to na blondi przystało, przesuwa całe linijki spacją.
Poplułam się z wrażenia. :D
Idą święta, piosenki świąteczne lecą już w radiu i ta jedna, która sprawia, że dla mnie ten czas jest nadzwyczaj magiczny...
Wiadomo jako dziecko odkrywałam prezenty pod choinką, radość z podarunków i to, że Mikołaj był również u cioci, dziadków czy nawet sąsiadki. Parę lat później żadnego prezentu pod choinką, stara sztuczna choinka z równie starymi ozdobami. Jedyny żywiciel rodziny stracił pracę, drugie z rodziców niepełnosprawne z niską rentą. Wtedy nie cieszyło mnie to, że chociaż mamy co zjeść w wigilię. Kolejne święta już nieco odkuci, za swoje zaskórniaki porobione skromne prezenty. Radość z dawania okazała się większa niż ta wcześniejsza z brania, gdy brat i rodzice odkrywali co dostali mimo, że dla mnie dalej nic nie było pod świątecznym drzewkiem.
Dziś mam już swoją rodzinę, co roku pachnącą żywą choinkę, uwielbiam ozdoby świąteczne aczkolwiek nie przesadzam ze strojeniem domu niczym z amerykańskich filmów, prezenty dla bliskich szykowane ze starannością, aby każdy dostał dopasowany podarunek, a kolacja wigilijna jest wynikiem pracy tylko własnych rąk. Wspomnienia bolą, gdy jednego roku przestałam być dzieckiem, ale w wyniku tego szybciej doceniłam drugą stronę magii świąt, a okres przedświąteczny to czas wspierania tych, którzy nie mają tak kolorowo jak ja... A piosenka? "Kto wie czy za rogiem nie stoi anioł z Bogiem..."
Podobnie, jak wiele innych rodzin, również moją mocno dotknęła wojenna zawierucha. Części krewnych nie odnaleziono do dzisiaj, niektórzy osiedli na Bliskim Wschodzie... Ale również w Polsce miała miejsce niesamowita. Historię usłyszałam od babci, która ma niemal sto lat, więc coś mogło jej się pomieszać, ale szczerze wątpię w to, żeby była całkowicie zmyślona.
Rok 1945, pradziadkowie od strony mamy przenosili się na Ziemie Odzyskane. Podczas podróży trafili na pewną kobietę, która przedstawia się jako Kowalska. Nie podała prawdziwego, ponieważ - jak sama mówi - jest bliską krewną polskiego konspiratora na wysokim szczeblu, i gdyby została odnaleziona, to by skończyło się to jej śmiercią, pytanie, czy po długim przesłuchaniu, czy od razu. Nie wzbudziła zaufania dziadków - nie wiadomo, kim naprawdę jest, czy to nie jakaś prowokacja... Jednak pomogła im wiele razy podczas podróży, choćby zajmując się ich najmłodszym dzieckiem, które miało kilka miesięcy.
Stopniowo zaprzyjaźnili się, aż w końcu podjęli decyzję o przekazaniu jej tożsamości. Na krótko przed wyjazdem zmarła siostra dziadka, bodajże na zapalenie płuc. Pogrzeb się odbył, ale w całym zamieszaniu związanym z przenosinami nie oddano dokumentów zmarłej. W miarę podobna do "Kowalskiej", młodsza o 2-3 lata, nauczyła się historii rodziny i od tamtej pory nazywała się już inaczej. Temat siłą rzeczy stał się tabu, tak bardzo, że młodsze pokolenia, w tym ja, dowiedziały się o tym dopiero, gdy umarła.
Chcieliśmy czegoś dowiedzieć się więcej, ale z racji bardzo skąpych informacji niestety niczego nie znaleźliśmy. Zastanawiamy się, czy nie była tak naprawdę kimś innym, a historię wymyśliła, żeby się ukryć, a z tożsamością niezwykle jej się poszczęściło. Nawet jeśli, to wszyscy, który brali w tym udział z mojej rodziny albo umarli śmiercią naturalną, dożywając później starości, albo wciąż żyją.
Mój brat to skończony taboret i upośledzony emocjonalnie egoista.
Wysłał mi takiego mema z Homerem, który mówił o stanach lękowych, skrywaniu depresji i myślach samobójczych. Zapytałam, czy coś się stało. Przestał mi odpisywać, ja mu wysłałam już z milion wiadomości, dzwoniłam i pisałam SMS-y. Napisałam do jego drugiej połówki, czy ma go gdzieś obok i czy coś się stało, dostałam odpowiedź, że ona jest u rodziców, a mój brat na uczelni. Ze łzami w oczach zaczęłam szukać pociągu do miasta, w którym ten mieszka, planując ucieczkę z pracy.
Braciszek do mnie nagle oddzwonił, że przecież przesadzam, a to tylko taki śmieszny mem i oni na roku strasznie się z tego śmieją.
A teraz kontekst:
Mój brat jest po kilku próbach samobójczych. Ja nic nie wiedziałam, bo w tamtym okresie bardzo mnie od siebie odpychał, a dowiedziałam się, bo rodzice zmusili go, by wyznał mi prawdę, gdy go wysyłali z bezsilności w święta do psychiatryka, żebym chociaż wiedziała dlaczego.
Wszyscy byli wtedy z oczywistych względów zaaferowani bratem, ja jednak do tej pory nie mogę sobie wybaczyć, że robił to obok mnie, a ja nic nie zauważyłam i tak zwyczajnie "dałam mu spokój".
W tamtej chwili serce mi niemal stanęło, bałam się, że tym razem ktoś może nie zdążyć, że ja nie zdążę...
Siedziałam w pracy i zaczęłam płakać, nie mogąc się uspokoić, bo ta trauma do mnie w jednym momencie wróciła, a dla mojego tępego braciszka to był przecież tylko żart...
Skomentował, że to było przecież osiem lat temu, tylko że on do tej pory regularnie uczęszcza na terapię.
A jeśli kiedyś to nie będzie żart, a ja tego znów nie zauważę?
No skończony taboret.
Dodaj anonimowe wyznanie