W swoim życiu miałam wielu partnerów, w tym seksualnych. Z każdym z nich było mi dobrze, nawet bardzo, jednak nigdy nie doszłam - żaden nie doprowadził mnie do tego błogiego stanu. Kilka miesięcy temu padłam ofiarą gwałtu.
To był bardzo straszny i wręcz nie do opisania jak zły moment. Jednak jak się okazało mój oprawca doprowadził mnie do orgazmu. Sprawca się znalazł, odpowiedział przed sądem, a ja byłam na terapii. I szczerze powiedziawszy wraz z najgorszym chwilami z tym draniem cały czas pamiętam to jak wprowadził mnie w ten błogi stan. I w sumie to tyle. Chciałam się z wami tym podzielić.
Jestem osobą wierzącą, ale nigdy nie wtrącam się ludziom w życie. Wszystkich traktuję dobrze i szanuję ich poglądy. Mam wśród znajomych wielu ateistów i osoby o różnej orientacji.
Ze względu na swoje poglądy postanowiłam zamieszkać z chłopakiem dopiero po ślubie. Chodzę do kościoła co tydzień. Mój kolega, który na co dzień wykrzykuje hasła o wolności słowa, najbardziej mnie z tego powodu nęka. Sam denerwuje się, jak starsze babcie krzywią się, gdy widzą go z chłopakiem i walczy o prawa człowieka.
Ja nigdy nie wypowiadałam się krzywdząco na jego temat. Za to on praktycznie codziennie wyśmiewa i krytykuje moje postanowienia, choć się z nimi nie afiszuję.
Nie jest to pojedyncza osoba, ciągle słyszę takie komentarze.
Możecie mnie już krytykować, ja uważam, że należy traktować innych tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym.
Nienawidzę świąt. Z niczym miłym mi się nie kojarzą. Odkąd pamiętam w święta zawsze był alkohol, przemoc. Ojciec zawsze wtedy pił i bił nas. Zawsze kończyło się to wizytą policji. Święta kojarzą mi się tylko ze strachem, niepokojem, bólem.
Z jednej strony nienawidzę świąt, a z drugiej chciałabym kiedyś mieć takie prawdziwe święta, takie jak mają inni, takie jak z obrazka...
Wraz z mężem stwierdziliśmy, że już mądrzejsi nie będziemy i bardziej dojrzali i że to mimo wszystko najlepszy moment na potomka.
Nasza mądrość nam podopowiadała, że to nie może być takie skomplikowane i po prostu codziennie zachowywaliśmy się jak niewyżyte króliki. Ale ciąży brak. Po 3 miesiącach, gdy już przerobiliśmy całą Kamasutrę i wszystkie genialne pomysły z internetu, poszliśmy do lekarza. Badania mówiły, że wszystko OK i że to może być psychika.
Dostaliśmy coś, co ma ułatwić zajście i do roboty. Minęło kolejnych 5 miesięcy, a ciąży brak. Lekko już zmartwieni i smutni pojechaliśmy na święta do rodziny. Przy okazji czerwonego grzanego wina rozkleiłam się i wygadałam się mojej babci.
Babulka sędziwa, wstała i gdzieś poszła, łupiąc kulą o podłogę. Wróciła ze słoikiem z jakimś suszonym czymś. Wyjaśniła jak to pić i kiedy i dodatkowo po każdej "robocie" poduszka pod tyłek i leżeć na wznak.
3 miesiące później byłam w ciąży. Babcia wiedziała jako pierwsza.
Zapytałam co to było? Bo to jakiś może przełom w leczeniu takich przypadków...
Babcia na mnie popatrzyła i mówi, że wymieszała zwykła herbatę ze wszystkimi herbatkami ziołowymi, jakie miała w szafce. Poduszka, jak stwierdziła, ułatwiała "robotę", ale nie wie, czy coś dała... Patrzę na nią, oczy mam jak 5 zł, a ona, że to wszystko było w mojej głowie i że to jest efekt placebo i słyszała o tym w TV.
Synek ma na imię Aleksander, po ojcu babci. ;)
Taka historia, o.
W ogóle nie umiem liczyć. Nie widzę liczb. Jak mam obliczyć jakiekolwiek równanie, skoro muszę się zastanowić która cyfra jest większa od której? Nie zawsze do mnie dociera że 5 jest mniejsza niż 6.
Równania wykonuję na kalkulatorze ze sprawdzeniem wyniku kilka razy. Także takie w stylu 6x7.
Mam tytuł inżyniera.
Od najmłodszych lat czułam, że nie przywiązuję się zbytnio do ludzi. Miałam kilku przyjaciół, którzy byli mi bliscy, ale ostatecznie mam jednego. Nie jestem typem człowieka, lubiącego imprezy, a imprezy na jakichkolwiek byłam to bal gimnazjalny, który przesiedziałam na korytarzu z nosem w telefonie i dwie imprezy urodzinowe z okazji 18-stek koleżanek z klasy, które też przesiedziałam przy barze, pijąc Pinacoladę czy Sex on the Beach.
Obecnie w klasie maturalnej większość myśli o studniówce, tylko nie ja. Jako jedyna z całej 32-osobowej klasy zrezygnowałam ze studniówki, co jak zwykle zaowocowało pytaniami, dlaczego nie idę, czy zostałam zaproszona do kogoś, etc.
Mój problem jednak leży w naturze mojej rodziny. Moja siostra jak i mama poczuły się w obowiązku przygotowania mnie na ten wielki dzień jak i do wydania pewnych sum pieniędzy na to wielkie wydarzenie. Już jakiś czas temu zaczęłam mówić, że nie chce w tym brać udziału, co spotkało się ze sprzeciwem ze strony mamy. Teraz trochę się boję, jak wszyscy zareagują dobry miesiąc przed studniówką, gdy powiem im, że zrezygnowałam.
Kilka lat temu, gdy zbliżał się termin mojego stawiennictwa na komisji wojskowej, nasłuchałem się dużo od starszych roczników o parawanie i słynnej zimnej łyżce, na którą są brane jądra badanego.
Byłem już w samych bokserkach i nadeszła ta chwila, że lekarz poprosił mnie za parawan. Mimo skrępowania całą sytuacją starałem się wypaść naturalnie i na pewnego siebie.
Lekarz spokojnym głosem kazał mi opuścić bokserki, po czym powiedział słowa "w górę". Pamiętając opowieści o słynnej łyżce, wziąłem sprzęt w dłoń i uniosłem go do góry... Na to lekarz tłumiąc śmiech i zażenowanie rzekł do mnie: "chodziło mi o bokserki...".
Moja twarz chyba nie mogła być bardziej czerwona :D.
Bardzo kocham moją mamę, jest najwspanialsza na świecie. W moim domu zawsze było wiele miłości, rodzice kochali siebie nawzajem i tak samo bardzo mnie i mojego brata. Nie byliśmy bogaci, tata jest mechanikiem, mama przez całe życie pracowała jako sprzątaczka. Mimo to zawsze weekendy spędzaliśmy razem, jeździliśmy na wycieczki, rodzice pokazywali nam świat, uczyli o życiu, zabierali na spacery i biwaki. Wieczory spędzaliśmy grając w karty czy w planszówki.
Zawsze nas wspierali i pomagali w realizacji marzeń i pasji. Oboje z bratem wyrośliśmy na dobrych, wykształconych i mądrych ludzi. Mój brat w wieku 23 lat założył swoją firmę informatyczną, a teraz, po 4 latach, ma już własny dom, rodzinę i żyje luksusowo. Mi również udało się skończyć dobre studia, znaleźć pracę w zawodzie i powoli pnę się po szczeblach kariery. O co więc chodzi? O to, że moja mama jest, łagodnie mówiąc, niewykształcona. A mówiąc wprost, jest po prostu głupia.
To ta osoba, którą możecie czasem spotkać w Internecie, gdzie pisze dwadzieścia linijek bez użycia jakiegokolwiek znaku interpunkcyjnego.
Osoba, która pisze "ktury", "pszeczkole", czy "wogule". Osoba, która nie odróżnia Austrii od Australii i nie wie, czy najpierw się dodaje, czy mnoży. Osoba, która nie wie jaka jest stolicy Wielkiej Brytanii.
Wiele razy widziałam w Internecie teksty ludzi, którzy twierdzą, że tacy nie powinni się rozmnażać, że ich dzieci będą debilami, że przez takie osoby ludzkość wyginie. Przykro mi czytając takie komentarze, bo pomimo niskiego IQ, moja mama dała mi szczęście, miłość oraz coś, czego nie wyniesie się z żadnej szkoły - mądrość życiową. Nauczyła mnie tolerancji, pewności siebie i nie poddawania się nigdy.
Nie zamieniłabym mojej "głupiej" mamy na żadną inną.
Nienawidzę rozmawiać przez telefon ze znajomymi/rodziną. Zawsze jak ktoś do mnie dzwoni, to wyciszam telefon, za godzinę wchodzę na Fb i piszę: "Hej, dzwoniłaś, coś chciałaś?", nigdy nie oddzwaniam. Czuję lęk i dyskomfort podczas takiej rozmowy. Mam obawę, że nastanie cisza. O ile na żywo nie mam problemu z milczeniem, bo można chociaż na drugą osobę spojrzeć i się uśmiechnąć, to przez telefon właściwie nie wiadomo co zrobić w takiej sytuacji. Załatwiać różne sprawy, umówić się do lekarza przez telefon - to żaden dla mnie problem, bo dzwonię w konkretnej sprawie i wiem, że po załatwieniu tego się rozłączamy i nie trzeba wymyślać tematów do rozmów :)
Jestem młodą kobietą w wieku 21 lat. Uczę się, pracuje i jestem w szczęśliwym związku. Pozornie mogłoby się wydawać ze wszystko jest w porządku ale co w tym anonimowego? No właśnie.
Nikt nie wie ze sikam w majtki. Po prostu.
Jest to niezwykle upokarzające ponieważ nie umiem tego kontrolować. Działa to na zasadzie (chyba) odruchu pawłowa i jest to bardzo dziwne moim zdaniem, ponieważ dzieje się to w momencie kiedy otwieram drzwi od mieszkania.
Zawsze, i tylko wtedy. Gdy tylko przekręcam klucz w zamku, stróżka moczu już spływa mi po nogawce i w takim momencie po prostu chce mi się płakać. Wstyd jest mi powiedzieć o tym komukolwiek a nie mam pojęcia jak sobie z tym poradzić. Przeszukałam cały Internet i nie znalazłam nikogo ze zbliżonym problemem. Czy to siedzi w psychice? A można jednak to problem typowo fizyczny?
Nie mam zielonego pojęcia.
Dodaj anonimowe wyznanie