Moja żona jest niewidoma. Jedyną oznaką tego stanu są oczy pokryte bielmem, które starannie chowa pod grzywką, kapeluszami, czapkami, daszkami itd. Studiowała też min. łacinę.
Małżonka oślepła wiele lat temu, stopniowo. Tuż przed tym jak to się zaczęło, przygarnęła z rodzicami kudłatego kundelka. Pies tak się nauczył sam z siebie, że do dziś robi jej za przewodnika. Gdy wychodzi z domu, Fąfel prowadzi ją trzymając zębami za pasek od torebki, jeśli czegoś w domu potrzebuje, woła najpierw psa, a dopiero potem mnie, bo pies lepiej wie co gdzie leży. W osiedlowych sklepach to samo, każdy ich tam zna, Fąfelek prowadzi pańcię od regału do regału, a gdzie pies nie może, tam ekspedientka da radę. Nikt, kto jej naprawdę blisko nie zna, nie wie, że jest ślepa.
W wigilię żona wyszła po kolacji na spacer z Fąflem na należący do nas kawał łąki pod lasem. Ja jak to ja, wybyłem na taras, by mieć na nich oko tak dla zasady. Skoczyło mi ciśnienie, gdy zobaczyłem, że ktoś ich zaczepia. Trzech przedstawicieli młodzieży w sportowej odzieży zastąpiło żonie drogę, bardzo "pokojowymi" gestami nakłaniając do oddania torebki. Pies skoczył w jej obronie, dostał kopa, ale gdy w kapciach wybiegałem z domu i nieco się zbliżyłem, dostrzegłem, że jeden z gnojków pełza po ziemi, a pies z apetytem mu dresy z dupska zdziera. Dwóch pozostałych uciekło dziwnie szybko.
Małżonka, uświadomiwszy sobie zagrożenie, zrzuciła kaptur oraz czapkę z czoła, "wywaliła" oczy do góry i zaczęła przemawiać po łacinie, trzęsąc się jak przy ataku padaczki - jak to sama opisała - by dodać przedstawieniu realności.
Teraz w sąsiedztwie krąży plotka o tym, że moja kochana jest opętana, a pies to sam cerber z Hadesu, który biednemu chłopcu obie nogi odgryzł, a dwóch pozostałych niemal przerobił na mielone dla samego diabła. Szanowne babcie zupełnie pomijają fakt, że pies waży mniej niż 15 kilo i oboje zostali napadnięci, gdy ich kochani wnuczkowie jakże pobożnie maszerowali "na pasterkę"...
Zawsze gdy jestem u znajomych, to grzebię im w szafkach w łazience.
W okresie dojrzewania nastolatkowie często zaczynają się sami zaspokajać. Tak było też ze mną, lecz gdy ja zaczynałem to robić, nie miałem internetu ani telefonu. Myślałem, w jaki sposób mogę się nakręcić. Wpadłem więc na genialny pomysł.
W słowniku (jeszcze papierowym) wyszukiwałem takie hasła, jak żeński układ rozrodczy itp. Definicje podniecały mnie jak nic wcześniej.
Potem dorastałem i chciałem czegoś nowego. Chciałem więcej... Zadałem sobie więc pytanie - Co przypomina damskie części ciała? Nadmuchany rękawek pływacki... (taki co dzieci mają na rękach, gdy uczą się pływać). No więc moim "towarzyszem zabaw" został nadmuchany rękawek pływacki...
Jak widać, w mojej młodości byłem żądny przygód :D Jeśli można tak to nazwać.
Jak wiadomo, korzystanie maszyn do hazardu jest powszechnie nielegalne dla dzieci, jednak kiedyś razem z siostrą, jak byłyśmy małe (serio małe), poszłyśmy z rodzicami do pubu. Rodzice zajęci, piją piwko, a ja i siostra poszłyśmy do środka. Pewien pan w pubie grał na automatach z nadzieją, że wpadnie mu jakiś dobry pieniądz na tej gierce, gdzie muszą się pojawić 3 takie same owoce, cytrynki czy coś takiego. Niestety jego starania były bezskuteczne. Widząc, że my się nudzimy i obserwujemy z ciekawością to jak on gra, pozwolił nam zagrać jedną rundę. Stało się tak, że akurat przypadkiem nam się poszczęściło i wygrałyśmy 400 zł (spora ilość w drobniakach co prawda). Pan się tak ucieszył, że chciał nam dać 200 zł. My, jako kulturalne dzieci, odmówiłyśmy, ponieważ ta kwota na tamte czasy wydawała się kolosalnie duża. Jednak mężczyzna upierał się, że za naszą pomoc da nam po przynajmniej 50 zł na głowę. Poszłyśmy powiedzieć o tym rodzicom, a nasi rodzice oczywiście nas opieprzyli, że coś takiego zrobiłyśmy i że to kompletnie obcy hazardzista. z nami gadał itp. itd. Wtedy ten pan (któremu w ogóle zrobiło się bardzo głupio, że został osądzony o coś takiego) wyjaśnił całą sytuację i powiedział, że te 50 zł to niedużo w porównaniu do kwoty jaką wygrał z naszą pomocą. Nasi rodzice byli przekonani, że to durny pomysł, więc powiedzieli, że nie chcą brudnych pieniędzy od tego mężczyzny.
I wyszło na to, że pan nam kupił po butelce fanty w tym barze.
R.I.P. 200 zł.
Pracuję w małym osiedlowym sklepie, praktycznie każdy klient jest nam znajomy.
Codziennie po zakupy przychodzi taka typowa pani "patologia", ma kilkoro dzieci w wieku nastoletnim i jedną córkę lat 8.
Za każdym razem kupuje reklamówkę piw, papierosy, wódkę. Na to pieniędzy nie żałuje. Jeśli chodzi o produkty spożywcze, to kupuje zawsze najtańsze, często przecenione, jak się data kończy. Za każdym razem przychodzi z córeczką, która, jak to dziecko, prosi o coś słodkiego. Matka poza sporadycznym kupieniem jej lizaka za 20 groszy nic więcej jej nie kupuje.
Owa dziewczynka często kręci się w okolicy naszego sklepu razem z innymi dzieciakami, które co raz wpadną po batoniki, soczek itp. Ona nigdy nic nie kupuje, tylko im towarzyszy.
Zawsze robi mi się smutno, jak widzę tę małą, więc któregoś dnia widząc, że bawi się niedaleko, kupiłam czekoladę, napój, troszkę cukierków na wagę itd. Łącznie wyszło około 20 zł, wyszłam na papierosa, zawołałam małą i jej to dałam. Z wielkim zawstydzeniem cicho podziękowała i uciekła.
Jakieś 2 godziny później, akurat jak przyjechała do sklepu szefowa, wpadła matka tej dziewczynki i od progu zażądała od szefowej zwrotu pieniędzy za słodycze. Szefowa w szoku, kobieta twierdzi, że kazała małej zrobić zakupy do domu, a ona nakupiła słodyczy i nie mają za co teraz kupić chleba. Aż zaniemówiłam, w szoku, na polecenie szefowej, oddałam jej pieniądze, za które ta kobieta kupiła flaszkę. Normą jest u nas wymiana towaru, bo np. mąż kupił nie to co trzeba, czy nawet zwrot pieniędzy w wyjątkowych przypadkach.
Kiedy wyszła wyjaśniłam szefowej o co chodziło, ta oddała mi 20 zł twierdząc, że poniosłam straty materialne i moralne.
6 grudnia z rana do sklepu wpadła szefowa z wielkim pudłem słodyczy, nakazała nam zrobić loterię mikołajkową dla dzieciaków, każdy los był wygrany. Główną nagrodą była wielka paczka - ale taka naprawdę wielka - słodyczy. Dała nam również pod ladę los właśnie z główną wygraną i powiedziała, że kiedy przyjdzie ta dziewczynka, to właśnie ona ma go wylosować.
Szefowa spędziła kilka godzin u nas w sklepie, czego nigdy nie robiła. Czekała, aż przyjdzie dziewczynka. Kiedy pojawiła się jak zawsze z matką, dałyśmy jej kulę z losami. Mała wylosowała karteczkę, którą nieśmiało podała koleżance stojącej na kasie, ona oczywiście podmieniła los i z okrzykiem radości oznajmiła, że padła główna wygrana. Paczka była tak duża, że dziewczynka ledwo ją uniosła. Zanim zdezorientowana matka wyszła ze sklepu, szefowa oznajmiła stanowczym i wymownym tonem, że zwrotów nie przyjmujemy.
Kilka dni po Mikołajkach słyszałam, jak ta mała chwaliła się dzieciakom, że dostała tyle słodyczy, że na pewno starczy jej do sylwestra.
Jestem pod wrażeniem zachowania szefowej, ale jestem dumna, że i ja dołożyłam mała cegiełkę do uśmiechu dziecka.
Mam 15 lat i nie dostałem prezentu na święta.
Pomyślicie - niewdzięczny, zazdrosny, myśli, że jest pępkiem świata.
Nie zrozumcie mnie źle, bo ja w Mikołaja już dawno przestałem wierzyć i to, że tak staremu koniowi prezentów się już na święta nie daje, doskonale rozumiem. Ale mnie to jednak najbardziej wkurza to, że górę prezentów dostał mój dziesięcioletni braciszek.
Zazdrość, pomyślicie, ale normalnie to cieszyłbym się jego szczęściem. Nawet zbytnio by mnie to nie dotknęło, bo normalne rodzeństwo to się ze sobą dzieli.
Tylko że braciszek dostał lawinę słodyczy, wodospad zabawek i kilka gier na Xboxa w nagrodę za to, że w zeszłym tygodniu nazwał naszą mamę dz**ką, bo dowiedział się, że nie dostanie pod choinkę Playstation. Rodzice są wzywani do szkoły regularnie, bo ten mały debil zadaje się ze szkolnymi cwaniaczkami. Przed przerwą świąteczną zniszczyli sedes w męskiej toalecie, a na co dzień męczą dzieciaki z młodszych klas, prowokując je do płaczu. Były też numery z odpalaniem petard na lekcjach. Wszystko w ciągu jednego semestru, choć młody nigdy nie przykładał się jakoś szczególnie do nauki... ale żeby mieć zagrożenie w podstawówce? Po szkole cały boży dzień przesiedzi przy CS albo Fortnite i z jego pokoju słychać tylko piskliwe obelgi i opowieści o kopulowaniu z matkami jego przeciwników. Braciszek mój potrafi bez skrępowania wyrzucić do śmieci zawartość talerza obiadowego i rozkazać mi i rodzicom zamówić pizzę (w tym roku było tak z trzy razy). Komentarze, kary nie skutkują. Rodzice nawet wybrali się z nim do jakiegoś psychologa, ale w końcu nic z tego nie wynikło. To, że po mnie jedzie jak po psie, no to do tego już zdążyłem się przyzwyczaić, bo czasami rodzeństwo okazuje tak swoją miłość, ale żarty się kończą, kiedy twój młodszy braciszek podkrada ci pieniądze albo grozi rozwaleniem laptopa.
Wracając do tematu świąt, nie o to mi chodzi, żeby te prezenty dawać mi, mi i tylko mi, bo tylko ja liczę się na tym świecie. Zresztą ja sam nie jestem aniołkiem, bo czasami ciężko ruszyć mi tyłek i pomóc rodzicom czy dziadkom i zdaję sobie sprawę, że czasem coś odpyskuję i w szkole mógłbym radzić sobie lepiej, choć zaraz od razu przepraszam za swoje winy, W PRZECIWIEŃSTWIE do mojego jakże kochanego braciszka. Ale według mnie gnojek powinien dostać rózgę, bądź rózgą. Po tyłku.
Moja babcia to osoba, która ma bzika na punkcie karmienia. Jej jamnik wygląda jak hipopotam, kot jak krowa, a dziadek jak ludzik Michelin. Babcia mieszka w domu obok naszego i nic, tylko gotuje, gotuje, gotuje, ew. chodzi do kościoła... a potem wciska to jedzenie każdemu, bo się zmarnuje. Kocham babcię, ale na swój sposób jest ona straszna. Potrafi płakać, krzyczeć i bić, jeśli ktoś odmawia jedzenia, nieważne, ile już się zjadło. Rodzice nie mają siły z nią walczyć, do pracy niemalże uciekają z domu.
Któregoś razu odmawiając jedzenia powiedziałam, że... poszczę dla zbawienia duszy. Biednej babci chyba "wyrzuciło bluescreena", ale po raz pierwszy podczas osiemnastu lat mojego życia odpuściła. Obecnie cała rodzina, poza biednymi zwierzakami, stała się hiper pobożna i pości, idąc za moim "dobrym" przykładem. A babcia została sama z tonami jedzenia, które musiała zjeść, żeby go nie wyrzucić, i gotuje o 3/4 mniej.
Moja dziewczyna ciągle mi dogryzała. Na początku traktowałem to jako takie nieśmieszne żarty, ale po setnym razie już nie wytrzymałem. Praktycznie wszytko co robiłem Kasia uważała za niemęskie i gejowskie. Założenie żółtej koszulki? Ogolenie się? Nałożenie maseczki na twarz? Przeczytanie książki? Oglądanie siatkówki? Wyregulowanie brwi? Pójście do opery? Gej! Próbowałem z nią o tym rozmawiać, ale zawsze mnie zbywała, że to tylko żarty, a ja mam kija w tyłku. Postanowiłem więc zabawić się w jej grę.
Zacząłem na każdym kroku mówić że to co robi jest niekobiece i wygląda jak lesbijka. Założyła spodnie zamiast spódnicy? Nie pomalowała się? Obejrzała film akcji? Nie ogoliła nóg? Nie pomalowała paznokci? Czyli nie jest kobietą! Chciałem jej pokazać, jak to jest... Wytrzymała kilka dni, potem ze mną zerwała, nazywając mnie szowinistą i samcem beta.
A mówią że podwójne standardy działają tylko w jedną stronę.
Miałam przyjaciela. Takiego od serca, naprawdę. Nie znaliśmy się od zawsze, ale kiedy gadaliśmy, czuliśmy się właśnie w taki sposób. Ja nazywałam go bratem, on mnie siostrą. Poznaliśmy się w trudnym dla mnie momencie i on bardzo mi pomógł. Wiem, że z początku chciał ode mnie czegoś więcej, ale ja byłam pogrążona w toksycznym "związku" z kompletnym dupkiem i nie w głowie było mi wchodzić w coś nowego. W końcu poznał dziewczynę, zakochał się. Nigdy nie wchodziłam w ten związek z butami. Chciał się wygadać - słuchałam. Chciał rady - dostawał ją. Nie byłam zazdrosna. Cieszyłam się jego szczęściem.
Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że moje uczucia względem niego trochę się zmieniły. Chciałam więcej niż tylko przyjaźni, ale on miał dziewczynę, a ja nie zamierzałam rozwalać mu związku. Nadal był moim przyjacielem i nie sprawiało mi to żadnego problemu. Nie dawałam mu sygnałów, że czegoś od niego chcę, że czuję coś innego niż przyjaźń. Było dobrze. Nie płakałam w poduszkę i nie robiłam scen zazdrości. Nie odczuwałam też negatywnych uczuć względem jego dziewczyny.
Któregoś dnia się z nią pokłócił. Zerwał z nią i standardowo zwrócił się do mnie. Gadaliśmy i nie wiedząc czemu powiedziałam mu o tym, co czuję. Cholera, nie spodziewałam się takiej reakcji. Myślałam, że to przegadamy i tyle, ale nieee... Dał mi wyraźne znaki, że z jego strony też jest coś na rzeczy. Buziaczki, przytulanki, wylądowaliśmy w łóżku. Na następny dzień usłyszałam, że on to nie chce z nią zrywać, że nie wie, co się stało. Ustaliliśmy, że nic jej nie powie. Po dwóch dniach znów byli razem. Nie dowiedziałam się tego od niego. Dowiedziałam się przez przypadek. Wtedy zrobił ze mnie kretynkę po raz pierwszy. Odpuściłam, nie chciałam tracić przyjaciela. Bez scen, bez wyrzutów. Leczyłam się z tego w samotności, jak zawsze zresztą.
Dwa tygodnie później znów z nią zerwał. Przyszedł do mnie i powiedział, że się pomylił, że nie powinien był do niej wracać. W duchu się cieszyłam, bo to tworzyło szansę, że może ja i on... Zresztą, z jego słów i gestów nie mogłam wywnioskować niczego innego. Powiedziałam, że się boję, ale on zapewnił mnie, że nie mam czego, że on już wie czego chce. Znów wylądowaliśmy w łóżku. Na następny dzień usłyszałam, że on nie chcę póki co związku, bo dopiero co zakończył poprzedni. Okej, ja od razu też nie chciałam. To oczywiste, że potrzebowaliśmy czasu. Następnego dnia powiedział jej o wszystkim, a ja usłyszałam, że się pomylił, że on ją kocha i że popełnił błąd. Wtedy zrobił ze mnie kretynkę po raz drugi.
Zabolało jak cholera. Nie spodziewałam się, nie po nim. Oszukał mnie, wykorzystał, wrócił do niej.
A ja, no cóż... Straciłam przyjaciela, bo już mu nie ufam. Życzę mu dobrze, ale nie chcę go w moim życiu. Pierwszy raz wybrałam siebie.
Rozmowa:
T: Ta R znowu nie odebrała. Ja nie wiem, co się z nią ostatnio dzieje, zero kultury, muszę porozmawiać z G i niech ja ustawi do pionu.
S: Ja nie wiem co zrobię, nawet zakupów na święta nie zrobiłam, nie wydam tyle kasy.
T: To ja do ciebie przyjdę.
S: Oszalałaś? Nie organizuję żadnej wigilii, zjemy sami z mężem. A ty rób co chcesz.
T: Dalej nie rozumiem, czemu nas nie zaprosili, mówiłam ci, że z tą idiotką będą problemy, niby taka miła, ułożona, a taka żmija...
R to ja, T - moja teściowa, S - szwagierka, G to mój mąż. A rozmowa nagrała mi się na pocztę głosową. Miała miejsce po tym, jak zbuntowałam się po dziesięciu wigiliach, na które zapraszałam rodzinę męża. Nigdy nie pomogły w niczym, nic nie przywiozły, nie upiekły. Najdroższy prezent jaki od nich dostałam to fartuch kuchenny, który kupiły na spółkę. Nigdy nie zaprosiły nas na święta, jeździmy do nich raz w roku na urodziny. Zawsze się urobię w święta po łokcie. Dobrego słowa nie usłyszę.
Zaczęły już buntować i agitować mojego męża. Mam dość i odcinam się od tego! Zaczynam myśleć o sobie.
Dodaj anonimowe wyznanie