Mam 18 lat. Mój już były chłopak zostawił mnie po tym jak powiedziałam mu, że o mało co nie zostałam zgwałcona i z ledwością uciekłam. Było to dla mnie bardzo ciężkie do powiedzenia. Ten osobnik najpierw chciał usłyszeć szczegóły, których nie byłam w stanie mu opowiedzieć, a później powiedział "sorry, ale ja cie już nie chcę".
Mimo wszystko dziękuję za te 2 lata związku.
Pewne 3 fakty o mnie:
1. Jestem facetem
2. Lubię mieć gładkie stopy
3. Oglądam lifehacki.
Co to ma wspólnego, zapytacie?
Otóż chciałem sobie kupić damską elektryczną maszynkę do usuwania zrogowaciałego naskórka. Na pewno wiecie o czym mowa. Tyle tylko, że bałem się ją kupić, ponieważ zastanawiałem się co powiedzą ludzie w kolejce, albo osoba za kasą (dodam, że zamówienie tego sprzętu online nie wchodziło w grę). Więc ostatnim razem podczas wizyty w sklepie postanowiłem wypróbować pewien lifehack w praktyce. A mianowicie wziąłem owo urządzonko, ale chwyciłem również papierową torbę prezentową. Pani za kasą pochwaliła mój zakup i powiedziała, że sama taką kupiła i że moja wybranka na pewno się ucieszy. Uśmiechnąłem się wiedząc, jaka jest prawda, zapłaciłem i wyszedłem z miną zwycięzcy :D
Już w grudniu myślałam o tym, by wraz z nowym rokiem zacząć chodzić na siłownię. Okoliczności ułatwiały, bo budynek siłowni stał naprzeciwko mojego bloku.
Poszłam więc wczoraj zakupić karnet, ale siłownia była zamknięta. Na drzwiach widniała kartka z napisem: „LIKWIDACJA”. Tak właśnie zostało zlikwidowane moje postanowienie noworoczne.
PS. W tym miejscu powstaje KFC. Chyba los nade mną czuwa.
Z cyklu: dziecięce marzenia o karierze.
Chodząc do wczesnych klas podstawówki (1-3), wyjątkowo fascynowała mnie anatomia człowieka. To zresztą był okres, kiedy przechodziły przeze mnie naprawdę różne zainteresowania, ale wiele kręciło się wokół nauk przyrodniczych. Moi rodzice posiadali (i dalej posiadają) okazałą kolekcję segregatorów Świata Wiedzy, wypełnionych do granic możliwości kartami. Jako dziecko często sięgałem po nie i lektura wypełniała mi czas zabawy. Z czasem nawet rysowałem narządy. Rysunek serca był całkiem udany. Pokazywałem swoje "dzieła" rodzicom, aż przy gościach wpadłem do salonu i z dumnym okrzykiem "Mamo, zobacz, narysowałem waginę!", wręczyłem rodzicielce rysunek kobiecych narządów rozrodczych, jaki można było znaleźć w Świecie Wiedzy.
Oglądając przekroje narządów, narodziła się we mnie chęć zostania w przyszłości lekarzem — a konkretnie chirurgiem.
Pewnie nie ma w tym nic dziwnego, w końcu wiele dzieci marzy o takiej profesji. Tym, co wyróżniało moje zamiary, były intencje. Otóż za marzeniami nie stała chęć pomocy i leczenia ludzi. Chciałem być chirurgiem, aby móc oglądać, wyciągać narządy z ciała, móc poznawać je na żywo. Nie interesowało mnie ratowanie życia. Chciałem kroić ludzi i wycinać im organy.
Nigdy nikomu nie opowiadałem, dlaczego chcę być lekarzem. Pewnie zostałbym uznany wtedy za nienormalne dziecko. Moje marzenia legły, gdy powiedziano mi, że trzeba uczyć się przez pół życia, aby być lekarzem. Szybko potem domyśliłem się, że nie mogę nawet marzyć o medycynie, bo moje oceny w szkole nie były powodem do dumy, przez lenistwo nie uczyłem się w ogóle na sprawiany (chociaż pochłanianie wiedzy z własnej woli na lubiany temat idzie mi łatwo), a moje nerwy nie wytrzymują nawet widoku pobierania krwi, a co dopiero rozcinania skóry.
Potem zacząłem marzyć o pracy kasjera, bo można siedzieć na dupie przy kasie i (jak wtedy sądziłem) nawet się nie zmęczyć, a praca w sklepie pewnie pozwoliłaby mi obżerać się słodyczami.
Co prawda nie skończyłem jako kasjer, ale dopiąłem swego i mam pracę, która powszechnie uważana jest jako "siedzi na dupie i nic nie robi".
Jestem taka samotna, że podnieca mnie dotyk obcego chłopaka, który siedzi obok mnie w autobusie.
Mam 14 lat. Moi rodzice się rozwodzą, a ja się z tego cieszę, moja mama ma okropny charakter. Nigdy mnie nie biła (chodź zdarzały się jednorazowe szarpnięcia, ale w nerwach - to jeszcze rozumiem), ale odkąd pamiętam bardzo łatwo było ją zdenerwować.
Do tej pory zaczynam się stresować, jak tylko słyszę jej samochód na podjeździe, tylko czekam, aż znowu zacznie się o coś czepiać, najczęściej o to, że coś niedokładnie posprzątałam. Faktycznie jestem bałaganiarą, ale poza tym nie sprawiam żadnych problemów - mam średnią powyżej 5.0, nie piję i nie palę. Ona potrafi zwyzywać mnie od burdelar (chociaż nie robię aż takiego syfu, nic ponad normę), kiedyś wykrzyczała mi w twarz, że jestem g*wnem, które wylazło jej spomiędzy nóg.
Ale to, co się dzieje ostatnio, to lekka przesada: moi rodzice postanowili się rozwieść, a mojej matce coś odwaliło. Codziennie muszę wysłuchiwać, że tata, z którym na szczęście mam świetny kontakt, spaczył mi psychikę i że my mamy ją tylko za g*wno, dz*wkę i szmatę. Zaczęła nawet grozić, że się zabije. Ma pretensje, jak tylko przez parę minut pogadam z tatą, a nie z nią. I uważa, że to wszystko wina taty, ale po prostu gdyby nie to, że on nie zachowuje się jak ona, to nie wytrzymałabym w tym domu psychicznie. Potrafi wpaść w histerię i wydzierać się na całą ulicę z idiotycznego powodu.
Chciałabym mieć z nią lepszy kontakt, ale z drugiej strony strasznie nie lubię spędzać z nią czasu. Nie opisałam tu wszystkich sytuacji, a jest takich smaczków dużo więcej. Moim zdaniem powinna zapisać się do psychiatry i nie mówię tego przez złośliwość.
Cóż... Mój mąż to jednak lojalny pracownik.
Wydawało by się, że czymś się zatruł, ale nie poszedł na L4, zapowiadał się luźny dzień w pracy. Mówił - e tam, nic mi nie będzie. Po co brać wolne, szef będzie niezadowolony, jeszcze przed świętami... No nie bardzo. Pojechał do pracy.
Jak się okazało, to była jelitówka - nadmienię, że jego praca polega na jeżdżeniu autem i na kontakcie z klientem. Jak się domyślacie, jechał jakimiś zadupiami i obskakiwał każdy krzak. W pewnym momencie zrobiło się tak źle, że zaczął wymiotować. Nic trudnego - silny człowiek - otwiera drzwi i gitara. Do domu daleko, więc lepiej dokończyć niż zawrócić. W pewnym momencie parcie było tak silne, że dupa go oszukała. Wywalił gacie. Kupić innych się nie da, bo na dupie placek, cóż... Obdzwonił klientów, że jest "niewyjściowy", każdy był wyrozumiały, podjechali, swoje odebrali...
Mąż wrócił do domu zażenowany, umył dupę i padł na twarz.
Tak że każdemu życzę pracownika, który tak potrafi się poświęcić.
Kupiłam koledze zdrapkę jako dodatek do prezentu na wigilię klasową.
Wygrał 150 tysięcy.
Praca w Polsce i za granicą.
Kilkanaście lat temu Polacy zaczęli przenosić się do innych krajów. Podam przykład z UK, bo tam mieszkam.
Przyjeżdża Polak i "ja tego nie zrobię?". Polak wszystko potrafi, nie to co Anglicy. Polak potrafi, nawet lepiej, a i chętniej, bo jeszcze z dziesięć lat temu zarobił z 7 razy więcej niż w Polsce, więc każdy sobie przelicza, ile to złotówek będzie i warto robić na 120%, skoro praca daje nam dużo razy więcej, niż jakbyśmy w Polsce robili. Szef Anglik nie jest głupi, więc i podkręci cele do wykonania, bo nagle okazało się, że jednak można szybciej pracować.
Podejście Anglików do pracy jest takie, że lepiej zrobić wolniej, a porządnie, a nie szybko i byle jak. Dodatkowo: źle się czujesz? Lepiej weź wolne. Dlaczego? Jeżeli pracujesz i jesteś chory, zarażasz innych pracowników. U części się rozejdzie, a innych rozłoży i będą na zwolnieniu lekarskim, przez co firma jest dużo bardziej stratna, bo pani Krysia kichała po całej fabryce. Niestety Polacy sami sobie przykręcili śrubę tak, że pot spływa po plecach i robić trzeba.
Skąd to się wzięło w Anglii? Stąd, że w Polsce za jedną minimalną pensję nie przeżyjesz, trzeba robić, bo jak nie, to cię wywalą. Taka jest nasza mentalność.
Jak to się odbiło po kilkunastu latach? W miejscach, gdzie nasi rodacy są liderami grup, trzeba robić szybko, a to nie zawsze idzie z parą z jakością. Dodatkowo przez ten pośpiech zdarzają się pomyłki albo niedopatrzenia i nagle okazuje się, że trzeba robić zamiast swoją robotę, to czyjąś. Dodatkowo pani Krysia kicha po całym zakładzie pracy, a potem połowa zespołu jest na chorobowym. Dlaczego pani Krysia nie da znać, że się rozchorowała (wtedy szef wysyła info do agencji i kogoś przysyłają na ten jeden-dwa dni), tylko chodzi, aż nie uzna, że jednak trzeba się porządnie wykurować? Bo ją zwolnią, bo jest szef Polak, który stwierdził, że tylko osoby z poważnymi objawami, a nie z zasmarkanym nosem, mają prawo iść na chorobowe.
Dlaczego tak jest? Bo w Polsce tak było. Jeżeli Anglik jest szefem, to nie ma problemów. Bo on wie, że lepiej, aby pracownika nie było 2 dni niż 2 tygodnie. Bo on wie, że lepiej z bólami w plecach nie pracować, a to wyleczyć. Bo wie, że za kilka miesięcy ten pracownik, co go zawsze kręgosłup boli, to zniknie na kilka tygodni, bo nagle się pojawi uraz.
W Polsce już nie ma takiego bezrobocia, jakie było kiedyś. Niestety mentalność została. Strach przed wywaleniem z pracy został. Koło się zamyka. Teraz ja kicham i zarażam - bo szefem jest Polak, bo pani Krysia wzięła w trzech ostatnich miesiącach 4 dni wolnego (w sumie), bo nie chciała zarażać, bo myślała, że może, a teraz nie pracuje.
Sami sobie zawdzięczamy to, że trzeba pracować mimo wszystko.
Mam piękną, młodą dziewczynę. Bardzo dobrze nam się układa, mieszkamy razem już jakiś czas, świetnie się rozumiemy, w łóżku też jest cudownie. Cóż zatem tu anonimowego?
Otóż moja dziewczyna lubi też kobiety i mamy z nią specyficzny układ. Mianowicie pozwalam jej na to, żeby od czasu do czasu robiła sobie "skoki w bok" z innymi dziewczynami. Oczywiście ja jestem jej jedynym facetem. Poza tym o każdym takim "skoku w bok" mnie informuje, a mnie to niesamowicie nakręca.
Jestem świadomy faktu, że dla wielu osób to chore. Bo jak to, pozwalać dziewczynie na zdradę? I to jeszcze z inną dziewczyną? Jednak my się kochamy, jest to dla nas swego rodzaju urozmaicenie i każdemu to odpowiada, więc ja nie widzę w tym nic złego. Spodziewam się linczu w komentarzach, jednak lepszy lincz na anonimowych w komentarzach, niż lincz na żywo.
Dodaj anonimowe wyznanie