Jest to moja największa tajemnica. Dla niektórych może się ona wydawać trywialna, a dla innych mogę zostać po prostu degeneratem.
Uczę w szkole językowej. Bardzo lubię swoją pracę. Moje lekcje są zawsze dobrze przygotowane i staram się zaciekawić nie tylko językiem angielskim, ale też brytyjską kulturą i historią. Zgarniam najlepsze wyniki w swoim regionie. Ale nie zawsze tak było.
Moim problemem od zawsze były nerwy. Od dzieciństwa byłam nerwusem. Jeżeli wyobrażacie sobie teraz rozkapryszonego bachora, to nie jest to, o czym mówię. Potrafiłam wpaść w szał, z którego nie umiałam wyjść nawet z tak głupiego powodu jak rozwiązane buciki. Po wielu latach leczenia jakoś wyszłam na osobę potrafiącą jako tako radzić sobie z nerwami, ale jednak bywały bodźce przywracające histerię lub zbliżone do niej zachowania.
Bardzo lubię uczyć, traktuję to jak misję. Do tego bardzo lubię uczyć starsze osoby, którym nauka nie przychodzi tak łatwo. Jest to dla mnie wyzwanie. Jednak jak bardzo to uwielbiam, tak moje nerwy mają swoje granice. Musiałam sobie jakoś z tym radzić, ponieważ wyżywałam się potem na członkach mojej rodziny, gdy wracałam do domu. Teraz już tak nie jest.
Co odmieniło moje życie? Marihuana. Na (zamkniętym od chyba powstania naszego budynku) parkingu pod pracą odpalam grubego blanta. Palę go pół godziny, siedząc na murku i przeglądając internety. Wchodzę do pracy, idę do łazienki, odświeżam się i jestem gotowa do działania. Mam na wszystko wywalone i skupiam się na przekazaniu materiału w jak najciekawszy sposób.
Nikt spoza rodziny i przyjaciół do tej pory nie wie. W pracy nikt nie posądza mnie nawet o picie alkoholu. Ja nie czuję się z tym źle. Nie traktuję trawy jak ciężkich narkotyków. Raczej jak używkę w stylu kawy lub papierosów. Jednak uważam, że byłoby to społecznie nieakceptowalne w kraju takim jak Polska. W Holandii czasem zaczyna się dzień od blanta. A tutaj raczej nikt nie skupiłby się na tym, że moje lekcje są ciekawe, tylko na tym "że biorę narkotyki". Tyle ze spowiedzi.
Pozdrawiam, może was uczę :)
Moja córka dostała zadanie domowe: napisać relację z tego, jak przebiegały święta w jej domu. Zosia nie miała z tym większych problemów, nawet się mocno rozpisała, więc stwierdziłam, że nie będę sprawdzać jej pracy przed oddaniem.
Wychowawczyni Zosi poprosiła mnie o spotkanie i zapytała, czy w naszej rodzinie nie ma problemów alkoholowych.
Od kilku lat działam w pewnej organizacji prozwierzęcej, poznałam wiele wspaniałych osób, kochających psy, będących zaangażowanymi w każdą sprawę.
Codziennie na portalach, gdzie każdy może sprzedawać różne rzeczy, spotykamy się z pseudohodowcami... lub stowarzyszeniami, które nie istnieją. Biznesmeni sprzedają „rasowe” szczeniaki, suka rodzi co pół roku, w stodole... Sprzedawcy nie chcą podać adresu, gdzie przebywają psy, nie chcą pokazać suki, nie chcą się wypowiadać na temat zdrowia psa. Przekazują szczeniaki na stacji benzynowej... Sprzedają smycz za 600 zł, a w gratisie dają psa. Idąc ulicami miast widać pełno „rasowców” z takich miejsc... „York miniaturka”? Jest taka rasa? Nie. Co druga babcia ma takiego...
Wiecie, co w tym anonimowego? Że znienawidziłam naszą wspaniałą policję, prawo... Że to przerażające, że łapówki są na porządku dziennym, że weterynarze, którzy powinni być obiektywni, dają przyzwolenie na rozmnażanie chorych zwierząt. Czemu? Bo dostają w łapę. Przez tydzień, dwa, organizacje zbierają informacje na temat pseuducha, mobilizują się, organizują akcje, wyciągają adresy, a na koniec prawo stoi przeciwko zwierzętom, czeka, aż pies będzie na skraju śmierci. Skorumpowane środowisko pseudhodowców, pseudoweterynarzy i pseudopolicji.
Moja narzeczona, która do tej pory jedyne co potrafi zrobić w kuchni, to posmarować kanapkę masłem, wymyśliła sobie, że w 2019 zacznie gotować.
Życzcie mi zdrowia w nowym roku.
Nienawidzę Wigilii, źle mi się kojarzy. Ojciec był w ten dzień zawsze pijany, zawsze. Trzeba było dzielić się z nim opłatkiem, bo inaczej było piekło. W końcu tradycja to tradycja.
Matka zastraszona, wymuszone uśmiechy, fałszywe życzenia i ten strach w środku - tylko z tym kojarzy mi się Wigilia.
Po każdej kolacji zamykałam się w łazience i ryczałam z bezsilności.
W końcu się z tego wyrwałam, ale nadal nienawidzę Wigilii. Na samą myśl o tym dniu czuję stres, strach i mdłości (chociaż już nie mam powodu. To jednak tak łatwo nie mija).
Wiecie, czym jest hipokryzja? Każdy wie, zna kogoś, kto jest hipokrytą - mama, tata, koleżanka czy chłopak. Norma. Często też opisujecie tutaj zachowanie swoich bliskich, którzy nimi są.
Ale teraz z drugiej strony.
Jestem hipokrytką.
Jestem (dość) gruba. Daję sobie radę, nie mam problemów z żadnym metabolizmem ani nic, faktycznie przytyłam przez hormony, ale teraz wszystko jest w porządku i pewnie mogłabym schudnąć, gdybym tylko chciała.
Siebie akceptuję na tyle, na ile powinnam, ale...
Obrzydzają mnie grubi ludzie. Nie mogę na nich patrzeć, nie mówię o tych dodatkowych 20-30 kg, jak u mnie, ale o tych dodatkowych 70 i więcej. Kiedy widzę takiego z torbą chipsów albo w jakimś fast foodzie, który - jak by nie patrzeć - sama odwiedzam, nie mogę się pozbyć myśli, że to okropne i powinien być teraz u dietetyka albo na siłowni.
Nigdy się do tego nie przyznam nikomu bliskiemu, ale tutaj mogę.
Zakochałam się.
Może to nic specjalnego, prawie każdego to spotkało lub spotka. To było 6 lat temu, chodziłam wtedy do szkoły średniej, L. był w ostatniej klasie, ja byłam rok młodsza. Spędziliśmy ze sobą najlepszy rok na świecie, to była moja pierwsza miłość, ale myślałam o nim naprawdę poważnie, planowaliśmy wspólne życie, studia w tym samym mieście, wspólne mieszkanie, a potem może ślub, dzieci...
Jednak musiał wyjechać, pod koniec roku jego rodzina zdecydowała o przeprowadzce do Stanów, on czuł się w obowiązku wyjechać za chorą matką, pomagać jej. Przed wyjazdem rozstaliśmy się, powiedział, że to w porządku, jeśli sobie kogoś znajdę, ja odpowiedziałam to samo. Oczywiście serce pękłoby mi na pół, ale jeśli kogoś kochasz, musisz pozwolić mu odejść.
Dwa lata po jego wyjeździe nie umiałam się z tym pogodzić, mimo że rodzinie i znajomym wmówiłam, że jest dobrze. Wtem poznałam M. Poznaliśmy się na studiach. Nasza historia nie jest tu ważna. Jednak zamieszkaliśmy ze sobą, skończyliśmy jako narzeczeństwo. Nie czułam tych samych szalonych motylków co z L., ale uznałam, że nie mam już 18 lat, najważniejsze jest to, że narzeczony jest dla mnie dobry. Myślałam, że wyleczyłam się z byłego, ja zaakceptowałam spokojną przyszłość z M., można powiedzieć że pokochałam go, ale zupełnie inaczej.
Jednak L. wrócił rok temu po śmierci mamy. Kiedyś wpadliśmy na siebie, gdy pojechałam załatwić coś do sąsiedniego miasta. Poszliśmy na kawę, a ja poczułam, jak wszystkie uczucia wracają. Jednak zignorowałam to, wiadomo, to moja pierwsza miłość, często wspomina się ją dobrze.
Jednak minął rok, L. wciąż gdzieś przewija się w moim życiu, czasem się spotykamy i rozmawiamy, sami albo w grupce znajomych, a ja cały czas kocham jego poczucie humoru, znowu pragnę przyszłości z nim, pociąga mnie fizycznie o wiele bardziej, mamy mnóstwo wspólnego.
Nigdy nie zdradziłam narzeczonego i nie mam zamiaru, ale wciąż zawieszona jestem między szczerym zakochaniem tudzież fascynacją L., który niedawno powiedział, że chciałby mnie odzyskać, a stabilizacją i spokojem u boku M.
Boję się tylko, że tak naprawdę nie kocham byłego, a jedynie wyobrażenie z przeszłości. Wstrzymałam ślubne przygotowania, wyjaśniłam M. po części i boję się podjąć decyzję. Czy zerwać z M. i możliwie rozczarować się związkiem z L., który może nie będzie idealny czy też ograniczyć kontakty z L. i wziąć ślub z kimś dla mnie ważnym, komu powiedziałam "tak". To niezdecydowanie ciąży mi sercu, a ja boję się popełnić błąd i być nieszczęśliwa, ale nie chcę zranić ani jednego, ani drugiego, a któregoś będę musiała. Choć już to robię, będąc nieosiągalna dla L. i trochę bardziej obca dla M.
Wstydzę się dosłownie wszystkiego. Nie umiem zamówić sobie pizzy przez telefon, a co dopiero iść i zapytać panią w sklepie z ubraniami o swój rozmiar. Mam 23 lata, a mama musi mnie zapisywać do lekarzy czy fryzjerów (a najlepiej żeby poszła jeszcze ze mną, by mogła odwrócić ode mnie uwagę). Najgorzej było, jak poszłam do pierwszej pracy - sama. Potrafiłam płakać za każdym razem, gdy byłam sama, bo chciałam jak najszybciej uciec do domu, gdzie czuję się bezpiecznie. Nie wiem co robić, przez to ciężko mi się usamodzielnić i znaleźć sobie nową pracę. Ponadto jestem bardzo cicha, płochliwa i skryta. Ludzie, gdy tylko to zauważają, pozwalają sobie na wszystko - śmieją się ze mnie, dogryzają i robią na złość (przez to zmieniałam pracę 4 razy). Nie potrafię komuś powiedzieć, żeby się po prostu odwalił, tylko ze łzami w oczach przytakuję. Psycholog pomoże?
W ciągu swojego życia mieszkałem pod jednym dachem w sumie z ponad dwudziestoma różnymi współlokatorami.
Spośród nich wszystkich jeden z nich był postacią ekstremalną.
Paweł był bardzo religijny i higieniczny.
Pierwszym objawem jego działalności był opróżniony Domestos. Zużył całą nową dużą butelkę w 1 miesiąc. Jak się okazało, czyścił muszlę po każdym sikaniu... Sikaniu!
Na przygotowanie jednej (sic!) prostej kanapki, do której miał już wszystkie składniki i umycie talerza oraz noża potrzebował 30 minut. Niby nic, ale pomnóżcie to przez 4 takie posiłki w ciągu dnia i okazuje się, że spędzał 2 godziny w kuchni, robiąc 4 kanapki - to nie naciąganie rzeczywistości, tak faktycznie było.
Co więcej, wchodząc do łazienki i zamykając się zamkiem, od razu łapał za klamkę, by sprawdzić, czy faktycznie jest zamknięta. Podczas jednego pobytu potrafił szarpać kilkanaście razy za tę samą jedną klamkę.
Pewnej nocy, o godzinie 3:00 przebudziło mnie trzepnięcie drzwi do łazienki. Usłyszałem szarpnięcie i od razu wiedziałem, że to on. Spojrzałem na zegarek i zacząłem liczyć... 27 szarpnięć w 15 minut.
Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej.
Kojarzycie te opowieści znajomych, którzy się skarżą, że mieszkają z dwoma dziewczynami i nie mogą się dobić do łazienki?
Paweł bije każdą z nich.
Rano blokował całą łazienkę na 30 minut, a wieczorem na około 1-1,5 godziny. Codziennie.
Pomimo bycia czyściochem nie umiał używać pralki, współlokatorka wyprała mu pierwszą porcję bielizny, ale na szczęście nauczyła go obsługi pralki.
Co zrobił Paweł pewnego dnia?
Wrzucił jeden mały chodnik do pralki (bo był brudny) i włączył najdłuższy i najgorętszy program, jaki był.
Tak dla sprecyzowania: każde z nas musiało się liczyć z pieniędzmi.
Gdy szedł do łazienki umyć dłonie, trwało to około 6 minut (mierzyłem), bo przy okazji polerował kran.
To tyle z grubsza w temacie higieny.
Jest jeszcze temat religijności.
Gdy koleżanka w czasie adwentu włączyła radio podczas sprzątania mieszkania, to wybiegł z gębą, bo jest adwent.
Przyniósł poświęconą kredę i pytał się, gdzie trzymamy takie rzeczy (w mieszkaniu studenckim).
Codziennie rano i wieczorem spędzał nawet po godzinie na kolanach przy modlitwie.
W przypadku religii uważam, że jest to osobista kwestia i ja nie mam nic do tego. Jednak wydawało mi się zawsze, że ci silnie religijni ludzie to osoby, które NIE uprzykrzają innym życia.
A jednak. Nie życzyłbym nikomu takiego współlokatora. Wykończył nas psychicznie przez rok.
Muszę się wyżalić.
Nie jestem materialistką, ale jednak trochę ściska w dołku fakt, że nie dostałam nic na święta. Ani mój facet się nie przejął, mimo że ja o nim pamiętałam, ani moja rodzina, choć też dostali ode mnie prezenty. I zrozumiałabym, gdyby byli w ciężkiej sytuacji, ale nie. Chwalą się, co dali innym w prezencie.
Mocne postanowienie noworoczne - zacząć dbać o siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie