Mam 23 lata i śpię z pieluchą.
Tak wiem, że brzmi to śmiesznie, ale ręce mi już opadają, nie mam siły codziennie robić prania. To nie tak, że mam problem i nic z tym nie robię, od dzieciaka mam już te problemy... Potem szpitale, badania, zabiegi, ćwiczenia. Wybudzanie na siłę w nocy czy aparacik z czujnikiem w dolnej części bielizny. Nieważne, czy skończę pić o 13 czy o 20, do prania idzie wszystko. Nie zliczę, ile razy był już materac wymieniany czy dywan, bo bałam się spać na łóżku... Nigdy nie byłam u nikogo na noc czy na koloniach, spędzenie nocy z chłopakiem też odpada. Na zabieg ostrzykiwania botoksem jestem za młoda, więc pozostaje mi albo nie pić już od rana, albo spać nadal z pieluchą. Chciałabym wypić z chłopakiem wieczorem wino i rano obudzić się bez paniki.
Ot, taki mokry problem, który utrudnia mi funkcjonowanie.
Moja dziewczyna pracuje w miejscu, które działa całodobowo bez względu na wszelkie weekendy, wakacje, czy święta. Na poranną zmianę przychodzi więcej osób, a na popołudnie i noc po jednej.
Makaron mi świadkiem, że jak jeszcze raz usłyszę od jej współpracownicy, że ma pracować w wigilię na drugą zmianę, bo 'pozostałe osoby mają rodziny, to nie ręczę za siebie. Ja rozumiem, że ktoś musi być na dyżurze, że to nie jest dla nas żadne wyrzeczenie, bo i tak nie obchodzimy świąt, ale mówić, że taki jest grafik, a nie inny, bo jestem rzekomo mniej człowiekiem niż mąż tej babki, to gruba przesada.
Nie ma jeszcze połowy stycznia, a ja już nie mam za co żyć.
Wszystko dzięki mojej żonie, która porzuciła swoje postanowienie noworoczne o byciu oszczędną po tym, jak otoczyły ją zewsząd szyldy z napisem „wyprzedaż 70%”.
Łączę się w bólu ze wszystkimi głodującymi co roku w styczniu facetami.
Mam bardzo dobrze ułożone życie - wykształcenie, własny biznes, kochającego męża, zdrowe, szczęśliwe dziecko, dom z ogrodem bez kredytu. Uwielbiam swoją pracę, kocham to co robię i to, jak żyję. Jesteśmy zdrowi i młodzi. Jestem pewna, że wiele osób może o mojej sytuacji tylko pomarzyć.
W wolnych, samotnych chwilach tworzę fałszywe konta na Facebooku, starannie dobieram "znajomych", mam prawdziwe zdjęcia profilowe przerabiane w płatnej aplikacji do majstrowania przy selfie, udostępniam posty, należę do grup. I hejtuję ile wlezie.
Trudno mi powiedzieć, czy jestem tak zakompleksiona, czy tak rozpuszczona i znudzona swoim życiem, ale to mój najlepszy sposób na wyrzucenie z siebie frustracji.
Z prawdziwego konta bym tego nie robiła - jest zbyt idealnie wystylizowane.
Dwa lata temu, będąc w odwiedzinach u babci na oddziale onkologii, poznałem dziewczynę, do której z wyjątkiem mamy nikt nie przychodził. Coraz częściej rozmawialiśmy i wyszło, że znajomi przestali utrzymywać z nią kontakt niedługo gdy dowiedzieli się o chorobie. Babcia niestety po jakimś czasie przegrała walkę, jednak ja wciąż tam przychodziłem, teraz jednak dla tej dziewczyny.
Wspierałem ją, pocieszałem w gorszych chwilach, a ona zaczęła coraz częściej się uśmiechać.
Czas mijał, zbliżyliśmy się do siebie i w końcu zostaliśmy parą.
Stan jej zdrowia uległ znacznej poprawie, a walkę z rakiem wygrała.
Rok czasu byłem przy niej dzień w dzień. Na początku w szpitalu, później, gdy u mnie zamieszkała. Wszystko skończyło się, gdy starzy znajomi się dowiedzieli. Z dnia na dzień zostawiła mnie, mówiąc, że już jej nie jestem potrzebny.
Przez niespełna rok próbowałem się po tym pozbierać.
Niedługo później napisała mi SMS-a, że mnie potrzebuje. Szybki wywiad i informacja, że ma jakiś przerzut. Zignorowałem, a na mnie wylało się wiadro pomyj, że nie mam serca i zostawiam biedną dziewczynę w chorobie.
Serio?
Około pół roku temu poznałem następną dziewczynę. Ogólnie w domu nieciekawa sytuacja z rodzicami, awantury i przemoc. Chciała się jak najszybciej wynieść, jednak miałaby problem nawet z wynajęciem pokoju (studia i praca dorywcza). Odziedziczyłem dom po babci, więc zaproponowałem, że może nieodpłatnie zająć któryś z pokoi.
Mieszkała tak u mnie kilka miesięcy, do wczoraj.
Jej brak, jej rzeczy brak, mojego sprzętu (laptopy, telewizory, złoto po babci itd.) brak, telefon wyłączony.
Oczywiście sprawa zgłoszona na policję.
Wiem dwie rzeczy.
1. Jak mieć pecha, to po całości.
2. Nie warto pomagać.
Moim postanowieniem noworocznym nie jest schudnięcie czy regularne chodzenie na siłownię. Po tym, jak w grudniu mój ojciec dostał zawału i leżał w szpitalu przez prawie miesiąc, postanowiłem zadbać o najważniejsze sprawy. Będę częściej odwiedzać moich rodziców – ostatnio bywałem u nich bardzo rzadko. Moi rodzice wcale nie mieszkają w mieście oddalonym o 700 km, a jedynie na drugim końcu Warszawy. Jednak praca, siłownia, dziewczyna i szereg innych obowiązków/wymówek sprawiało, że widywałem się z rodziną raz na kilka miesięcy.
Obiecałem sobie, że będę przyjeżdżać chociaż raz w tygodniu. Obudziłem się, zanim było za późno. Obudź się i Ty, porozmawiaj ze swoją mamą/swoim tatą!
Wigilia 2019. Moja Babcia pierwszy raz zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie. W wieku 10 lat została z rodziną przetransportowana z dzisiejszej Ukrainy na ziemię zachodnie w bydlęcych wagonach. Lecz nie to wywołało łzy u mnie i reszty rodziny. Przez wiele nocy jej Mama pilnowała z siekierą na ramieniu drzwi i wypatrywała w oknie czy banderowcy nie podążają do ich domu.
Na ochotnika do pilnowania wsi przed nimi zgłosił się młody Polak, któremu przydzielono karabin. Dumnie nosił go na piersi i często strzelał z niego do różnych celów by ludzie widzieli, że dobrze sobie z nim radzi jak na swój wiek. Pewnej nocy do swojego domu zaprosiła go młoda Ukrainka przekonując, że u niej nie musi się obawiać banderowców i może odpocząć gdyż wybierali oni tylko polskie domy. Gdy wszedł, zdołał jedynie po drabinie uciec na poddasze. Lecz było ich zbyt wielu by dał sobie z nimi radę. Nie poniósł szybkiej śmierci. Łamali mu ręce i nogi, a krzyk było słychać w całej wiosce, nacinali skórę a na plecach odcinali jej paski i palili by zapach rozchodził się po okolicy. Rano ciało młodego Polaka zostało porzucone pod domem jego matki. Tylko on jej został, wojna zabrała jej resztę rodziny.
Ostatnie słowa jakie wypowiedziała moja Babcia opowiadając tę historię: jak człowiek człowiekowi mógł coś takiego zrobić??
Mam pewien problem, którym wstydzę się podzielić ze znajomymi, dlatego piszę o tym tutaj – anonimowo.
Otóż, moja dziewczyna ma pewien fetysz: jest uzależniona od… wyciskania pryszczy. I niby wszystko byłoby okej, gdyby ta zajawka kończyła się na jej ciele. Ostatnio Magda zaczęła… wyciskać mi pryszcze. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak źle to brzmi i wiem, że to chore.
Codziennie wieczorem każe mi kłaść się na brzuchu i siada na mnie, po czym wyciska pryszcze z pleców dobre pół godziny. Boli mnie to, jest nieprzyjemnie i czytałem, że historia zna przypadki, kiedy doszło nawet do śmierci człowieka na skutek wyciskania pryszcza (podobno są takie strefy na ciele, na których absolutnie nie można tego robić).
Jestem załamany zaistniałą sytuacją, bo rozmawiałem z moją dziewczyną, ale nic do niej nie dociera. Mówi, że nie może się opanować. Poradźcie mi, proszę, co zrobić, by opanowała to uzależnienie?
Skoro już jesteśmy przy Świętach, mam historię do opowiedzenia o mojej matce i o jednej z najbardziej przykrych sytuacji w moim życiu.
Jak chodziłam do podstawówki, to mieliśmy losowanie na Mikołajki, moja rodzicielka nie chciała kupić nic chłopcu, którego wylosowałam, ale w domu miałam pełno misiów. Ważne tez dla tej historii jest to, że byłam przezywana w szkole przez to, że byłam biedna i moja nazwisko kojarzyło się ze słowem „dziwka”.
Także nieważne kogo bym wylosowała, to nikt by nie wziął prezentu ode mnie. Do rzeczy, moja mama dała mi miśka z Happy Mealu… kiedy ten chłopak zobaczył, że 1) prezent był ode mnie był co najmniej zniesmaczony 2) zobaczył miśka i na oczach wszystkich wstał i wyrzucił go do kosza… łzy i smutek jaki wtedy poczułam były chyba nawet gorsze niż to, że moja mama kiedyś jak była pijana powiedziała, że jestem dzieckiem gwałtu i takich dzieci się nie kocha, po czym spojrzała na mnie i dodała po chwili „ale ja cię kocham”.
Pozdrawiam wszystkich.
Założę się, że znajdzie się tu sporo osób znużonych monotonią swojego związku. To wyznanie kieruję właśnie do Was.
Po trzech latach związku odszedłem od mojej byłej dziewczyny. Nie dlatego, że znalazłem sobie inną. Również nie dlatego, że przestałem kochać Werę. Powód był całkowicie durny – zacząłem się nudzić. Idiotyzm, ale taka jest prawda.
Mieszkaliśmy ze sobą od ponad roku i codzienna rutyna zaczęła mnie męczyć. Dawały mi w kość obowiązki, które moja dziewczyna mi narzuciła. Nudziły mnie wspólne obiady, spokojne wieczory i rozmowy o tym, co trzeba kupić na zakupach. Chciałem odmiany, rozrywki, jakiejś adrenaliny. Myślałem, że jak będę sam, to będzie mi wygodniej, że nie będę musiał już słuchać gadania o zepsutej pralce, a zamiast tego zdobędę lepsze życie jako singiel – będę imprezować, ciekawie spędzać czas, podróżować. Nie mam pojęcia co miałem wtedy w głowie, przysięgam. I pukam się w czoło po dziś dzień.
Prawda jest taka, że „ciekawie” było może przez tydzień.
Tak, zrobiłem jedną imprezę. Imprezę, która skończyła się tym, że miałem zarzygane mieszkanie przez obce laski, których w najmniejszym stopniu nie chciałem zatrzymywać w domu. Użerałem się z nimi, by się ich pozbyć. I żałowałem, że w ogóle zaprosiłem jakieś obce dziewuchy. Pomyślałem, że po stokroć wolałbym spędzić zwykłą, spokojną noc z Weroniką.
Tak, miałem nowe mieszkanie, której jakoś urządziłem. „Jakoś” bo przecież nie mam takiego poczucia estetyki jak Wera. To ona dbała o nasze mieszkanie, wciąż je aranżowała, to dzięki temu nasz dom miał duszę. A ja skończyłem w pustej kawalerce, samotny jak palec. Przypominałem sobie jak jeździliśmy wspólnie do durnej Ikei - i choć było to spędzanie czasu w mało wyszukany sposób, to kiedy wracaliśmy z nowymi roślinami do wspólnej sypialni, w której się następnie kochaliśmy, byłem najszczęśliwszy na świecie.
Tak, pojechałem na jeden weekend za miasto. I tylko jeden, bo zwyczajnie nie miałem z kim podróżować. Szybko okazało się, że większość kumpli nie jest dyspozycyjna tak, jak mi się wydawało. Nikt nie będzie jeździł ze mną co miesiąc do domku w górach – każdy ma swoje życie, dziewczynę, rodzinę. Uświadomiłem sobie, że wiele bym dał, żeby Wera pojechała ze mną.
Dodaj anonimowe wyznanie