Stało się to dość dawno temu, ale w dalszym ciągu nie umiem tego w żaden sposób wyjaśnić.
Byłam zakochana w pewnym chłopaku. Lubił poruszać chore tematy. Mówił dużo o wychodzenia z ciała, tajemnych księgach, nawet o satanizmie. Rysował sobie pentagramy/gwiazdy dawidowe na nadgarstkach I przypisywał temu szczególne znaczenie. Pamiętam, jak kiedyś zauważyłam taką gwiazdę z jakimiś dziwnymi słowami i znakami na jego nadgarstku, powiedział, że to czar i że będę go kochać już zawsze dzięki temu.
Ale to tylko takie wprowadzenie...
To co nie daje mi spokoju, to że gdy brałam kiedyś kąpiel, to podczas niej w pewnym momencie poczułam niewyobrażalną, ogromną, straszną nienawiść do swojego ciała. Czułam się jak najgorsze paskudztwo na ziemi. Wraz z tym przytłaczającym uczuciem zobaczyłam w miejscu moich ud jego uda, widziałam jego ciało. Ten widok mnie przeraził do tego stopnia, że wpadłam w panikę i wyszłam z wanny, żeby zobaczyć odbicie w lustrze. W lustrze na szczęście było moje odbicie i powoli zszedł ze mnie ten ciężar, uspokoiłam się. Nie to jest jednak najgorsze... Przeraziłam się, gdy zaświecił się mój telefon. Tam wiadomość od niego: "Przepraszam, przesadziłem, nie powinienem tego robić. Chciałem tylko, żebyś przez chwilę poczuła to co ja". Po przeczytaniu tego zamarłam.
Ta sytuacja miała na mnie koszmarny wpływ. Nie mogłam od tamtej pory spać, jeść, trzeźwo myśleć. Byłam załamana nerwowo. Do dziś nie umiem pojąć tej sytuacji, zrozumieć jej... Zracjonalizować.
Dzisiaj o adopcji kota ze schroniska słów kilka.
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu. Rodzice zdecydowali się na przygarnięcie zwierzęcia - kota. Przejrzeliśmy stronę lokalnego schroniska, zobaczyliśmy tam znajdę, którą moglibyśmy się zaopiekować. Pojechaliśmy do schroniska i tu zdarzyło się coś, co spowodowało, że zupełnie przestały mnie dziwić "przepełnione biednymi zwierzętami, których nikt nie chce" schroniska.
Pani, z którą rozmawialiśmy ewidentnie była studentką. Zaraz po przekroczeniu progu pomieszczenia zaczęła nas moralizować. Okazuje się, że kota nie dostaniemy. A dlaczego?
1. Mieszkamy na pierwszym piętrze w bloku - gdyby był to parter, wówczas może byśmy kota dostali, ale na pierwszym piętrze to nie, bo na pewno wypadnie przez okno, które otwiera się u nas tylko uchylnie.
2. Nie mamy i nie chcemy mieć siatki, którą mielibyśmy otoczyć cały balkon - nasz balkon jest bardzo duży, a otoczenie go siatką jest po prostu niemożliwe, ze względu na to jak jest zaprojektowany.
3. Nie mamy odpowiedniego doświadczenia - u nas w domu były tylko trzy koty, ale mniej więcej 10 lat wcześniej, więc brak nam obycia w stosunku do tych zwierząt.
4. Karma. Moi rodzice nigdy nie byli zwolennikami gotowych puszek, kupowali mięso, gotowali je z i podawali zwierzętom z różnymi dodatkami. Pani uważała, że jeśli deklarujemy się, że nie będziemy kupować karm znanych marek, to na pewno będziemy karmić zwierzęta najtańszą karmą, bo kto to widział żeby specjalnie dla zwierząt kupować mięso.
Ręce nam opadły, ze schroniska wyszliśmy bez kota, kilka tygodni później wzięliśmy psa z certyfikowanej hodowli. Mimo szczerej chęci, nie mogliśmy adoptować zwierzęcia.
Zacznijmy od tego, że nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół. Przeprowadzając się do innej miejscowości nie miałam problemów typu: bardzo tęsknię za moimi przyjaciółmi/rodziną. Znalazłam sobie pracę kilkadziesiąt km od mojego miejsca zamieszkania i musiałam jeździć pociągiem. Oczywiście SAMA.
Pewnego dnia na peronie zaczepił mnie starszy facet ok. 40 lat, powiedział do mnie "Jak kocha to napisze". Odpowiedziałam mu, żeby się odczepił. Następnego dnia to samo, ale odpowiedziałam, że wcale z nikim nie piszę. Podszedł do mnie i zapytał się gdzie mieszkam, bo widzi gdzie wysiadam. Nie sprawiał wrażenia jakiegoś buraka, nie był pijany, więc odpowiedziałam mu.
Codziennie wracaliśmy tym samym pociągiem, więc zaczęliśmy rozmawiać.
I tak do dzisiaj jest moim najlepszym kumplem, mimo, że zaczepia inne kobiety waląc żałosnym podrywem i robi siarę na cały pociąg. Mimo to uważam go za szczerego człowieka i co najważniejsze mam komu się wyżalić.
Ps. Mam 20 lat.
Cierpię na chorobę... chociaż to w zasadzie nie choroba, tylko objaw. Mniejsza z tym. Jestem posiadaczką nietrzymania moczu. Po prostu. Stale noszę podpaskę, która jest zawsze lekko wilgotna i odrobinkę zażółcona, latam do kibla mniej więcej dwa razy częściej niż Wy, od czasu do czasu zamoczę bieliznę. I tyle. Wg statystyk, które wygrzebałam na relatywnie rzetelnej stronie internetowej, podobny problem dotyczy nawet do 10% społeczeństwa. Zwykle jest to wynik jakiejś choroby albo komplikacji przy ciąży, porodzie czy czymś takim. No super. Więc co w tym anoniomowego? Przecież Anonimowe liczy n tysięcy użytkowników, razy 10, czy nawet 5% to nadal mnóstwo ludzi! No właśnie...
Czy kiedykolwiek słyszeliście historię kogoś z NTM? Tak szczerze. Było tu kiedyś coś podobnego? Ile razy? I ile to jest na te 5-10% x n tysięcy użytkowników? Słyszeliście o grupie wsparcia albo forum dla takich kalek jak my? Jeśli tak to chętnie przejrzę.
Cierpię na NTM od urodzenia, co chyba stanowi niewielką część przypadków.
Zwyczajnie nigdy nie wyrosłam z pieluch. Z czasem tylko zmieniałam je na coraz mniejsze podpaski, obecnie noszę już te normalne, nie z apteki. Jako mała dziewczynka miałam mnóstwo badań diagnostycznych. Nie opowiem, bo nie pamiętam a chciałabym. Nikt mi nigdy nie tłumaczył co się ze mną dzieje, nie odpowiadał na pytania, nie pytał jak się czuję. Zawsze byłam z tym sama. Gdy podrosłam na tyle, że podpaski stały się wyłącznie moim problemem, jestem z tym dosłownie - sama.
Skończyły się badania i pogadanki z różnymi prof. dr hab. n. med.
Moi rodzice to wyparli. Nie akceptują faktu, że jestem "niepełnosprawna". Nawet nie mogę się doprosić wyników badań. Ani nowych badań, bo nikt nie przebada nieletniej bez rodzica. Wiem, bo próbowałam. Moi znajomi o niczym nie wiedzą. Tak jakoś od kiedy tylko pamiętam, miałam odczucie, że to niewyobrażalny sekret. Nie potrafiłabym się tym pochwalić na żywo. Mojemu chłopakowi powiedziałam za trzecim podejściem, pisemnie i rycząc tak, że przez łzy ledwie widziałam klawiaturę. On mnie akceptuje, mimo że jakiejś części mnie nadal trudno w o uwierzyć.
W ogóle często ryczę, nie tylko nad klawiaturą. Częściej w poduszkę. Albo w ręce. To naprawdę irytujące, gdy musisz wstawać 4 razy w nocy albo poświęcić pół przerwy na rozkminę: "czy ta podpaska wytrzyma WF, czy lepiej zmienić już teraz". Jeszcze bardziej dobijające są te myśli, które od czasu do czasu przypominają ci jak to zlałaś się na wycieczce w gimnazjum, jeśli bardzo chcecie mogę opisać kilka szczególnie wyraźnych wspomnieć tego typu. A już w ogóle najfajniejsza jest świadomość, że jesteś gorsza, stanowisz tylko pomyłkę ewolucji, a w ogóle to weź się nie rozmnażaj, bo to prawie na pewno genetyczne.
NTM to nie choroba. To samotność, wstyd i strach. I tak, koniec jest zbyt pompatyczny jak na wyznanie o szczynach.
Wszyscy miewamy tak, że kiedy chcemy się odprężyć i przestać myśleć - wtedy z najszybszą prędkością przed nasze oczy wracają irytujące sytuacje. Sądzę, że ostatnio całkowicie niechcący przyprawiłam pewną dziewczynę o wiele nieprzespanych nocy, właśnie z tego powodu.
Wracałam z koleżankami do domu, w Warszawie wsiadłyśmy w pociąg Kolei Mazowieckich na Śródmieściu. Zachciało mi się siku, to poszłam szybko skorzystać z toalety. Zobaczyłam, że na miejscach z widokiem na kabinę siedzi sznur chłopaków, ale okazało się, że nie czekają oni w kolejce. OK, wchodzę. Jak jeździcie KM-kami, to wiecie, że zamki w tych toaletach są automatyczne, jest zielone, to naciskasz i same otwierają się na szeroko. Tak zrobiłam. Tylko że przede mną ukazała się dziewczyna siedząca na tronie z opuszczonymi spodniami. Przede mną i przed ekipą Sebiksów. Im więcej razy naciskałam ten przycisk, żeby drzwi z powrotem się zamknęły, tym dłużej pozostawały one do połowy otwarte. Po kilku minutach stania w osłupieniu drzwi jednak się zamknęły, odwróciłam się, a tam wszyscy czerwoni ze śmiechu. Sama dopiero później ogarnęłam, co się wydarzyło. Podejrzewam, że sytuacja rozbawiła wszystkich, oprócz typiary w środku.
Mi również było głupio, bo poniekąd wszystko przeze mnie, ale jak nie ja, zrobiłby to ktoś inny.
Mimo wszystko, jeżeli to czytasz - przepraszam, a Wy anonimowi pamiętajcie o blokowaniu się od wewnątrz. Nie bójcie się, odblokujecie i wyjdziecie stamtąd bez problemu. Tamta dziewczyna pewnie wyszła dopiero na stacji docelowej :D
Na początek trochę szczegółów, które mają coś wspólnego z historią:
1) Od zawsze byłam drobna i szczupła.
2) Cierpię na nerwicę lękowa, kilka lat temu brałam leki, po których po prostu przytyłam (nie jakoś drastycznie, ale nie ćwiczyłam jednocześnie, więc zmiana była widoczna, ale wtedy nie zwracałam na to uwagi).
3) Od kilku lat mieszkam też za granicą, więc mój kontakt z rodziną jest siłą rzeczy mniejszy.
Jakiś rok temu zdałam sobie sprawę, że w moich oczach jestem dla siebie za gruba. Po prostu nie podobało mi się jak wyglądam, tym bardziej, że kiedyś byłam naprawdę drobna. Zaczęłam więc ćwiczyć, przeszłam na małą dietę (nic radykalnego, ograniczyłam np. chleb itd.). Udało się i doszłam do wymarzonej sylwetki.
Ale oczywiście rodzina ma z tym problem, bo "wyglądam jak z Auschwitz". Całe święta słuchałam tego jak chuda jestem, że nic nie jem, że pewnie się głodzę i oszczędzam na jedzeniu. I tak jest za każdym razem jak przyjeżdżam - pierwsze co słyszę jak mnie widzą to "Boże, jakaś Ty chuda!". Żadne "jak miło Cię widzieć" czy "tęskniliśmy". To już się robi męczące, bo nie jestem skrajnie wychudzona, po prostu szczupła, a do tego niska. Próbowałam nawet im mówić, że nikogo grubasem nie wypada nazwać, więc chudzielcem też nie. To oni dalej swoje. Tym bardziej nie rozumiem tego wszystkiego, bo moja siostra dosyć wyraźnie przytyła po ślubie i jakoś jej nikt nic nie wytyka tylko mi!
Gdzie tu logika?
Toksyczni rodzice.
Matka mojego chłopaka jest idealną osobą do obsmarowania na anonimowych.
Ciekawe czy też znacie podobne osoby.
Punkt 1 - oczywiście kasa.
Matka jest chora na pieniądze. Namówiła swoją matkę, żeby sprzedała mieszkanie i zamieszkała z nimi w domu. Po dwóch latach babcia musiała uciekać z tego domu, bo chciała płacić córce mniejsze raty za tynkowanie domu. Matce mojego chłopaka oczywiście to się nie spodobało i dochodziło do rękoczynów. Dorosła kobieta (55 lat, niepijąca) bije swoją starą matkę. Może w ramach zemsty, bo podobno jej matka była dla niej taka sama. Tzn. dbała tylko o siebie i tylko sobie kupowała ubrania, a córce nic. Ten sam schemat dotyczył później mojego chłopaka - matka miała wszystko, a chłopaka ubierała w lumpeksie (nie było to podyktowane biedą, tylko oszczędnością na potrzebach dziecka, aby więcej mieć dla siebie).
Punkt 2 - zazdrość.
Czy spotkaliście się osobiście z tym, żeby matka była zazdrosna o swoje dziecko? Ale w sensie - foch, bo syn kupił sobie nowy telefon lub pojechał na wakacje. Raz postanowiła sprezentować synowi nowy narożnik, bo na aktualnym nie da się już spać. Wow, super. Tylko, że jak zaczęła przeglądać aukcje to kupiła sobie - "bo muszę zmienić wygląd salonu". A obiecywania był co najmniej miesiąc.
Punkt 3 - wyrocznia.
Matka uważa, że jest najmądrzejsza na świecie. W swoim mniemaniu wszystko robi najlepiej. Np. mówi do mojego chłopaka "podaj mi sos kiri". Chodzi Ci o carry? "Ja się uczyłam w szkole francuskiego i wiem lepiej jak się wymawia". No i za nic nie da się przetłumaczyć.
Punkt 4 - ofiara.
Wiecznie robi z siebie męczennicę. Jak ugotuje raz w roku obiad dla mojego chłopaka - to nie dość, że to zwykle zrobiona na szybko zupa na kostce rosołowej i przecierze to przez resztę dnia musi się nasłuchać jaka jest wykończona. Rozumiem, gdyby mój chłopak mieszkał na stałe z rodzicami, ale on przyjeżdża raz lub dwa razy w roku - ale to chyba też za często. Jak jadę z nim do teściów to przejmuję kwestię gotowania, ale to wtedy za dużo ciepłej wody idzie, światło się za długo pali itp. Zawsze coś.
Wiem, że to zawsze będzie matka - ale szczerze mówiąc przeraża mnie myśl, że na starość będę musiała się nią opiekować. Chociaż gdy ona była jeszcze młoda, a jej mąż opiekował się swoją matką, to prawie złożyła papiery rozwodowe.
Zaraz po ukończeniu 18 lat zamieszkałam sama. Mama widząc, że czasem brakuje mi pieniędzy dawała mi jakieś jedzenie, a bo akurat za dużo jej się ugotowało. Kupowała mi jakieś kosmetyki, ubrania, bo akurat trafiła się super promocja. Nigdy jej nie prosiłam o pomoc finansową.
Po kilku latach założyłam własną rodzinę. Mam męża, dziecko. Nasza sytuacja finansowa nie jest jakaś super dobra, ale na życie starczy i nie musimy się martwic czy damy radę do wypłaty.
Kilka miesięcy temu zaczęłam mieć problemy ze snem, często budziłam się zlana potem, śniły mi się koszmary ciągle chodziłam nie wyspana. Do tego doszło ciągłe rozdrażnienie, problemy z jedzeniem. Albo nie jadłam nic, albo pochłaniałam wszystko co mi wpadło w ręce.
Uznałam, że czas pójść do psychologa. Może to wydarzenia z przeszłości dają o sobie znać (samobójstwo taty, brak akceptacji ze strony rówieśników, kompleksy na punkcie własnego wyglądu). Nie chciałam obciążać domowego budżetu, więc znalazłam takiego, który przyjmuje na NFZ. Niestety mówiąc krótko olał mnie. Znalazłam innego, również na NFZ. Usłyszałam od niego, że nie mam co robić i chcę zwrócić na siebie uwagę.
Pomyślałam, że jak pójdę na wizytę prywatną, to może ktoś potraktuje mnie poważnie. Niestety nie było nas na to stać. Zwróciłam się o pomoc do mamy, która mi odmówiła twierdząc, że i tak za dużo kasy od niej wyciągnęłam od kiedy się wyprowadziłam i coś sobie ubzdurałam o problemach z przeszłości. Zabolało mnie to, bo nigdy o nic nie prosiłam.
Po rozmowie z mężem wzięliśmy małą pożyczkę przez internet abym mogła zapłacić za wizyty prywatne . Zostały nam już tylko 2 raty z 8 do spłacenia. Pokonałam "demony przeszłości" i odzyskałam spokój ducha.
Czuję tylko smutek z reakcji mamy, oraz wściekłość, że zabierane są mi moje pieniądze na składki zdrowotne, a jak przyjdzie co do czego, to nie mogę liczyć na pomoc.
Z perspektywy osoby, która od zawsze miała łatkę „bananowego dziecka”.
Od zawsze w moim życiu było mnóstwo miłości, szczęścia i wspaniałych chwil. Można powiedzieć, że po prostu wygrałam na loterii. Mam małą, ale cudowną rodzinę. Tata od zawsze miał pomysł na siebie, wiec zakładając firmę już w wieku 21 lat miał bardzo dużo pieniędzy i jeździł najnowszymi samochodami, a wtedy w ogóle mało ich było na drogach. Poderwał moja mamę, która nie miała w ogóle świadomości ile on tak naprawdę zarabia i wyszła za niego za mąż.
Parę lat później urodziłam się ja i mój brat. Byliśmy wychowywani w ogromnej miłości, nikomu w życiu nie zawdzięczam tyle ile swoim rodzicom. Jednak oczywiście z racji posiadanych pieniędzy, mieliśmy piękny dom, drogie samochody, markowe ubrania, wyjazd na różne kontynenty. Jednak jakoś nigdy nie myślałam, że jestem od kogokolwiek lepsza. Rodzice zawsze mu powtarzali, że ważne nie to co masz, a to jakim jesteś człowiekiem. Nie przywiązywałam nawet wagi do tego jak ktoś ma w życiu, spotykałam się z ludźmi bogatszymi, jak i tymi, którzy w domu cierpieli z powodu alkoholizmu rodziców lub innych patologii. Zawsze starałam się pomóc. Kolegi rodzice zostali wyrzuceni z domu? Załatwię transport jego mebli do firmy mojego taty i mogą tam być, dopóki nie znajdą nowego! Kolega miał wypadek, koniec końców uderzył w barierki. Jak wysłał zdjęcie, sama poprosiłam pracownika taty o podjechanie lawetą. W podstawówce były biedne dzieci, których nie stać na wigilię w klasie? Mama podrzuca do szkoły małe paczki dla biedniejszych dzieci z mojej klasy, o których jej powiedziałam. Poprosiła o pełną anonimowość. Tata zawsze anonimowo wspierał różne działalności charytatywne.
Nie zrozumcie mnie źle. Ja nigdy nie chciałam się niczym chwalić, a zapraszałam do domu tylko osoby, które lepiej poznałam. Nie opowiadałam biedniejszym znajomym o pobycie w Australii, nie śmiałam się z koleżanki, kiedy przyjechała mocno starszym autem. Takie normalne zachowania, nie? Przecież wy też tak nie robicie. Tylko ja od zawsze miałam łatkę banana. Oczywiście, miałam znajomych, ale cała szkoła plotkowała. Bo jakaś Pani Kowalska zna moja mamę i Agatka z podstawówki nie pójdzie do takich snobów.
Mój znajomy (nazwijmy go Dawid) jest prawdopodobnie najbardziej irytującą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Dosłownie bez przerwy marudzi, nic mu się nie podoba, wszystko go denerwuje i wspomina minimum raz na kilka godzin, że chciałby się zabić. Nigdy nie pracował i nie zamierza pracować, nie ma zainteresowań poza oglądaniem seriali; nie uznaje innych sposobów spędzania czasu niż picie lub siedzenie przed tv/komputerem, nie dba o siebie i nie jest zbyt urodziwy.
Dlaczego o tym wszystkim wspominam?
Kilka tygodni temu jak zawsze rozmawialiśmy o tym, jak minął nam zeszły tydzień. Oczywiście moja szalona opowieść to krótki opis trzygodzinnego wyjścia na piwo z jednym kolegą, podczas gdy Dawid rozwodzi się na temat wielu historii z jego ponad dwudziestoosobową grupą znajomych. Może się to wydawać dziwne, ale mój znajomy jest UWIELBIANY. I nie, nie przesadzam - Dawida dosłownie błagają o spotkania, oferując mu w zamian darmowy alkohol lub notatki z przedmiotu. Człowiek ten ma wielkie grono znajomych w różnym wieku z bardzo różnych środowisk, wszyscy do niego regularnie piszą i pytają o wyjścia.
Opowiadał mi właśnie o tym, jak po grupowym wyjściu do kina poszedł na imprezę, na której... znajomi wręczyli mu konsolę do gier. Po prostu, idą święta, więc specjalnie dla niego znaleźli dobrą ofertę, złożyli się i zafundowali PS4, po które ktoś musiał specjalnie jechać poza miasto. Przeprosiłem go na chwilę i "za potrzebą" wyszedłem z pokoju.
Pierwszy raz od dzieciństwa się po prostu popłakałem. Nigdy w życiu nie udało mi się być w większej grupie znajomych (maksymalnie kilka osób). Zawsze musiałem się dwoić i troić, żeby dochodziło do jakichkolwiek spotkań. Nikt dupy by nie ruszył, żeby chociaż poszukać dla mnie symbolicznego prezentu z okazji urodzin. Nikt nie uważał znajomości ze mną za jakkolwiek wiążącą. Nikt nie przejmował się, że nie ma mnie na danym wyjściu. A ten człowiek, bez jakichkolwiek zainteresowań czy chociażby podstawowej empatii, ma najbardziej lojalnych przyjaciół, o jakich kiedykolwiek słyszałem. I cały czas zdobywa nowych, podczas gdy ja od lat co najwyżej tracę jednego po drugim, moje i tak bardzo skromne grono się ciągle zmniejsza.
Możecie uznać to za żalenie się nad sobą, ale ja poczułem się po prostu zdruzgotany. Nigdy w życiu nie czułem takiego dogłębnego przejmującego smutku, który odbiera jakąkolwiek chęć do czegokolwiek. Kiedy starasz się jak możesz, czasem nawet zmieniasz dla innych, dbasz o wygląd, a wygrywa z tobą marudny egoista, który się nie goli od pół roku.
Uprzedzając pytania, jego opowieści są prawdziwe - widziałem i słyszałem niektóre z jego rozmów grupowych.
Dodaj anonimowe wyznanie