#kUnGU

W 2016 roku w lipcu przyszło mi pracować w Gdańsku, gdyż moja firma akurat nie miała pracy na terenie Gdyni, więc dojazdy i długa droga pieszo do roboty. Tego dnia od rana miałem małe problemy żołądkowe, ale twardo się trzymałem i po wyjściu z SKM-ki pewnym krokiem szedłem w kierunku pracy. Nagle bulgotanie z jelitach i znów panika, kręci mnie coraz bardziej i już wiem, że nie dojdę tak łatwo. Dookoła ni jednego krzaczka, murku, śmietnika, zupełnie nic, tylko masa ludzi przede mną i za mną. Zwieracze nie wytrzymały i poleciało, gacie pełne... W pobliżu widzę mały murek, szybko spodnie w dół, gacie rozrywam, zostawiam i szybkim krokiem do szatni. Jestem sam, uff. Szybki prysznic i wracam do Gdyni SKM-ką w jebiących spodniach, z dala od ludzi. Dotarłem. Jeszcze autobus - tu już gorzej, ale szybko docieram do domu.

Teraz brzmi to śmiesznie, ale po tym zderzeniu przez prawie rok miałem częste biegunki, bałem się jeść na mieście z obawy o przeczyszczenie, zjadał mnie stres i panika przed tym, że może mi się to znów przytrafić. Alienowałem się, odmawiałem znajomym spotkań, czasem nawet bałem się wyjść śmieci wyrzucić.

Już jest dobrze. Czuję się pewnie od długiego czasu, ale całą sytuację wciąż wspominam niefajnie dla mnie, ponieważ długo dochodziłem do siebie, bo to była dla mnie dobitka do depresji, z którą zmagałem się parę lat przed tym gównianym dniem.

#yuaNj

Kiedyś pracowałam w restauracji jako kelnerka. Kto z gastro ten wie, że czasem jedzenie wraca wręcz nietknięte i wtedy biedni kelnerzy dojadają (ale tylko wtedy, gdy jedzenie rzeczywiście było w stanie nienaruszonym). Ja tego nie praktykowałam, brzydziło mnie to, ale miałam koleżankę, która bez problemów pochłaniała "resztki". Nie byłoby tego wyznania gdyby nie to, że raz przyłapałam ją na wyjadaniu na zmywaku.

Ze zlewu.

#5Q0tI

Dowiedziałam się ostatnio parę ciekawych rzeczy o mnie. Poczynając od tego, że powinnam wymienić olej w główie, że zachowuję się nieodpowiedzialne i głupio, że niszczę rodzinę, a kończąc na tym, że mój mężczyzna ma na mnie zły wpływ i jest skończonym idiotą. To była odpowiedź na to, że nie będzie mnie na Wigilię w domu, ponieważ zostałam zaproszona do rodziny "idioty".



Odwracając sytuację, żebyśmy to my przyjechali do mojego domu, słyszałam, że "jego tu nie chcą, to nikt ważny, święta spędza się z rodziną". Nawet nie wiedzą, jak bardzo się mylą. Noszę pod sercem ich wnuka, a ojcem jest mój partner. Chcieliśmy ich o tym poinformować właśnie w święta. Ot, taka tam historia rodziny, która uważa się za katolicką: wszystko naokoło złe, tylko my najlepsi.


Zawsze tak było, że im nie pasowałam. Coraz mniej mieli czasu na wspólne zajęcia np. głupie gry planszowe, rower czy spacer. Lepiej było siedzieć przed TV lub komputerem, bo "ciągle jest coś do zrobienia, a są zmęczeni". Nie wspomnę już o przyjeździe do mnie na studia w weekend, przecież po co, skoro ja mogę przyjechać? A gdy tego nie robię, to obraza na mnie, bo "zapomniałam, gdzie jest mój dom". Wieczne pretensje i żale wylewane na mnie, gdy tylko powinie mi się z czymś noga: zero wsparcia, bo przecież, byłam taka głupia, a co pomyślą sąsiedzi! Im mocniej wychodzę z tego, tym bardziej histeryzują. Nie chcę mieć z nimi kontaktu, bo ZAWSZE kończy się to spaleniem wybudowanego mostu z ich strony, bo wiadomo, tylko moja rodzina jest święta a ja wszystko niszczę. Choć mimo wszystko brakuje mi ich. Dawno nie byłam w domu, działamy coś z ukochanym, by dziecko miało jak najlepiej z nami. A i tak czasem się zawieszę i zamknę w sobie na parę chwil, by choć trochę powspominać dni, w których było dobrze i marzyć o tym, że w końcu się wszystko ułoży i zobaczą we mnie coś więcej niż tylko "błąd wychowawczy".

#lxEPj

Chciałabym zrezygnować ze studiów, idą mi tylko coraz gorzej, a i tak nie jestem przekonana co do kierunku.



Chcę znaleźć pracę, nie jakąś ambitną, ale wystarczającą na czynsz i jedzenie i spokojnie wziąć się za siebie. Tylko popatrzmy co się stanie jeśli rzucę studia: nie będzie mi i mojemu rodzeństwu przysługiwać darmowa karta miejska (kolejne wydatki dla rodzicielki), jeśli zacznę (legalnie) zarabiać przekroczę określony limit i ja i dwójka rodzeństwa nie będzie dostawać finansowej pomocy z funduszu alimentacyjnego - brak kasy na utrzymanie młodego brata, siostra może jako tako sobie poradzi. Plus wielkie wyrzuty matki, że rzuciłam studia, co ja robię ze swoim życiem i czy myślę, że ona sama jest w stanie wszystko utrzymać. Z ojcem się rozwodzi, ale on nie płaci zupełnie alimentów, stąd fundusz.



Jednym słowem - co z tego, że chcę się urządzić inaczej, jeśli to zrobię - wszystko się posypie.
Noż k*wa.

#0wzjg

Od paru lat mam wrażenie, że mam coś w głowie. Ciężko mi określić co. Wizualizuje to  coś a'la piłka ping-pongowa. Boję się z tym iść do lekarza, bo zawsze patrzą na mnie jak na hipochondryka, jeśli przyjdę z czymś innym jak przeziębienie.

Od jakiś 3 lat chodzi za mną pomysł aby rzucić się pod samochód, bo w ten sposób musieliby mnie zbadać całkowicie w szpitalu. Ale strach przed tym, że mogłabym temu kierowcy życie zniszczyć i siebie zabić powstrzymuje mnie od wykonania tego planu.

#C7k5W

O tym, jak to chyba teść mnie nie lubi.

Teraz mamy już po świętach, a zaraz nadejdzie Sylwester. Przygotowań jest w tym czasie bardzo dużo, toteż za bardzo się nie leniłam.

Jako, że nie umiem i za bardzo nie lubię gotować, zajęłam się sprzątaniem całego domu. Wymyłam okna, stoły, starłam wszystkie kurze, jakie się zalęgły na meblach i między nimi, dużo czasu spędziłam na polerowaniu luster i innych szklanych rzeczy. Wymyłam kafelki w łazience no i ogólnie, po prostu - sprzątałam. Upiekłam również dwa ciasta i zmywałam naczynia po praktycznie każdym posiłku i po każdej kawie.

Teściowie w tym czasie zajęli się jedzeniem. Teściowa robiła praktycznie wszystko, co było związane z gotowaniem, natomiast teść wytrybował mięso z kości i przygotował sałatkę, w czym ja również uczestniczyłam. Mój partner był chory, toteż ograniczył się tylko do tych czynności, których nikt inny nie mógł albo nie umiał robić - przyprawił porządnie każdą potrawę. Oprócz tego, na dół schodził tylko na posiłki, a potem wracał na górę, by się kurować, co dla mnie jest zrozumiałe. W końcu dobrze widziałam, jak bardzo źle się czuł. Teść również to rozumiał i nawet kazał mu nic nie robić, o ile jego pomoc nie będzie niezbędna.

No i teraz ja zachorowałam. Już jutro Sylwester, a ja smarkam, kicham, kaszlę, non stop jest mi zimno. Mam lekką gorączkę i jestem stałym gościem w łazience - chodzę tam smarkać co jakieś dwadzieścia - trzydzieści minut. Już wczoraj czułam się źle, ale od rana znów sprzątałam, potem pomagałam przy jedzeniu. Jednak dzisiaj czuję się okropnie.

Teściowi to jednak nie przeszkadza. A raczej przeszkadza mu fakt, że ile mogę, to leżę, dlatego też co rusz próbuje mi znaleźć jakieś zajęcie. Przeszkadza mu fakt, że dzisiaj jego żona stoi w garach, zamiast mnie, więc woła mnie, bym zmyła górę naczyń. Później będą robić jedną, jedyną potrawę na Sylwestra i co? Znów próbuje mnie oderwać od łóżka. "Jak ma się nauczyć przyrządzać mięso? Z Internetu? Niech tu posiedzi i popatrzy" - tak powiedział, gdy teściowa powiedziała, że przecież sami to zrobią i ja powinnam się kurować.

To nie tak, że ja tylko brudzę. Naprawdę, staram się ile mogę chociaż po sobie sprzątać w trakcie choroby. Ale to, ile wymaga ode mnie ten człowiek, który najchętniej sam nic by nie robił, dlatego robi minimum, by nikt mu nie zarzucał, że nic nie robi, denerwuje mnie niesamowicie. Już od dawna za nim nie przepadam i z każdym dniem mam go dość coraz bardziej.

#G170h

Zabrałem swoich kuzynów ze wsi do dużego miasta niedaleko miejsca mojego zamieszkania. Pomyślałem: "a niech zobaczą trochę cywilizacji, a nie tylko pola i lasy". Liczyłem, że pokażę miasto jak od najlepszej strony.

Na powitanie w samym centrum miasta jakiś bezdomny usiadł na ławce, wyciągnął przy wszystkich swój sprzęt i oddał mocz pod siebie. A potem tak usnął ze wszystkim na wierzchu...

#YFVRw

Cierpię na bezsenność. I słowo "cierpię" wcale nie jest przesadą. Mam problemy ze snem od początku swojego życia, bo nawet jako dziecko spałam bardzo mało. O tym, że leżenie w łóżku i patrzenie w sufit minimum godzinę nie jest normalne dowiedziałam się dosłownie kilka lat temu, bo przedtem myślałam, że to jest zupełnie normalne i każdy tak ma. No więc w czym tkwi problem? Ano w tym, że moi rodzice po prostu mi nigdy nie wierzyli, że kładąc się spać o 22, żeby następnego dnia wstać rano o 7, zasypiałam około 3 w nocy. Tak, to jest 5 godzin leżenia i patrzenia w sufit, po czym zasypianie po prostu z wyczerpania, a właściwie to nawet omdlenie. Udowodniłam to dopiero śpiąc z mamą i budząc jej co około godzinę.

Moi rodzice pomimo błagania nigdy nie chcieli iść ze mną do lekarza, bo przecież nic mi się aż takiego nie dzieje. Wizytę wywalczyłam codziennym budzeniem ich w nocy. Poszliśmy do lekarza, przepisał badania, a potem leki. Ale co z tego, skoro nie działają, sprawiają tylko, że rano mam duży problem ze wstaniem, a zasnąć i tak nie mogę. Zwiększenie dawki? Rano się nie obudziłam i spałam do 13. Na ten moment pukam w dno od spodu. Bardziej przydałaby mi się pomóc psychiatry, bo panicznie boję się tego, że mam położyć się do łóżka i znowu leżeć godzinami i płakać. Często też mam halucynacje lub też lunatykuję. Przemilczę też koszmary o mocnej tematyce gore, kanibalizmu lub innych obrzydliwych rzeczy, bo się przyzwyczaiłam. Ale najbardziej boli mnie fakt, jak bardzo moi rodzice to olewają. Po prostu to ignorują, tak samo mój szloch w nocy i tłuczenie się po domu. Oni się przyzwyczaili, to i ja mogę. Szkoda tylko, że nie biorę pod uwagę, iż w przypływie nocnej agresji zrobię sobie coś więcej niż wydrapanie skóry, pogryzienie rąk lub coś autodestrukcyjnego. Wiele razy marzyłam, żeby ktoś mnie teraz dobił, to się przynajmniej wyśpię. A że do kogoś oprócz nich też nie mam jak się zwrócić, więc czeka mnie ta wegetacja do czasu pełnoletności lub śmierć z wykończenia.

Jaki morał? Szlag mnie trafia, kiedy słyszę tekst "Jak nie możesz spać? Po prostu się połóż i zamknij oczy, to od razu zaśniesz". Tylko dla mnie jest to tak samo idiotyczne, jak mówienie osobie bez nóg, żeby je sobie wyobraziła i zaczęła w końcu chodzić, a nie ciągle na tym wózku jeździ.

Dziękuję za uwagę, chciałam to po prostu powiedzieć, bo to za duży ciężar dusić to w sobie.

#apPMr

Moja rodzina to całkowici fanatycy. Wigilia z nimi to istny armagedon.

Jeden wujek, sędzia, zadeklarowany kodomita, zwolennik Unii i obrońca konstytucji, drugi wujek to policjant, a wcześniej milicjant - komunista, czerwony bardziej niż Indianin umaczany w keczupie... piewca wyczynów Stalina i PRL-u. Babcia non stop z Biblią i kropidłem zamaczanym w wodzie święconej lata za nimi... Dziadek kupił koszulkę z napisem "Z idiotami nie gadam..." i nie gada, składa z kuzynem i moją siostrą modele samolotów i okrętów. Ciotka z matką dyskutują tylko ze sobą. Ja nic nie mogę powiedzieć. Kuzyn (syn wujka milicjanta) się zaćpał, a kuzynka z Francji przeszła na islam, została terrorystką i wyjechała do ISIS. Tak... Jest ścigana listem gończym. Wujek nr 3, jej ojciec, mieszka we Francji, jego żona, moja ciocia nr 3 jest Francuzką. Przyjeżdżają tylko na święta trzy razy do roku... Więc każdy gada z tą ciocią nr 3 inaczej - babcia i mąż tejże ciotki, a także kuzynka (córka wujka nr 1) po francusku, wujkowie 1 i 2 po rosyjsku, bo ona zna rosyjski, a ja, ojciec i mama i ciocia 2 po angielsku.

Mój ojciec ma hopla na punkcie inżynierii i budowania. Jest architektem. Całą wigilię, całe cholerne życie gada o budynkach. Non stop. Cały nasz dom zawalony setkami tomów o budowaniu i średniowiecznych zamkach... Usiąść nie idzie. "Mój stary to fanatyk architektury...". Nawet w wigilię przytaszczył 4 tomy zdjęć o architekturze, jeden ma prawie 2000 stron.... Oczywiście nikt poza nim na to nie patrzy. Obraził się na dziadka, bo nie chcieli z dzieciakami składać jego budynków. A on miał zamiar robić makietę zamku w Prowansji...

Dziadek zaraził ojca w dzieciństwie pasją do modeli. Tylko że dziadek woli pojazdy, a ojciec ich nie znosi i cały czas robi makiety budynków. Od 2 lat stoi u dziadków w salonie makieta wioski z torami. Bo dziadek z ojcem nie mogą się dogadać w kwestii kolei... Ojciec powiedział, że podpali na makiecie las, jak dziadek zrobi tory kolejowe przez jezioro, bo mu to nie pasuje. Aktualnie na makiecie jest lotnisko dla sklejanych modeli samolotów, a w jeziorze pływa jakiś niszczyciel. Każdy wie wszystko lepiej. Pooglądać nic nie idzie w telewizji, bo każdy chce co innego. Kompromisem jest Kewin i inne świąteczne filmy rodzinne. Włączyć kolędy czy wiadomości to jak odbezpieczyć skrzynkę granatów. Wszyscy by darli mordy na cały regulator...

Ciotka z Francji mówi łamaną polszczyzną "ale pyszni sernik", wujkowie spierają się po rosyjsku, a dziadek siedzi cicho, skleja modele i tylko od czasu do czasu walnie do nich jakieś przekleństwo po rosyjsku. Kuzynka wydziera się po francusku "proszę, proszę, proszę, ja chcę ciastko, tata, daj mi ciastko, wujek, podaj ciastko", wujek jej po rosyjsku, że niet, moja mama jej po angielsku lub po polsku "weź sobie ciasto"...

Oszaleć można.

#oKzQi

Pojawia się tu wiele historii o kobietach, które nie chcą mieć dzieci, bo ich nie lubią, boją się ciąży, nie czują instynktu itp.

Ja zawsze marzyłam o mężu, gromadce dzieci (minimum dwoje). Kiedy zaszłam w ciążę, byłam w siódmym niebie. Nie bałam się porodu i macierzyństwa, cały czas tylko myślałam o tym, żeby maleństwo urodziło się zdrowe.
Do 5 miesiąca ciąża przebiegała bezproblemowo. Na jednej z wizyt panią ginekolog zaniepokoiło, że synek rośnie zbyt wolno. Miałam częstsze wizyty i USG. Na początku 7 miesiąca zostałam skierowana na oddział, na obserwację. Codziennie USG, KTG, badania ginekologiczne. Po każdym badaniu chciałam wiedzieć jakie są wyniki, czy wszystko OK. Zawsze zostałam zbywana przez lekarzy. Po 2 tygodniach nie widząc postępów ani konkretnej diagnozy, podczas obchodu nieśmiało zapytałam się, czy do porodu jeszcze wyjdę ze szpitala.

No i się zaczęło... Ordynator nawyzywał mnie od najgorszych. Bo niby chcę zabić własne dziecko, pielęgniarki również zaczęły mnie gorzej traktować. Nie żałowały sobie ubliżania mi podczas rutynowych czynności. Załamałam się totalnie, codziennie płakałam, bo myślałam, że mojemu dziecku naprawdę coś grozi. Była to moja pierwsza ciąża, więc niewiele rozumiałam z tego "bełkotu lekarskiego".

Poród został u mnie wywołany poprzez cewniki miesiąc wcześniej, synek urodził się malutki. W szpitalu spędziłam ogólnie ponad miesiąc. W tym czasie wielokrotnie byłam straszona, że dziecko może umrzeć albo urodzić się chore. Nawet po urodzeniu położne krytykowały mnie, że źle karmię, źle ubieram i ogólnie wszystko robię źle.

Po wyjściu udałam się na kontrolę ginekologiczną do innego miasta, zabierając ze sobą cała dokumentację medyczną. Lekarz po przejrzeniu wszystkiego uznał, że nie było podstaw do sztucznego wywoływania porodu, jak również do trzymania mnie na oddziale. Założyłam sprawę szpitalowi, którą wygrałam.

Ale po tym wszystkim czuję obrzydzenie do ciąży. Lekarze skutecznie zniechęcili mnie do powtórnego rodzenia.

Cała nadzieja na spełnienie marzeń o dużej rodzinie w adopcji.
Dodaj anonimowe wyznanie