Jest noc. Leżę w nieogrzewanym pokoju i telepie mnie z zimna. W małżeńskiej sypialni cieplutko, mąż przez sen czeka, kiedy dołączę. Problem? Podobno przy zasypianiu chrapię - podobno (ja wierzę), bo ja tego nie słyszę.
Doszło do tego, że nabawiłam się jakiejś nerwicy, no nie umiem z nim spać. Najpierw się stresuję pójściem do sypialni i w ogóle senność idzie precz ze strachu. A jak znajdę się w łóżku, to przy każdej próbie zaśnięcia jestem dźgana w plecy, on gwiżdże, szturcha, na koniec mam stracha zasnąć. Zasypiam teraz (bogu dzięki urlop), kiedy on po 8-9 godzinach snu wstaje, ok. 8.00. Ja śpię w sumie 4-4,5 godziny, a i tak po tym słyszę, że „śpię do południa“.
Jutro czeka nas rozmowa - mam dosyć mojej nerwicy sennej, chcę rozdzielności łóżkowej, chcę się wyspać. Wstyd mi, że tak chrapię...
Odkryłem przyczynę mojego dyskomfortu podczas długich wizyt poza domem (czy to u kolegi, czy u dziewczyny).
Czuję się wtedy chory, mam zatkany nos, który mocno swędzi. Wszystko przez to, że nie mogę wyciągnąć sobie suchych, ogromnych smarków z nosa i ich zjeść. Nadrabiam po przyjściu z czyjegoś domu i od razu czuję się lepiej.
Współlokatorzy - temat rzeka. Mieszkam w dość dużym mieszkaniu z piątką (a raczej szóstką) znajomych. Lokum należy do siostry jednej z koleżanek, która wyjechała do pracy za granicę. To tak słowem wstępu.
Wiktoria, bo tak zwie się owa niewiasta, nie powiedziała siostrze, że wynajmuje pokoje innym osobom, a jej płacić nie musi, więc cała kasa idzie dla niej. Druga sprawa to jej chłopak Karol. Oficjalnie z nami nie mieszka, nie płaci, ale jest u niej praktycznie codziennie, często również zostaje na noc, więc zużywa prąd, wodę etc. I to całkiem spore ilości, bo jego kąpiele trwają dosłownie GODZINAMI. Oczywiście do rachunków nie będzie się dokładał, bo on nie ma, bo on tu nie mieszka, a Wiktorka przyznaje mu rację.
W drugim pokoju mieszka Paweł, bardzo nieśmiały, małomówny chłopak, a przynajmniej tak myśleliśmy, dopóki nie dowiedzieliśmy się, że pod naszą nieobecność sprowadza sobie prostytutki do mieszkania. Nie mam absolutnie nic przeciwko takim paniom, każdy orze jak może, no ale jakoś niekomfortowo czuję się myśląc, że odwiedziła danego dnia już 12 klientów i przyszła do nas roznosić swoje płyny ustrojowe.
Kolejny pokoik to Patrycja i Marek, wydawałoby się spokojna, ułożona para, odnosząca wiele sukcesów na podłożu uczelnianym i zawodowym. Tylko jest jeden mały szkopuł... Lubią używki, i to nie trawkę, tylko porządny towar. I okej, nie moja sprawa, tylko o ile Marek robi to w drobnych ilościach głównie na imprezach, Patka nie przeżyje dnia bez kreski, a że cierpi również na jakąś chorobę psychiczną (bodajże coś z biegunami?), to jej odpały są dość uciążliwe, podejrzewam, że to efekt mieszania narkotyków z lekami na tę chorobę. Krzyczy, biega, skacze, rozbiera się, ma halucynacje, widzi potwory, słyszy swoją nieżyjącą babcię, a czasem nawet urządza sobie z nią pogaduszki. I ten biedny Marek lata za nią na okrągło, ubiera, łapie jak skądś skacze lub spada, zamyka w pokoju. Ale jak ktoś wspomni o jakimś odwyku tudzież leczeniu, to śmieje się i mówi, że przecież na odwyk idą narkomani, a oni nimi nie są (?).
W ostatnim pokoju mieszkam ja z Anią. Ogólnie sympatyczna dziewczyna, ale ma strasznego pierdolca na punkcie czystości, sprzątania itp. Codziennie gdy wraca z zajęć czy pracy odkurzacz idzie w ruch, ściereczki idą w ruch. I gdyby sama po prostu miała takie zboczenie, to okej, ale potwornie wydziera się na resztę, że nieposprzątane. To jej "nieposprzątane" to po prostu oznaki życia w mieszkaniu typu jakieś maleńkie okruszki, talerz w zlewie, kurtka na wieszaku przy drzwiach. Czasem wręcz tarza się po podłodze w poszukiwaniu brudu.
I w tym wszystkim ja. Wydaje mi się, że jestem całkiem wyrozumiała i normalna, więc toleruję dziwactwa innych osób, a sama raczej takowych nie posiadam. Choć marzę czasem o spokoju i normalnych ludziach wokół. Ale grunt, że nie jest nudno, prawda? :)
Pod choinkę kupiłam mojemu narzeczonemu fajną grę na konsolę. Dzień później wpadł do domu z super wiadomością... kupił sobie tę grę na święta.
Sytuacja z Wigilii.
Jak co roku, całą rodziną zasiedliśmy do wigilijnego stołu. Nadszedł czas na skonsumowanie wyczekiwanego i uwielbianego najbardziej przez moją rodzinę barszczu grzybowego. Zaczęliśmy jeść, ale nagle zauważyłam, że w moim barszczu są jakieś białe nitki, powiedziałam o tym familii, w talerzach większości także się one znajdowały. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że to co pływa w naszym barszczu to robaki.
Więcej nie zamierzamy brać grzybów od babci, a tym bardziej robić z nich dań, ale cała sytuacja przysporzyła nam śmiechu, a na seniorkę rodu nie zamierzamy się gniewać :D
W dzieciństwie byłem "przestępcą" doskonałym. Pamiętam dwie główne sytuacje, czyli zakopywanie zniszczonych rzeczy w ogrodzie i wagarowanie.
Jak coś popsułem, to się nie przyznawałem, bo po co? Żeby rodzice marudzili? (zaznaczam, że nie bili mnie, nie krzyczeli, ale jednak reprymenda lub marudzenie było, a czasem szlaban czy brak lodów/ deseru). Więc żeby dostać pyszny podwieczorek czy zgrywać świętego, nigdy nie przyznawałem się do błędów, nadal tak robię.
Raz byłem u dziadków, zrobiłem katapultę z linijki dziadka i bach... złamałem ją, więc schowałem ją za kanapę (nie mogłem jej schować do kieszeni kurtki czy plecaczka, bo tam były moje rzeczy i babcia mogła tam popatrzeć. Cały dzień się bawiłem, przy czym specjalnie mój soczek w butelce stał obok kanapy, nie dopiłem.go od końca, żeby nikt go nie wyrzucił. Jak przyjechali rodzice, to wziąłem plecaczek i mówię, że idę po soczek, bo stoi obok kanapy... Po cichutku wziąłem też do rękawa linijkę. Uważałem przy tym, żeby podczas zapinania mnie pasami rodzice jej nie poczuli czy nie zobaczyli. Jak wróciliśmy do domu, to przebrałem się i zakopałem złamaną linijkę na krańcu ogrodu, na tyle głęboko, by nikt się nie zorientował. Wyciąłem nawet trawę, żeby nie było widać śladów kopania.
Sytuacja druga, jak zbiłem ozdobną porcelanową miskę. Bawię się piłką w domu (a miałem zakaz, jak chyba każde dziecko) i nagle miska zbita. No niech to... odłamki na płytkach w kuchni, będzie źle. Przyczepią się jak nic i będzie kazanie. Więc z racji, że byłem sam w domu, opiekująca się mną babcia, kuzynka i siostra były w ogrodzie, to po cichu wziąłem zmiotkę i wiaderko z piwnicy i wyzbierałem wszystko do czysta. Przejechałem jeszcze ręcznikiem papierowym i skarpetkami, by wyczuć, czy nie ma nic. Zbiegłem z wiaderkiem do piwnicy i rozdrobniłem resztki miski na pył (tłukąc je młotkiem w wiaderku) tak, żeby nikt nie zauważył, że w ogrodzie walają się resztki miski... Po wszystkim wyczyściłem wiaderko i zmiotkę z pyłu i resztek, a pył rozsypałem w kilku miejscach w ogrodzie (kopać nie mogłem, bo wiadomo, były tam trzy osoby i widziałyby, gdybym brał z garażu łopatę).
Jak chciałem iść na wagary, to znaczy zostać cały dzień w domu, wystarczyło, że rano nie poszedłem do szkoły (rodzice i siostra wychodzili wcześniej). Siedziałem więc w domu, zabierając na górę klucze i swoje buty. Pomoc domowa w ciągu dnia przychodziła ok. 11 i gotowała obiad, sprzątała na dole, co zajmowało jej ok. godziny; gdyby mnie zobaczyła, to by rodzicom doniosła, a wtedy wiadomo, afera murowana. Ale mnie formalnie nie było. Kiedy wychodziła, to odstawiałem buty na dół i jak była zima, to robiłem od bramki ślady w śniegu, a jak padał deszcz, to oblewałem buty i kurtkę wodą. Przewidywałem wszystko.
Codziennie rano wychodzę godzinę wcześniej do pracy, bo uwielbiam spotykać mojego sąsiada alkoholika, gdy wychodzi z psem na spacer. Przez tego zawsze pachnącego winem pana po 60. mam dobry humor i siłę na przetrwanie kolejnego dnia.
Choruję na depresję od 6 lat i żaden lek czy terapia mi tak nie pomogła, jak ten dziadek.
Historia #uIKrx natchnęła mnie do napisania moich wspomnień z robieniem dwójeczki.
Gdy miałem jakieś 3-4 latka zamiast korzystać z nocnika lub toalety, mój mały, genialny mózg wpadł na boski pomysł. Brałem ręcznik, kładłem za drzwiami i załatwiałem się na ten recznik, po czym jak gdyby nic szedłem i się bawiłem.
Przestałem tak robić, gdy po którymś razie dostałem od ojca klapsa. Od tamtej chwili robiłem to już tylko w toalecie.
Do tej pory nie wiem jak wpadłem na ten „genialny” pomysł, ale chociaż nie waliłem na podłogę!
Kiedyś ciężko mi się wstawało do szkoły, głównie dlatego, że miałam „sklejone” oczy i ciężko było mi je otworzyć. Tak więc zanim się porządnie rozbudziłam, wszystko robiłam z prawie zamkniętymi oczami.
Poszłam do toalety na poranną jedyneczkę. Szybko mi się „odkleiły”, jak się zorientowałam, że nie podniosłam klapy od sedesu... Niestety było już za późno.
Złapał mnie problem z nadgarstkiem, więc pomyślałem, że gdy uderzę pięścią w ścianę, to wszystko mi się tam nastawi (naoglądałem się ortopedów)...
Teraz mam problem z nadgarstkiem, złamane dwa palce i dziurę w ścianie.
Dodaj anonimowe wyznanie