Nie sądziłam, że tu napiszę. Ale jeśli mogę komukolwiek pomóc, kogoś ochronić, to mam taki obowiązek.
Całe moje dwudziestoparoletnie życie to ciąg wiecznego braku pieniędzy. Nie na zachcianki, wakacje, ale na najważniejsze rzeczy. Pusta lodówka, niepopłacone rachunki. Dziecinne okulary korekcyjne nosiłam do 18 roku życia, bo nie było pieniędzy. Każde pieniądze, które posiadałam, rodzice ode mnie pożyczali. Na wieczne nieoddanie. Ja i moje rodzeństwo musieliśmy radzić sobie sami. Gdyby nie dziadkowie i rodzina, to nie wiem, co by było. Jak to było możliwe, skoro oboje mieli dobre prace i powinniśmy żyć na poziomie? Ano, niezaradność życiowa. Kalectwo życiowe, jak chcecie tak nazwijcie.
Nie wiem, co mamusia z kasą robiła, ale na nic nie było. Do tego wiecznie wychodziły sprawy, w których rodzice nie umieli się odnaleźć.
Teraz zmarła moja matka. Wiecie, co po niej dostaliśmy? Kilkaset tysięcy długów. Nie wiedzieliśmy, ale prawda zaczęła wychodzić. Mimo dobrych zawodów obojga rodziców (przez większą część czasu mieli oboje nawet po 2 roboty) z jakichś powodów moja mama pozaciągała pożyczki. W parabankach. Nikt nie wie, na co te pieniądze szły, bo w domu nigdy ich nie było. Rodzice pożyczali się u znajomych, żeby była kasa na życie.
Muszę więc odrzucić spadek po mamie (czyli dom rodzinny, w którym nadal mieszkamy) i jakoś stanąć na nogi.
Po co to piszę? Jak jesteście niezaradni życiowo, to nie róbcie sobie dzieci. Bo skażecie je na ten sam los. Jednostki wybijają się z biedy, reszta ją powiela. Ja nie mogłam na rodziców liczyć, nie stworzyli mi warunków do rozwoju, dobrego startu. Nie byli w stanie zapewnić mi nawet podstawowych potrzeb. Ani mnie, ani rodzeństwu. Nie piszcie mi, że wszystko ode mnie zależy, jak to często już widziałam na tej stronie.
Studia musiałam zawiesić, żeby zająć się uregulowaniem spraw mamy. Od początku ogarniałam i załatwiałam za kogoś, sobą nie miałam czasu się zająć. Teraz też muszę zająć się młodszym bratem, bo staram się go jakoś chronić i umożliwić mu jakoś normalny start.
Jestem kłamczuchą, ale tylko i wyłącznie po alkoholu. Za każdym razem gdy jestem pijana nie kontroluję tego co mówię, a nawijam jak najęta, natomiast na następny dzień nic nie pamiętam. Mówi się, że słowa pijanego to prawdziwe (ukryte) myśli trzeźwego, ale nie w moim przypadku.
Opowiadam całkowicie zmyślone historie, a o rzeczach których mówię nawet na trzeźwo nie myślałam nigdy. Na jednej z imprez płakałam że kiedyś miałam loki, ale od farbowania włosy mi się wyprostowały oraz ze chłopak mnie zdradził (naprawdę zawsze miałam proste włosy, a chłopak mnie nie zdradził, bo go w ogóle nie miałam). Gdyby znajomi tego nie nagrali to bym nie uwierzyła.
Na ostatniej imprezie powiedziałam podobno jednemu kumplowi, że strasznie podoba mi się Michał. Kolega nie był wtajemniczony, że po alkoholu często gadam bzdury. Powiedział o tym Michałowi i okazało się, że ja jemu też się podobam, ale Michał strasznie bał się odrzucenia. Po rozmowie z kolegą zaprosił mnie na randkę, a ja... odmówiłam, ponieważ uważam go za dobrego kumpla, nic więcej.
Michał się wkurzył na kolegę, że go oszukał i się pobili. Ostatecznie wyjaśniłam sytuację, że kolega nie był winny. Teraz obydwoje są na mnie źli i nie chcą mieć ze mną kontaktu, szczerze się nie dziwię.
PS. Nie, nie mam 13 lat. Tak, wiem, że nie jest normalne tak pić i to patologia. Za każdym razem mam później wielkiego kaca moralnego. Mam problem i wybieram się do specjalisty ;).
Mój chłopak wykorzystuje mnie finansowo.
W każdej możliwej sytuacji w sklepie tak się zakręci, że płacenie zostaje mi, bądź gdy robimy mi zakupy (bo nie mieszkamy razem) dorzuca do koszyka swoje drobne rzeczy, które na paragonie zajmują połowę listy.
Nie przeszkadzałoby mi to, gdybym pracowała na co dzień, ale wszelkie koszta pokrywam pieniędzmi z sumy jaką udało mi się zgromadzić na rozpoczęcie samodzielnego życia, gdy skończę studia. On natomiast pracuje na co dzień...
Do tej pory mój budżet uszczuplił się prawie o połowę, a najgorsze jest to, że on zdaje sobie sprawę, że martwi mnie ta sytuacja co mnie jeszcze bardziej dobija
Mieszkam w Ameryce, to tak słowem wstępu, abyście połapali się w sytuacji.
Na Halloween mój młodszy brat postanowił wybrać się na zbieranie cukierków. Pech chciał, że akurat tamtego wieczoru jako jedyna nie miałam żadnych planów, więc pilnowanie go spadło na mnie.
Przy pierwszym domu młody oczywiście musiał wyrżnąć o wycieraczkę przed drzwiami.
Pani, która mu otwierała, bardzo się zmartwiła i z racji tego, że "jest bardzo dzielny i nie płacze" podarowała mu kilka nadprogramowych cukierków.
Młody był oczarowany.
Przy każdym następnym domu za każdym razem robił to samo i właściwie za każdym razem dostawał jakiegoś dodatkowego słodycza.
Po prostu geniusz zła :D
Poznałem dziewczynę przez internet. Była mądra, zabawna, wygadana i bezpośrednia, a do tego nieco szalona. Mogliśmy gadać o wszystkim, mieliśmy wspólne zainteresowania i podobne poczucie humoru. Naprawdę czułem się z nią jak z najlepszym kumplem, było świetnie.
Na początku się zauroczyłem, ona też się bardzo zaangażowała, ale potem zacząłem dostrzegać jej wady. Mianowicie była dość leniwa, maturę z matmy zdała dopiero za drugim podejściem. Nie raz zdarzało się, że gdy do niej przychodziłem, w mieszkaniu miała bałagan, bo nie chciało jej się posprzątać. Gotować dla samej siebie też jej się nie chciało (dla mnie lubiła gotować), więc zamawiała do domu fast foody, a potem narzekała, że jest gruba. Do tego doszedł fakt, że od lat leczyła się na depresję, choć niełatwo było się tego domyślić po tak promiennej osobie. Jakoś nie umiałem jej pokochać, ale myślałem, że coś się zmieni, gdy będziemy razem dłużej.
Po roku znajomości wyznała mi, że na długo zanim się poznaliśmy została zgwałcona i że było to głównym powodem jej depresji, a także często wywoływało u niej myśli samobójcze. Nie umiałem zrozumieć, dlaczego powiedziała mi o tym tak późno, czemu nie umiała mi zaufać.
Zacząłem się od niej odsuwać, w końcu stwierdziłem, że się w tym wszystkim pogubiłem i nie wiem już, co do niej czuję, więc potrzebuję czasu. Miałem straszne wyrzuty sumienia, więc powiedziałem, że możemy zostać przyjaciółmi, mimo że raczej żadne z nas w to nie wierzyło.
Niestety jej mama poważnie zachorowała i musiałem ją wspierać. Byłbym strasznym dupkiem, gdybym zostawił ją z tym samą. Wychodziliśmy na kawę, spacery, starałem się często być przy niej i poprawiać jej humor. Najpierw płakała mi w rękaw, potem dziękowała, że mogła na mnie liczyć, a po paru miesiącach zdałem sobie sprawę z tego, że naprawdę zostaliśmy tymi cholernymi przyjaciółmi, tylko z jej inicjatywy. To była naprawdę fajna relacja, spotykaliśmy się nadal, gdy jej mama już wyzdrowiała.
W pewnym momencie zrozumiałem, że w końcu poczułem do niej coś więcej, chciałem tworzyć z nią związek. Jednak zanim zebrałem się w sobie, by to powiedzieć, ona zaczęła spotykać się z kimś innym.
Myślałem, że to przejściowe, więc czekałem z wyznaniem uczuć aż się rozstaną. Ale między nimi robiło się coraz poważniej, on ją uwielbiał, doceniał jak nikt. Wiem, bo opowiadała mi wszystko jak najlepszej przyjaciółce. Taką rolę dla niej pełniłem.
Nie rozstali się. Piszę to wyznanie, siedząc na ich weselu, udając, że świetnie się bawię i myśląc, jak wszystko spieprzyłem.
Wyglądała prześlicznie w sukni ślubnej.
A ja jestem idiotą.
Od dłuższego czasu mój chłopak dziwnie się zachowywał, jednak tłumaczyłam sobie to stresującą pracą itp. Jednak wczoraj dostałam od koleżanki wiadomość, że napisał do niej na jakimś portalu randkowym...
Jak się okazało, ten "stres w pracy" ma co najmniej cztery imiona... W SMS-ach każda panienka obsypywana była słodkimi wiadomościami, gdzie dla mnie nie miał totalnie czasu - jak tłumaczył: "ze względu na pracę"... Gdy dziś wrócił, wygarnęłam mu to, że zaczepia panienki na portalach randkowych oraz te SMS-y ze "skarbkami", "myszkami" itp. Jednak jego reakcja całkowicie mnie zaskoczyła - ponieważ on nie widzi w tym nic złego (!). Twierdzi, że przy jego pracy, gdyby nie miał "kontaktu z ludźmi, to by zwariował" i nie widzi problemu z tym, że pisze do innych dziewczyn w stylu "tęsknię koteczku" i "jestem ciekaw, jak całujesz" oraz umawia się z nimi po nocach, bo to przecież normalne...
Może ja jestem jakaś zacofana, ale moja głowa tego nie ogarnia.
Przez trzy lata piłem. Upijałem się jak świnia średnio dwa razy w tygodniu. Patrzyła na to moja dziewczyna, moja matka, a co najgorsze – również mój mały synek. I choć wiedziałem, że krzywdzę bliskich, nie potrafiłem przestać.
Nigdy nie podniosłem ręki na moją dziewczynę, jednak widziałem ból w jej oczach, gdy przynosiła mi lekarstwa na kaca. Z poprzedniego dnia przeważnie nic nie pamiętałem, ale ona nie stroniła od opowieści o tym, co znów odwaliłem. Za każdym razem było mi wstyd, że spałem na podłodze, że załatwiłem się pod siebie albo wyzwałem Sarę od różnych. Wstyd ten niestety szybko mijał, gdy następnego dnia sięgałem po butelkę.
Gdy jeździliśmy do mojej matki na obiad, Sara otwarcie opowiadała o tym, jakie mamy problemy. Matka była załamana i za każdym razem podkreślała swoje rozczarowanie oraz to, jakie nadzieje we mnie pokładała, gdy w szkole zdobywałem najlepsze oceny z matematyki. Nie wstydziła się łez i wbijała mi szpilkę, mówiąc, że jestem taki sam jak mój ojciec – alkoholik, który zostawił ją z dzieckiem 30 lat temu.
Starałem się, by Jaś nie widział mnie pijanego. Na nim zawsze najbardziej mi zależało. Pragnąłem z całych sił, by nie przeżywał tego, co kiedyś sam przeżywałem, patrząc jako kilkuletnie dziecko na pijanego ojca. I co robiłem? Robiłem Jasiowi dokładnie to samo, co mój ojciec robił mi. Z tą różnicą, że ja nigdy mojego synka nie uderzyłem.
Kiedyś Jaś powiedział mi, że się mnie boi. Któregoś dnia na kacu zapytałem, czy pójdziemy na rower, a on odpowiedział najszczerzej jak tylko małe dziecko może odpowiedzieć: „Nie chcę z tobą iść, tato. Boję się, że się upijesz”. To był pierwszy raz, kiedy słowa mojego, zaledwie 4-letniego, syna mnie otrzeźwiły.
Nie, nie wyszedłem magicznie z alkoholizmu z dnia na dzień. To była ciężka męka, z wieloma wpadkami po drodze i bolesnym odwykiem z dala od Jasia i Sary. Ale pisząc dziś to wyznanie mogę śmiało stwierdzić, że jestem niepijącym alkoholikiem. Nie piję nieprzerwanie od pół roku (gdyby nie liczyć pojedynczych wpadek, to byłby rok, ale niestety, kilka razy nawaliłem). Bez tego złodzieja życia, alkoholu, czuję się lepiej niż kiedykolwiek w życiu i mocno wierzę w to, że nie wrócę do nałogu.
Proszę, trzymajcie kciuki za to, by Jaś nie bał się więcej o swojego ojca.
Namówiłem moją dziewczynę, żeby zagrała ze mną w Fifę na pleju.
Zagraliśmy JEDEN mecz, w trakcie którego: nauczyła mnie nowych przekleństw, wylała piwo ze szklanki, rzuciła padem w kwiata, a na koniec nawrzeszczała na mnie, bo „to ja namówiłem ją do tej durnej gry”.
Przysięgam więcej tego nie robić.
Będzie któtko i na temat.
Podniecają mnie krzywe zęby. Jestem dentystą.
Hej, regularnie czytam anonimowe, a przez to, że mamy nowy rok, postanowiłam się przełamać i coś napisać.
Mam bardzo dziwny kompleks. Boję się komentować cokolwiek w internecie. Widzę jakiś wpis, chcę napisać komentarz, ale wydaje mi się, że każda moja wypowiedź będzie głupia i pokażę, jaka jestem śmieszna. Nie cierpię, jak ktoś mnie ocenia, wytyka mi moją głupotę. Jeśli nawet napiszę jakiś komentarz, to potem zastanawiam się, czy go nie usunąć.
Zdaję sobie sprawę, że ludzie piszą różne komentarze, nawet takie, które później krążą w internecie w formie anegdot. Ale ja nie potrafię się przełamać i wypowiedzieć swojej opinii, bo boję się oceny innych.
Sporo stresu mam przez to wyznanie :) Chciałabym publikować coś częściej, ale obawiam się tego, że ktoś oleje mój wpis, biorąc mnie za nudną osobę, którą niestety jestem.
Dodaj anonimowe wyznanie