Jestem ze swoim chłopakiem 4 rok. Był moim pierwszym pod każdym względem i uważam, że do końca mojego życia będzie dla mnie kimś ważnym, ale ja go nie kocham. Chcę o niego dbać, chcę, żeby było mu jak najlepiej na świecie, żeby był szczęśliwy, ale nie chcę z nim być. Nie widzę nas jako parę za 10 lat, ale nie potrafię się z nim rozstać. Nie może przejść mi przez gardło "nie kocham cię". Najgorsze jest to, że on tego nie widzi. Niedawno za jego namową zamieszkaliśmy razem i spędziliśmy razem pierwsze święta. Co jakiś czas przebąkuje coś o zaręczynach, ślubie, dziecku, a ja mam ochotę zacząć płakać.
Parę dni temu byliśmy na obiedzie u moich rodziców. Gdy zostałam w kuchni sama z tatą, to on nagle spoważniał i taki oficjalnym, oschłym tonem powiedział: "Jeśli go zostawisz, nie masz wstępu do tego domu". I wyszedł, zostawiając mnie samą.
Później, gdy już wychodziliśmy, to mama szeptała mi do ucha, że ona i tata mają zawsze rację.
Do dziś nie mogę wyjść z szoku.
Dziś przysnęłam i byłam spóźniona do pracy, kilku klientów czekało już na mnie przy recepcji. Wchodząc do budynku przeszłam przez drzwi... w przeciwieństwie do mojej spódnicy, która się w nich zacięła i ze mnie spadła. To nie był dobry dzień na stringi.
Jestem... a raczej byłam uzależniona od Nutelli. Jadłam ją łyżeczkami, kilka rano i kilka wieczorem, nadwaga jakieś 10 kg. Nie tak źle, ale chciałam wziąć się za siebie.
Karnet na siłownię, na basen, grałam w ping ponga. Zaczęłam trochę zdrowiej się odżywiać i co zjechałam 2 kg w dół, to znowu nadrabiałam tą pyszną czekoladą i różnymi słodkościami. Nigdy nie miałam kompleksu z dodatkowych kilogramów, ale jednak zdrowie cierpiało...
Wpadłam na ten genialny (jak mi się wtedy wydawało) pomysł. Postanowiłam przeżreć się, dosłownie, Nutellą. Z samego rana na pusty żołądek, ciach - kilka łyżeczek. Po dwóch godzinach znowu kilka łyżeczek. Na efekty nie trzeba było długo czekać, większość dnia spędziłam w toalecie, bo leciało górą i dołem. Dzień wyjęty z życia, samopoczucie samo dno i myśli po co tak się skatowałam.
Ale wiecie co... POMOGŁO :D
Na Nutellę nie mogę nawet patrzeć, bo wszystko mi się podnosi. Teraz zaczynam od nowa, bez słodkiego nawyku!
Przejrzałam historię przeglądarki mojego syna i trafiłam na wyniki wyszukiwania w Google "przestań przeglądać mój komputer, wnerwiająca cipo". Tydzień temu obiecałam, że nigdy więcej tego nie zrobię, więc nie mogę nawet ukarać go za słownictwo.
Od zawsze wiedziałam, że moi rodzice to typowi kościelni fanatycy. Ostatnio jednak ich zachowanie przechodzi moje najśmielsze oczekiwania.
Mam 17 lat i od paru miesięcy nie chodzę do kościoła. Na początku nie robili mi z tego powodu problemów, ku mojemu zdziwieniu. Tematu religii unikałam jak ognia, bo nie mam zamiaru nikomu nic udowadniać. To moja osobista decyzja i tyle. Szanuję decyzję rodziców, oni chodzą do kościoła, a ja nie, i tyle.
Od tygodni jednak sytuacja się zmieniła.
Rodzicom nagle odbiło i postanowili mi ultimatum "albo będę regularnie uczęszczać regularnie na mszę, albo mam się wynosić". Dalej zostałam wyzywana, od "ułomnych" i co najważniejsze od "opętanych". Budziłam się w nocy z krzyżem obok mnie i palącą się gromnicą. Podczas kłótni (oczywiście z powodu wiary) matka potrafiła wylewać hektolitry wody święconej, bo jestem opętana przez diabła. Cała rodzina wie i współczuje mamie tak okropnej ateistki (choć nawet nie jestem ateistką).
Dziś znowu zostałam zmuszona pójść na mszę, ale pod koniec czekała na mnie niespodzianka. Rodzinka załatwiła mi rozmowę z egzorcystą, o której oczywiści mi nic nie powiedzieli.
Psychika mi siada konkretnie. W niedzielę budzę się ze strachem, że zaraz muszę tam iść. Jedna opuszczona msza = brak dachu nad głową. Wiem, że rodzice nie żartują, bo siostra matki zrobiła to samo, gdy jej córka przestała chodzić do kościoła. Matka tylko z tym szyderczym uśmiechem powtarza, że czeka mnie ten sam los i że życie na ulicy nauczy mnie pokory. Nie mam gdzie iść, dziadkowie nie żyją, a reszta rodziny popiera rodziców. Czuję się bezsilna.
Mam w swojej łazience 7 różnych past do zębów i codziennie używam innej. Takie urozmaicenie porannej czynności. Problem polega na tym, że jak przychodzą do mnie goście, nieważne, czy znajomi czy rodzina, to zawsze ginie mi jedna pasta.
Nie wiem kto kradnie, bo pożyczeniem tego nie można nazwać, skoro już któryś raz to się zdarza i nigdy nie oddają ani nawet nie powiedzą, że wzięli.
Próbowałam zapytać, ale nikt się nie przyznaje. To wymyśliłam chytry plan. Wycisnęłam pół tubki pasty i strzykawką uzupełniłam zawartość, dodając wodę z kwaskiem cytrynowym. Od tamtej pory pasta nie ginie, ale niestety, nie udało mi się ustalić kto był złodziejem.
Mam chociaż nadzieję, że ta osoba zapamięta na długo ten kwaśny smak mojej zemsty.
Denerwuje mnie to, że mój chłopak jest geniuszem i przy nim wychodzę na idiotkę.
Ktoś mógłby powiedzieć, że fajnie być z kimś, co wie niemal wszystko, ale ma to też swoje minusy. Tacy ludzie są zazwyczaj lekko mówiąc ekscentryczni. Sama nie jestem głupia, oboje studiujemy medycynę, więc może nie jestem wszechwiedząca, ale też daleko mi do Karyny spod bloku, co myśli tylko o paznokciach. Lubię pooglądać jakieś programy wiedzowe. Po prostu on cały czas nawija, niezależnie od tematu w ciągu 10 minut potrafi przerobić budowę jakiegoś modelu maszyn do szycia, produkcji galaretki, historii Timbuktu, wierzeń Tybetu, sadzenia magnolii i tuneli czasoprzestrzennych Einsteina-Rosena (to akurat wiem od niego, czasem zapamiętujw to co mówi, zwłaszcza jak mówi to kilkaset razy w ciągu wykładu, bo on raczej nie rozmawia, tylko prowadzi wykłady, ciągły monolog).
Każdy temat jaki się zacznie wśród znajomych - od polityki, przez modę, po wyższą matematykę - dominuje on. Czy my mamy wspólne zainteresowania? Niby tak, ja mam kilkanaście dziedzin, które mnie ciekawią, lubię kuchnię turecką, romantyczną literaturę angielską z czasów wiktoriańskich czy jazdę na snowboardzie. Oczywiście nie jestem ekspertką, amatorką, co obejrzała kilka filmów i przeczytała parę książek. Chciałabym pojechać na Karaiby, choć poza tym, że są tam plaże i język hiszpański nie wiem wiele o regionie. Po prostu lubię coś i wiem o tym akurat więcej niż inni. Z tym, że on wie więcej ode mnie. Na każdy temat. Nawet o modzie. Ja mówię o modnej torebce z marketu za 700 zł (no dość drogo, ale od czego są marzenia), a on wyjeżdża z tekstami o pokazach Prady, Armaniego czy innych projektantów. I opowiada, jak skandaliczne poziom pokazów mody schodzi na psy w porównaniu z tym, co było w latach 50. czy 60., kiedy to James Dean, ta babka w kapeluszu (nie Monroe... no zapomniałam nazwiska) i inne gwiazdy świętowały sukcesy. Potem opowiada o kinie i muzyce tamtych lat... I tak mijają 4 godziny... Jak oglądamy programy wiedzowe (uwielbiamy 1 z10), to zawsze mam zagwozdkę kto odpowie pierwszy: czy uczestnik, czy mój chłopak. I czy poprawnie. Wyliczyłam, że mój luby zna odpowiedzi na ok. 94% pytań w programie, ok. 5% to rzeczy, które są według niego durne i po co to wiedzieć, 1% to rzeczy, gdzie nie zrozumiał pytania i odpowiedział poprawnie według siebie (czasem pytania są tak skonstruowane, że sama przyznaję, że mam problem nawet znając odpowiedź) albo gdzie rzeczywiście jest błąd. Raz tak było w jakimś programie, że w odcinku później poprawili. Dobrze, że zadzwonił na skargę... Inaczej by nerwicy dostał.
On jest w stanie obronić każdy temat. Więcej argumentów w dyskusji podał na temat, że kosmici istnieją, niż ja, jak miałam udowodnić, że istnieje Słońce... Masakra. Ale mimo wszystko kocham go.
Mam taką przypadłość, że po większym posiłku np. obiad czy kolacja zawsze chce mi się pierdzieć. Mieszkam sam, więc po obiedzie czy wieczorem nie ma z tym żadnego problemu, a w pracy jem tylko skromne drugie śniadanie.
Jakieś 2 miesiące temu poznałem fajną dziewczynę. Super się dogadujemy i nasza znajomość idzie coraz dalej. Zaprosiła mnie już do siebie w kolejny weekend na kolację, a potem mamy obejrzeć jakiś ciekawy film (może zostanę na noc). Jednak jak sobie pomyślę, co będzie się wyprawiało jak zjem kolację, to średnio to widzę. Do tej pory nie było z tym większych problemów, bo byliśmy gdzieś na spacerach, w klubie albo w galerii handlowej, gdzie cały czas się przemieszczaliśmy. Jednak ostatnio już było gorzej, bo byliśmy na obiedzie w restauracji, a potem ją odwoziłem do domu. W samochodzie zaczęło już mnie ściskać, ale dawałem radę. Gdy zajechaliśmy do niej pod blok wysiadłem, aby pomóc wyjąć jej torbę z zakupami, na których byliśmy wcześniej. Stoimy przy tym bagażniku i puściłem mega śmierdzącego cichacza. Ona powiedziała coś w stylu "O Boże, co tu tak śmierdzi?". A ja ratując sytuację odpowiedziałem, że to pewnie z tych śmietników, bo były niedaleko.
Tym razem mi się udało, jednak co będzie później, jak pójdę do niej na kolację? Może powinienem wtedy nie jeść?
Od dawna myślałem o tym, że chciałbym mieć psa. W końcu dojrzałem do tej decyzji i wybrałem się do schroniska po wymarzonego czworonoga. Towarzyszyła mi moja dziewczyna. Nie powiem, wzruszyłem się na widok cierpiących psów i od kiedy zabrałem Maksa do domu, dbam o niego jak o dziecko – na tym, w moim mniemaniu, polega miłość do zwierzęcia.
Wyobraźcie sobie, że moja dziewczyna po tygodniu od pojawienia się Maksa, zrobiła mi ogromną awanturę. O co? O to, że „spędzam z nim za dużo czasu”, „ciągle z nim spaceruję i go przytulam”, a ona „poszła w odstawkę”. W rezultacie jest o psa zazdrosna i go nie lubi. Teraz, za każdym razem gdy jest u mnie, odzywa się do niego chamsko. Co więcej, nie chce, żebym do niej z nim przychodził. Nie wiem co mam zrobić, bo takie zachowanie mnie szokuje – zawsze myślałem, że tak jak ja, jest miłośniczką zwierząt, a ona chodzi cały czas obrażona.
Nie mogę nawet pogłaskać Maksa, bo robi mi wyrzuty. Jakieś rady, jak rozwiązać ten problem?
W publicznej toalecie do sedesu wpadł mi telefon. Gościu z kabiny obok zaśmiał się i krzyknął "O matko, co ty jadłeś?". Bez względu na to, co bym nie powiedział, po wyjściu z kabiny i tak czekał mnie "marsz wstydu".
Dodaj anonimowe wyznanie