Byłam bardzo leniwym dzieckiem, więc późnymi wieczorami, gdy każdy już spał lub nie było nikogo w mieszkaniu, chodziłam robić siku na balkon.
Tak, na balkon, był on tylko trochę bliżej od łazienki, ale dodawało mi też to dreszczyku emocji, że może mnie ktoś mnie przyłapać.
Mam jednak wielką nadzieję, że nikt tego nie widział, bo ciągle tu mieszkam...
Dziś myślałam, że się zrzygam, a dlaczego? Już wam mówię.
Jechałam autobusem, jakaś pani wysiadła, więc dziadek siedzący razem z nią przesunął się pod okno, a ja usiadłam na jego wcześniejszym miejscu. Po chwili poczułam, że mi zimno w nogę, a jak wyszłam z busa zobaczyłam, że mam mokrą nogawkę.
Okazało się, że ten pan się zsikał na siedzenie i dlatego miałam mokre spodnie. Fuj!
Jestem na urlopie ze znajomymi. Po trzech piwkach poszliśmy na basen w hotelu, w którym było już kilka osób. Będąc w wodzie zaczęły się wygłupy, ktoś wziął mnie pod wodę i zrobiło mi się niedobrze. Zrzygałam się. Nie mogłam tego wypluć będąc na środku basenu. Połknęłam własne wymiociny.
Zabiorę to ze sobą do grobu.
Mam 15 lat i w tym roku po raz pierwszy uczestniczyłam jako wolontariusz w WOŚP-ie. Rodzice uświadamiali mnie jak to będzie wyglądać, że nie wszyscy będą dawać pieniądze, że mogą się czepiać, ale mimo to chciałam wziąć udział, bo lubię być wolontariuszem i robić coś bezinteresownie. Co by nie było, są oni całym sercem z WOŚP-em i nijak nie chcieli mnie zniechęcać, a jedynie uświadomić jakie są realia.
Co do samej akcji, uważam, że te pieniądze są naprawdę potrzebne, bo ile to sprzętów w przeróżnych szpitalach jest zakupionych z tego, co uzbiera WOŚP, to sama wiem, bo często jestem na oddziałach i widzę.
Dzisiejszy wolontariat potraktowałam jako swego rodzaju nowe doświadczenie i jestem zaskoczona niektórymi sytuacjami.
Przed mszami stałam z kolegą przy kościele (w mieście, w którym chodzę do szkoły), ale nie na terenie należącym do niego, a przed bramą, na chodniku, coby się nikt nie mógł przyczepić. Sama mieszkam w mieście obok i nie wiedziałam jakie podejście do akcji ma tamtejszy ksiądz do tej akcji (a wiadomo, różnie bywa, więc nie chcieliśmy ryzykować). Jak się potem okazało, pierwszą osobą, która wrzuciła nam pieniądze był właśnie ten ksiądz.
I tu przechodzimy do najciekawszych zdarzeń:
1. Jakaś starsza pani (+50) podeszła do nas i z pretensją nam wyrzuciła, że "Co taka ateistyczna zbiórka robi na terenie kościoła i dlaczego ludzi nagabujemy do wpłacania?".
Wyjaśniliśmy miłej pani, że nie ateistyczna, a świecka, i nie nagabujemy, a dajemy wybór i grzecznie pytamy, czy ktoś chciałby wspomóc akcję, bo pomoc to nieprzymuszony akt dobrej woli. Poszła obrażona.
2. Do kościoła kierowała się babcia (ok. 70 l.) z wnuczkiem (ok. 6), trzymali się za ręce. Dzieciak jak mnie zobaczył, to podszedł i wyjął rękę, w której trzymał monetę, zapewne od babci na tacę. Tylko że babcia pociągnęła go do siebie i skarciła go, że to złodzieje. On powiedział jej, że "Ale oni zbierają na chore dzieci...", ale pociągnęła go do kościoła. Chłopiec się tylko na mnie smutno popatrzył, więc ja wcisnęłam koledze puszkę i wzięłam od niego naklejkę i dałam ją chłopcu za darmo do ręki. Babcia się tylko na mnie krzywo popatrzyła i poszli do budynku. Jakiś pan zaczął mi bić z boku brawo. Nie wiem, czy powinnam tak zrobić, czy nie, ale bolało mnie to, że taka zwykła, dziecięca chęć pomocy została zduszona w tym dziecku. Przecież takie rzeczy kodują się w mózgu i zostają na całe życie. A tak chociaż to dziecko było szczęśliwe.
Jedyną rzeczą, jaka mnie zdziwiła, była wrogość, ale jedynie ze strony starszych osób, które (moim zdaniem), powinny dawać przykład. Uważam, że WOŚP robi dużo dobrego, a nawet, jeżeli część pieniędzy zabierają, to im się należy. Przykro mi z powodu sytuacji w Gdańsku, ale cóż.
Jestem mega pozytywnie naładowana po dzisiejszym dniu - zebrałam 1339,86 zł! ^^
Kojarzycie te suche gluty? Nie te lepkie, gumowate kozy, tylko takie wyschnięte, poprzyklejane do ścianek nosa. Będąc małym dzieckiem, zawsze chciałam wyciągnąć takiego suchego gila, który będzie idealnym odlewem wnętrza mojego nosa. Tak jak się robi odlewy (np. podeszew czy wnętrza kopców termitów), tak ja marzyłam o tym, żeby zobaczyć jaki kształt ma mój nos w środku poprzez wyciągnięcie takiego suchego gluta.
PS Niestety nigdy mi się nie udało, ale nie poddaję się i gdy tylko jestem sama w domu, zaczynam swoje poszukiwania od nowa :D
Do czwartego roku życia byłam łysa jak kolano.
Mam młodszego trzy lata brata, który od urodzenia miał gęste, kręcone i kruczoczarne włosy.
Zawsze obce babska chwaliły mnie za bycie dzielnym starszym bratem tego małego aniołka.
Mamy ponad 30 lat na chwilę obecną, a moje włosy wciąż są porażką.
Zacznę od tego, że zawsze miałam mało włosów i były to włosy cienkie. Zarówno moja mama, jak i babcia również zmagały/zmagają się z tą niedogodnością - po prostu jest to sprawa czysto genetyczna. Przez całe życie bardzo dbałam o moje włosy, więc są w świetnej kondycji i prezentują się nieźle (są długie, błyszczące, ładnie się układają), a że nie mam na głowie lwiej grzywy, to trudno, nie wszystko może być idealne.
Poszłam ostatnio do laryngologa z nawrotem infekcji ucha. Pani laryngolog postawiła diagnozę, że to przez... łysienie plackowate. Zwaliło mnie z nóg. Zaczęłam dopytywać na jakiej podstawie to stwierdzenie, że faktycznie mam mało włosów, ale to rodzinne, że nie zauważyłam ostatnio wzmożonego wypadania, że wcześniej nikt nie zwrócił mi uwagi, że rzekomo mam na głowie łyse placki, ba, przecież dwa miesiące temu się widziałyśmy i też nic nie mówiła... Pani uznała, że rodzina może tego nie widzieć, bo oni widzą mnie na co dzień, a wszyscy inni "może nie chcą widzieć", a zresztą choroba mogła wystąpić nagle.
Z gabinetu wyszłam zaryczana, cały tydzień ryczałam w poduszkę, że będę łysa. Jak akurat nie ryczałam, to siedziałam z lusterkiem i szukałam na głowie łysych placków. No faktycznie nie mam super gęstych włosów, a ponieważ jestem brunetką, to gdzieś tam skóra przebija, ale zawsze tak miałam... Placków nie znalazłam, no ale skoro lekarz tak powiedział, to coś musi w tym być. Każdy znaleziony włos powodował u mnie histerię, chociaż dobrze wiem, że każdy codziennie włosy traci. Sprawdzałam w internecie różne terapie, mikropigmentację, nawet przeszczepy włosów, a kiedy zobaczyłam ich ceny, to zaczęłam szukać skąd wziąć na to pieniądze. Rozważałam rzucenie studiów i powrót do domu, bo to zawsze jakaś oszczędność, pożyczkę od rodziny, nawet wzięcie kredytu. Zamknęłam się w mieszkaniu, nawet na uczelnię nie chodziłam, bo przecież jak wyjść do ludzi z prawie łysą głową...
Poszłam do dermatologa specjalizującego się w trychologii. Przebadałam się i wyszło, że na nic nie choruję. Pani zaproponowała mi terapię, która może trochę zagęścić moje włosy, ale ogólnie "taki mój urok" i burzy loków nigdy mieć nie będę.
Teoretycznie wróciłam do punktu wyjścia.
Z tym, że od tego czasu moja pewność siebie nie istnieje. Mam wrażenie, że jestem brzydka, że nic dobrego mnie nie spotka, bo kto przyjaźniłby się/zatrudniłby/pokochałby dziewczynę z łysymi prześwitami na głowie. Nie wychodzę, chyba że na uczelnię, ale tylko w ostateczności, tak żeby mnie dopuszczono do egzaminów. Jeśli ktoś w jakikolwiek sposób zwróci na mnie uwagę, to jestem pewna, że to przez moje włosy. Jak ktoś się gdzieś zaśmieje, to mam wrażenie, że to z mojej "łysiny".
A to wszystko przez jedną głupią, niczym nie popartą, "diagnozę".
Pracuję w znanej sieciówce, w jednym z większych miast Polski. Dzisiaj, stojąc na kasie, uświadomiłam sobie, że dwa najpiękniejsze słowa jakie usłyszałam w swoim życiu brzmią "Kartą poproszę".
Gdy miałam około 6 lat, czasem nocowałam u mojej ówczesnej przyjaciółki K. Byłyśmy w tym samym wieku. Któregoś dnia jej znajoma, mieszkająca kilka pięter niżej, zaprosiła nas do siebie.
Była trochę starsza, więc wybrała w co się będziemy bawić. Padło na zabawę w dom, ona była mamą, a ja i K jej córkami. Zapowiadało się fantastycznie, ale kazała nam się położyć na podłodze i udawać, że śpimy, bo "mama musi się teraz zająć sobą". Gdy już tak leżałam z zamkniętymi oczami, zaczęła wydawać z siebie dźwięki a la jeleń na rykowisku, więc natychmiast się odwróciłam, żeby zobaczyć co się wyprawia. K wpatrzona w nią jak w obrazek, a "mama" ujeżdżała taką wielką, podłużną poduszkę. Jakby to było za mało żenujące, usłyszałam jeszcze, że jestem za mała, żeby to oglądać, ale K może, bo już powinna się uczyć jak to się robi.
Nigdy w życiu tak bardzo nie chciałam opuścić żadnego miejsca, jak właśnie jej domu, w tamtej chwili. I na tym kończy się moje wspomnienie z tego wieczoru, nie pamiętam nawet twarzy tej cud sąsiadki, ale dodam, że K zaszła w ciążę w wieku 14/15 lat i nie ma pewności, kto jest ojcem.
Kiedyś rozmawiałam ze znajomymi na temat tego, co byśmy zrobili, gdyby został nam tylko miesiąc życia. Na pierwszym miejscu była wizja podróży dookoła świata, potem długi urlop w spa i zakupy. Ogółem wydanie oszczędności życia na bardzo drogie i niecodzienne przyjemności.
Cóż, moje plany są znacznie bardziej przyziemne. Codziennie obżerałabym się fast foodami i słodyczami bez przejmowania się wagą :D
Dodaj anonimowe wyznanie