Krótka historia o tym, że nie należy dawać swoich narzędzi pracy nikomu do zabawy. Już nawet nie chodzi o dzieci, tylko o dorosłych, którzy na imprezie rodzinnej chcieli się trochę pobawić moim keyboardem.
Dwa dni później, pełny kościół, wzniosła atmosfera, panna młoda wchodzi przez drzwi i teraz wchodzę ja! Wrzucam ustawiony wcześniej preset dźwięku i... zaczynam grać "Czy ktoś widział Dziub Dziuba".
Bardziej nie dało się tego spier...
Uwielbiam zapach moich majtek w kroku. Najlepiej pachną kilka dni przed okresem kiedy się jeszcze spocę, ten zapach działa na mnie odprężająco. Podpaski po kilku godzinach również pachną obłędnie.
Na dodatkowych zajęciach z wychowania fizycznego grałyśmy w piłkę ręczną. W pewnym momencie pośrodku boiska zbiegło się kilka dziewcząt chcących odebrać piłkę. Gdy dziewczyny rozbiegły się, bo piłka została podana dalej, ktoś w tamtym miejscu zauważył zwiniętą, grubą skarpetę. Zaczęły się śmiechy, że wypadła ze stanika. Oczywiście żadna z dziewcząt nie przyznała się...
W tym ja, to była moja skarpeta i wypchałam nią stanik.
Cóż, głupota i wstyd. :) Na szczęście do żadnej z dziewczyn nie przypisano skarpety.
A. poznałam, gdy zaczynałam trzecią klasę liceum, ona była wtedy w pierwszej. Nigdy nie byłyśmy do siebie podobne, ale los sprawił, że po tym, jak ukończyłam szkołę dalej utrzymywałyśmy znajomość, która przerodziła się z czasem w przyjaźń.
O tym, że A. pochodzi z patologicznej, rozbitej rodziny dowiedziałam się, gdy wspólnie napiłyśmy się czegoś mocniejszego. Widocznie cierpiała mówiąc o tym, ale uwierzyłam jej zapewnieniom, że daje sobie z tym radę. Bo A. nie była osobą, o którą warto było się martwić. Była pozytywną, pełną energii i ambicji dziewczyną, mimo że bardzo proludzka i wylewna, nigdy nie umiała dopuszczać innych do swojego wnętrza, usprawiedliwiała się skrytością, masą znajomych i małą ilością czasu.
Widziałam jej lęk. Z biegiem miesięcy, lat coś się w niej kumulowało, co sprawiało, że wpadała w skrajne nastroje, często martwiła się o swoją przyszłość. Ale ciągle się starała, wciąż była osobą podziwianą za osiągnięcia i odwagę, budzącą sympatię praktycznie każdego rozmówcy. To, co mnie i ją niepokoiło w jej zachowaniu uspokajała obietnicami, że po maturze wyniesie się z mieszkania toksycznej matki i naprawi siebie.
Zdała maturę, wprowadziła się do pokoju w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu. Zrobiła dokładnie to, o czym marzyła odkąd ją znam.
Kilka dni później zastałam ją martwą w swoim pokoju. Popełniła samobójstwo.
Od tego czasu ciągle mnie prześladuje świadomość, że mogłam temu zapobiec. Jeszcze dzień wcześniej rozmawiałyśmy. Śmiała się, ale mówiła, że trochę się boi tego, co ją czeka, mówiła, że osiągnęła już wszystko, na czym jej zależało i że nie nadaje się do życia wśród "normalnych" ludzi. Niby się żaliła, ale nie wyczułam w jej tonie przejmowania się tym.
Ogromnie żałuję, że uznałam to tylko za chwilowy smutek i dopiero po zobaczeniu jej zwłok dostrzegłam, że ostatnie kilka lat nie potrafiła sama sobie poradzić nawet ze sobą. Nigdy nie znałam nikogo takiego, kto tak bardzo chciał czerpać z życia, jak właśnie ona.
Smutne, ale od paru lat nie mam już miana nastolatka, lecz pomimo zmiany cyfry w moim wieku nadal mam stałą niezmienną cechę - ciekawość.
Mając może z 7 lat, ciekawiło mnie naprawdę wiele rzeczy, ale najbardziej to jak wygląda mieszkanie sąsiadki. Nie wiem dlaczego. Serio... jak o tym teraz myślę,
to nie znajduję żadnych sensownych pomysłów na to dlaczego tak było. Były to dla
mnie jak drzwi do Narnii, które chciałem przekroczyć i nakarmić swoją ciekawość. Gdyby to była jakaś młoda sąsiadka, to zrozumiałbym - instynkt faceta, ale nie...
To była 70- letnia kobieta, więc na pewno ciekawość jej osoby możemy wykluczyć.
Na dzień dzisiejszy nie mogę znaleźć sensownego wyjaśnienia "dlaczego chciałem zobaczyć jej mieszkanie". Zapewne była to zwykła dziecięca ciekawość. Dodatkowo podsycał ją fakt, że za każdym razem, gdy wychodziłem na dwór, siłą rzeczy musiałem minąć jej drzwi wejściowe.
Chęć zobaczenia co jest po drugiej stronie napędzała mnie, by to zrobić, no ale jak? Była to kobieta niezbyt miła i nie chciałem zbytnio mieć z nią do czynienia.
Pewnego razu, gdy wychodziłem na dwór, drzwi od jej mieszkania były uchylone, więc nie myśląc o niczym innym niż tylko o zaspokojeniu swojej ciekawości wszedłem do środka. Ooooo tak! Nareszcie! Niestety po paru sekundach zdałem sobie sprawę, że nie ma tam nic ciekawego i wartego uwagi. Cały czar prysł, bo myślałem, że znajdę tam jakiś inny świat, a tu dupa... Mieszkanie starszej kobiety, które na dodatek śmierdziało. Nie zostało nic jak odwrócić się i skierować się ku wyjściu, co też zrobiłem. Nagle w drzwiach stanęła ta kobieta, a ja w akcie desperackiego usprawiedliwienia krzyknąłem "Wynocha, nie kradnijcie jej nic". Po czym powiedziałem, że widziałem kogoś, jak wchodził do jej mieszkania i chciałem go przegonić. Myślałem, że ten argument do niej trafi, oczywiście nie uwierzyła i wszystko powiedziała rodzicom, za co potem miałem niezłą tyradę na ten temat.
I bądź tu bohaterem w wieku 7 lat. No nie da się!
Świat widziany oczami dziecka.
Jak byłam mała, poszłam z mamą do wypożyczalni kaset VHS. Popularność tej wypożyczalni nie była za duża, więc przy ladzie pani miała coś w rodzaju kiosku i stojak z bibelotami w stylu breloczki z plastikowych osób. Jedną z takich rzeczy było nadmuchane serduszko z narysowanym uroczym duszkiem i w środku było jakieś sreberko. Na moje pytanie o to co jest w środku usłyszałam, że guma.
Bardzo mi się to spodobało. Pojedyncza guma do żucia, zapakowana w nadmuchane serduszko z wizerunkiem duszka. Była prześliczna. Prosiłam mamę, żeby mi kupiła, ale ta mówiła, że nie, bo brzydkie, a ja nie rozumiałam co jej się nie podoba w tym serduszku.
Dopiero po latach zrozumiałam, że rysunek na serduszku to nie duszek, a w środku była guma bynajmniej nie balonowa.
Ach, ta niewinność...
Dwa miesiące temu mój ojciec poszedł na odwyk po sprawie w sądzie.
Ja mówiłam mamie, bratu i babci - nie odwiedzajcie go, niech zobaczy, że wszyscy chcą jego zmiany i na ten moment nikomu na nim nie zależy. Ale nie, oczywiście moja babcia mówiła do mamy "Może byście pojechali do ojca i byście go odwiedzili", a jako że moja mama boi się teściowej, że wyrzuci ją na zbity pysk z domu, przytaknęła i pojechała w odwiedziny parę razy.
Zaprosiłam moją mamę do mnie, żeby wreszcie spędziła czas z dala od domu. Przyjechała i zaczęła mówić o ojcu, że się zmienił, kawały opowiada, rozmawia, po prostu nie ten człowiek. Wychwalała go, że wziął się w końcu do pracy, szuka czegoś. Ja nie dawałam wiary temu, mój chłopak uwierzył.
Po 2 tygodniach mama zaprosiła mnie do nich. Przyjeżdżam z myślą, że pewnie będzie chciał się pogodzić ze mną, pewnie przeprosić, no ale niestety prawda okazała się inna. Mój ojciec dalej pije tak jak pił. Ale skąd może pieniądze brać, pewnie się zastanawiacie. Otóż moja babcia zapewne po przyjeździe ojca stwierdziła "masz synku na piwko, dawno już nie piłeś, pewnie, idź do sklepu, kup sobie".
Ja nie wiem, jak mam do tych ludzi mam przemówić. Może jak w końcu stanie się jakaś tragedia, chociaż to też odpada. Ja szczerze mówiąc mam to gdzieś. Mieszkam daleko od nich, mam pracę i swoje zajęcia. Nie mam zamiaru tak jak matka i babka opiekować się pijanym "dzieciakiem" i wychowywać kolejnego "dzieciaka", któremu podstawiają wszystko pod nos, a za kilka lat będzie "Jak to się stało, że on chodzi taki pijany, że nic nie umie zrobić". Nie wiem co mam robić w tej sytuacji. Z jednej strony chcę mieć fajną, zgraną rodzinę, ale z drugiej strony nie zależy mi już na nich. Dla mnie mój ojciec jest skreślony, nawet niech nie liczy na to, że zaproszę go na wesele, niech idzie się bujać z koleżkami spod sklepu, których i tak już jest mało (zmarli z przepicia).
Kilka ładnych lat temu, jako głupia mniej więcej piętnastolatka, zapragnęłam zrobić karierę fotomodelki. Dodałam zdjęcia na popularną wtedy stronę zrzeszającą modelki i fotografów i czekałam na odzew. Doczekałam się - napisał do mnie (rzekomo) przedstawiciel jakiejś agencji modelingowej i zaproponował sesję w mieście obok mojego. Przeczytałam komentarze na jego profilu, stwierdziłam, że można mu zaufać i pojechałam.
Sesja zaczęła się w plenerze, a skończyła w studio zaaranżowanym w mieszkaniu. Nie wiem, jak głupia musiałam być, żeby iść tam z agentem, fotografem, i jeszcze trzecim mężczyzną. Mówiąc krótko dałam się wykorzystać, byłam chyba zbyt bardzo sparaliżowana strachem, żeby się sprzeciwić... Po wszystkim wróciłam do domu i wymazałam tę sprawę z pamięci, do czasu, gdy w telewizji usłyszałam o dwóch z tych trzech mężczyzn. Rozpoznałam ich pomimo zamazanych częściowo twarzy. Zostali oskarżeni o liczne gwałty. Kobietom, które im się stawiały, dosypywali narkotyki do napojów, a później szantażowali filmami i zdjęciami, które wykonywali, gdy one były nieprzytomne.
Nie mam żadnej traumy, ale do dziś zastanawiam się, czy wśród tych wszystkich zdjęć znalezionych u nich podczas śledztwa znalazły się też moje fotografie, a także czy trzeci z tych mężczyzn, który nie został oskarżony, jeszcze mnie pamięta.. Mieszkamy w jednym mieście, mamy wspólnych znajomych... A ja do tej pory pamiętam, jak on się nazywa.
Ostatnio podsłuchałam rozmowę mojego rzekomego przyjaciela!
Przychodzi do mnie tylko dlatego, że u mnie zawsze jest pełna lodówka - a moja mama zawsze go czymś częstuje i dzięki temu nie chodzi głodny.
Powinnam być zła za to, że oszukuje mnie, wykorzystuje i nawet mnie nie lubi, ale jest mi go cholernie żal i źle mi ze świadomością, że u niego w domu brakuje jedzenia.
Nie znoszę "koleżanek" z pracy.
O pracy w kobiecym zespole można by opowiadać legendy, wiele historii słyszałam (niekorzystnych oczywiście) i niestety, ale przekonuję się, że większość jest prawdziwa.
Nikt nie jest tak wredny i zawistny, jak jedna kobieta wobec drugiej... ale od początku.
Kilka miesięcy temu zmieniłam pracę, kompletnie inna branża, inne miasto i ogólnie same nowości.
Trafiłam do 4-osobowego składu Biura Obsługi Klienta jako wsparcie, takie piąte koło u wozu. Na starcie okazało się, że jestem najmłodszym pracownikiem, mimo moich 29 lat. Oczywiście dla mnie to nie problem, ale "koleżanki" nieco kręciły noskami, jak taka gówniareczka sobie poradzi (to przydomek, który słyszę często).
A poradziłam sobie świetnie. Podeszłam z zapałem do szkoleń, szybko rozpoczęłam pracę z klientami, bo choć nie znałam tej branży, to pracę z ludźmi uwielbiam. Szefowa początkowo zasypywała mnie pochwałami, na forum publicznym przytaczała ile rozmów miałam, ile klientów obsłużyłam, jakie zdanie mają pracownicy innego działu o mojej pracy... i tu zaczęły się schody.
"Koleżanki" wypytały, ile zaproponowali mi na umowie, kolejnego dnia usłyszałam, że do księgowości poszło zażalenie, że takiej niedoświadczonej osobie jak ja 2 tys. netto się nie należy :)
Przyjeżdżam do pracy 15 minut przed 8, bo po prostu nie lubię się spóźniać, jedna z kobietek miała mi dorobić klucz, żebym nie musiała czekać na schodach, nie doczekałam się. Szefowa w końcu podarowała mi swój, po tygodniu, gdy wróciłam z przerwy lunchowej okazało się, że mój klucz zniknął... Z biurka, z pokoju, gdzie były tylko "koleżanki".
Poszło anonimowe zgłoszenie, że przyjeżdżam do pracy wcześniej, by kraść kawę, więc przez kilka dni z rzędu miałam sprawdzaną torebkę, czy czegoś nie wynoszę.
Pomyślałam sobie, że będę twarda, zwłaszcza że praca sama w sobie jest przyjemna.
Ostatnio odbyłam rozmowę z szefowa odnośnie tego, że wychodzę z pracy punkt 16, a powinnam 16:01. Ubieranie się przed 16 bardzo przeszkadza koleżankom, zakłóca im pracę...
Im więcej było zażaleń, tym bardziej skupiałam się na pracy, a im lepiej sobie radzę, tym więcej się żalą. Błędne koło.
Pomyślałam, że tak się nie da żyć, upiekłam więc szarlotkę z tabletkami na przeczyszczenie. Przy oczyszczaniu czajnika z kamienia "przypadkiem" nie wypłukałam resztek octu. Firmowe mleko zaczęło mi się rozlewać, albo leję pełen kubek tylko po to, by nie starczyło koleżaneczkom. Papier toaletowy chowam w męskiej toalecie, tak że "koleżanki" szybciutko oskarżyły o kradzież nasz męski dział IT. Odłączam im kabelki od komputera, tak że nerwicy dostają, "bo znowu coś nie działa".
Drobnostki, można by rzec, a cholernie mnie satysfakcjonują.
I wiem, że to niepoważne, że nie powinnam, że dorosłej nie przystoi... ale wciąż szukam sposobów, jak dopiec im bardziej.
Dodaj anonimowe wyznanie