Moi rodzice zmienili nam miejsce zamieszkania tylko po to, żebym zmienił szkołę i swoje towarzystwo.
Byłem na nich wściekły, bo uważałem, że to ich zamach na moją wolność i moje wybory. Ostatnio spotkałem jednak moich dawnych najlepszych kumpli z poprzedniego miejsca. Obydwaj są zaćpanymi ludzkimi mętami, którzy są tak zniszczeni, że jeden z nich nawet mnie nie poznał. Gdyby nie moi rodzice, to byłbym tam gdzie oni.
Piszę o tym tutaj anonimowo, choć powinienem podziękować za to moim rodzicom, ale niestety nie mogę. Ostatnie lata swojego życia poświęcili na zrobienie ze mnie w miarę przyzwoitego człowieka. To największy prezent, jaki mogli mi dać.
Jestem 24-letnią dziewczyną. Od 5 lat w związku. Od pewnego czasu mój facet wspomina coś o dziecku, tylko szkopuł w tym, że jest ode mnie kilka lat starszy, a ja absolutnie nie jestem teraz gotowa na takie poświęcenie. Zaczęło mnie też zastanawiać, dlaczego tak nagle zapragnął dziecka. Przecież zawsze był wygodny, cenił sobie spokój. Nagle mnie oświeciło...
Jakieś 2 lata temu wśród naszych przyjaciół i znajomych rozpoczął się babyboom. Gdzieś ok. 5-6 par naszych znajomych ma już dzieci, kilka innych par właśnie się ich spodziewa. I mój ukochany chyba pod ich wpływem nagle zapragnął potomka. Szkoda tylko, że nie widzi, że życie tych ludzi (a zwłaszcza kobiet) kręci się teraz wyłącznie wokół tych dzieci. I to mnie najbardziej przeraża. Że to kobieta od początku jest uwiązana, że to ona musi przychodzić przez ciążę i cały czas sobie czegoś odmawiać, później poród, karmienie, niańczenie i ogólnie to, że dziecko w pierwszych miesiącach życia potrzebuje bliskości matki, a ojciec nie gra tak istotnej roli. Widzę po tych moich koleżankach, jakie są tym wszystkim zmęczone, że są uzależnione od tych dzieci. Ich faceci się bawią, wychodzą z nami na miasto, do klubów, przychodzą na domówki, a dziewczyny siedzą w domu i wstają w nocy do dzieci, bo są głodne/obesrane/ząbkują/I jeszcze nie wiadomo co. Tylko jedna nasza koleżanka faktycznie sprawiedliwie dzieli się obowiązkami związanymi z dzieckiem ze swoim facetem, ale i tak znacznie większą część czasu to ona siedzi w domu z niemowlakiem.
Kiedy powiedziałam przy tych naszych kumplach, że ja w życiu nie zgodziłabym się na taki "podział", to jeden z nich mnie wyśmiał, poklepał po ramieniu i powiedział "zobaczymy", a mój facet zaśmiał się razem z nim. Niby głupota, ale to sprawiło, że kompletnie nie wyobrażam sobie teraz mieć z nim dziecka. Bo po co, skoro on ma takie podejście?
Pewnego razu grałam z grupą rówieśników w siatkówkę nad trzepakiem. Przyszedł jeden ze starszych chłopaków (gimnazjalista) i dla zabawy złapał moja piłkę podczas meczu i ją przebił.
Rozpłakałam się, było mi przykro.
Wracałam z przebitą piłką do domu. Podczas przechodzenia przez przełączkę między blokami zaczepił mnie rasowy dres i zapytał się mnie, czemu płaczę. Opowiedziałam mu pokrótce co się stało... Nie wiem czemu to zrobiłam, może tak po prostu...
W ciągu tygodnia przyszedł do mnie gimnazjalista wraz z dresem (jak się okazało później - gimnazjalista wraz ze starszym bratem). Odkupił mi piłkę i przeprosił za swoje zachowanie.
Byłam szczęśliwa.
Miałam kiedyś koleżankę, która była wychowywana przez swoich dziadków. Ojciec zmarł, a matka była alkoholiczką i ćpunką.
Kiedy miałyśmy po szesnaście lat, koleżanka zaprosiła mnie do siebie na nockę, w mieszkaniu jej zmarłego ojca. Z racji tego, że pochodzę z rodziny, która bardzo kontrolowała każde moje wyjście, powiedziałam, że śpimy u niej, a w mieszkanku będą dziadkowie. Zgodzili się.
Przyszłam o wyznaczonej godzinie, jednak okazało się, że nie byłyśmy same, a w towarzystwie jej znajomych spod ciemnej gwiazdy. Kiedy wszyscy już się upili, ja - trzeźwa - zmieniałam jej zarzygane wiadro, myłam podłogę i ogólnie sprzątałam. Wszyscy zebrali się do domów, została ona, leżąca w bezruchu na łóżku, jeden znajomy, Patryk, którego kojarzę parę lat, oraz chłopak tej dziewczyny.
Przygotowani już do spania słyszymy straszne walenie w drzwi, po otwarciu do mieszkania wpadły trzy istoty: chuda, naćpana, z obłędem w oczach matka, jej krępy partner oraz duży owczarek niemiecki.
W sekundę zaczęła krzyczeć, wyzywać i szarpać pijaną Agnieszkę. Ale coś jej odbiło. Rzuciła się na mnie. Wywróciłam się na fotel, a z fotela na ziemię, uderzając głową o komodę. Wtedy ona zaczęła mnie dusić. Kobieta niższa ode mnie, chudziutka jak patyczek, miała tak ogromna siłę, że nie byłam w stanie jej odepchnąć. Kiedy to się udało, zaczęłam krzyczeć do chłopka Agnieszki, żeby ją zabrał, bo ona mnie zabije. Stał jak słup, dopiero kiedy poczułam, że tracę przytomność, odciągnął ją, a ja rzuciłam się do wyjścia.
Zamiast wylecieć w stronę ulicy, przez nerwy pobiegłam w lewa stronę boku, gdzie był parking. Chowałam się między samochodami, a jej „ojczym” chodził po parkingu, z SIEKIERĄ w ręku, mówiąc, że i tak mnie znajdzie. Wtedy usłyszałam krzyk Patryka, a facet zerwał się do biegu. Wychodząc z bramy zaczęłam wołać kumpla „Patryk, błagam, nie zostawiaj mnie tutaj, Patryk, proszę, wróć po mnie”, a wtedy zauważyłam, że on nie ucieka przede mną, a przed tym psychopatą. Biegłam przed siebie, nawet nie wiem gdzie. Nagle zadzwonił telefon, Patryk powiedział, że jest niedaleko na jakimś placu zabaw. Kiedy do niego przyszłam, a emocje opadły, okazało się, że mam rozciętą głowę, a włosy pozlepiane krwią.
Kompletnie nie wiedziałam co mam robić, w tym momencie najważniejsze było dla mnie, żeby rodzice się nie dowiedzieli.
Pojechaliśmy z Patrykiem do jego domu, tam jego ojciec wysłuchał całej sprawy, opatrzył mi głowę i pościelił łóżko. Oczywiście próbował namówić na zgłoszenie - ale strach przed rodzicami i aresztem domowym za kłamstwo przyćmił mi umysł.
Nigdy tego nie zgłosiłam, rano wróciłam do domu, rozbitą głowę wytłumaczyłam złamaną nóżką z krzesła, a do koleżanki więcej się nie odezwałam.
Ona próbowała. Stwierdziła, że „Dramatyzujesz, mnie gdy byłam mała, kiedy myła mi włosy, nieraz próbowała utopić”.
Moja dziewczyna ostatnio poczuła wiosnę. Ale wiecie, tak fest. Umówiliśmy się na pizzę na mieście, a ona przyszła cała wystrojona. Cieszyła się, że ładnie wygląda, bo wszyscy się na nią gapią. Fakt, zwracała uwagę przechodniów.
Może dlatego, że była w SZORTACH. W lutym.
I tak kocham tę wieśniarę.
Mój chłopak i ja jesteśmy miłośnikami Tolkiena. Oświadczył mi się mówiąc:
"Frodo, czy zostaniesz powiernikiem pierścienia?".
Nie wie, że od dawna mam problem z owłosionymi stopami, muszę regularnie usuwać czarne włoski rosnące na palcach, więc nazwanie mnie imieniem hobbita jest prosto w punkt.
Wiele lat temu, kiedy chodziłam jeszcze do liceum, byłam szczęśliwie zakochana. To nie frazes, ja naprawdę czułam się wtedy szczęśliwa – najbardziej w moim całym życiu. Jedynym problemem był fakt, że moja miłość była skierowana do… dziewczyny.
Wiecie, 20 lat temu nikt nie przeszedłby obojętnie obok pary całujących się lasek. Dopiero od niedawna w naszym durnym kraju zaczyna rosnąć jakakolwiek świadomość, że są różne orientacja i że nie ma w tym nic złego. Co gorsza, pochodzę z katolickiego domu, w którym wszystko zawsze było stereotypowe i konserwatywne. Moi rodzice w życiu nie zaakceptowaliby mojej orientacji, więc nawet nie próbowałam o tym wspominać. Od ojca to mogłabym dostać co najwyżej lanie.
U Izy w domu było inaczej, ona pochodziła z rodziny patologicznej, w której matka chlała, a ojczym lał ją co sobotę – w każdym razie tak samo jak ja nie mogła liczyć na wsparcie rodziny. Dlatego ukrywałyśmy nasz związek, snując plany o wspólnej przyszłości i wiedząc zarazem, że taka się nie wydarzy. Przeżyłyśmy razem wspaniały rok, pełen miłości i namiętności. Nikt później nie sprawił mi tyle przyjemności.
Kiedy nadeszła pora rozjazdów na studia, nasze drogi się rozeszły. Ja wyjechałam do Wrocławia, ona do Torunia. I choć każdą to bolało, wiedziałyśmy, że nie mamy szans, by wygrać z rzeczywistością. W ciągu kolejnych 20 lat zdążyłam wyjść za mąż i urodzić dwójkę dzieci. Ale nigdy nie zapomniałam o Izie. Obecnie z mężem mi się nie układa, pewnie dlatego, że nigdy nie był w stanie zaspokoić mnie tak, jakby to zrobiła ona.
Teraz najlepsze.
W życiu bym się tego nie spodziewała, to jest najbardziej nieprawdopodobna rzecz jaka przytrafiła mi się od kilkunastu lat, ale Iza… napisała mi jednozdaniowego maila, że przyjeżdża do Wrocławia i chce się spotkać. Nie widziałam jej od niemal 20 lat i nie wierzyłam w to, że jeszcze kiedykolwiek ujrzę! Tak jak się boję, tak bardzo pragnę ją zobaczyć. Myślicie, że powinnam to zrobić, nawet wiedząc, że istnieje ryzyko zdrady męża? Wiem, że jeden jej dotyk rozpaliłby mnie do żaru. Co robić?
Parę dni temu, szykując się do dwumiesięcznej wyprawy w dzicz, kupiłem sobie pancerny telefon upadkoodporny, wodoodporny i reklamowany jako niezniszczalny czołg wśród smartfonów. Wygląda to jak krzyżówka kalkulatora z Robocopem, ale ponoć wart był swojej mocno wygórowanej ceny.
Szkoda tylko, że ten szajs nie jest kotoodporny. Dziś bowiem mój sierściuch znalazł ten gadżet leżący na stole i delikatnym ruchem łapki zepchnął go z blatu. Telefon spadł z wysokości pół metra na ziemię i... zbił sobie ekranik.
Całe życie matka mi mówiła, że rodzeństwo zawsze musi trzymać się razem. I tak było. Mój brat jest starszy ode mnie o 11 lat. Zawsze, w każdym momencie jego życia byłam pod ręką, gdy mnie potrzebował. Pożyczyłam pieniądze, odebrałam dziecko, brałam ich psa do siebie, jak wyjeżdżali. Mój narzeczony zawsze mi mówił, że on mnie wykorzystuje, że zawsze do niego lecę, jak on coś chce. Miałam takie poczucie, że muszę być dla niego wsparciem, pomagać mu, bo tak robi rodzeństwo. Do czasu.
W tamtym roku zachorowałam. Nie była to jakaś poważna choroba, ale silna gorączka i ból mięśni dawały o sobie znać. Akurat mój Paweł musiał wyjechać do innego miasta. Zostałam sama. Nie przejmowałam się tym zbytnio, mając z tylu głowy, że mam na kogo liczyć. Po kilku dniach skończyły mi się leki. Zadzwoniłam do brata i mówię mu, że bardzo źle się czuję i nie mam już leków, prosząc, żeby przyjechał. Powiedział mi, że nie ma czasu, bo nie zdąży na siłownię i na pewno poradzę sobie sama.
Nie poradziłam sobie. Po drodze do apteki zemdlałam i złamałam sobie rękę. Przypadkowa staruszka zadzwoniła po karetkę, a potem przychodziła z zupą dla mnie.
Brat dalej do mnie dzwoni. Jest zdziwiony, że zawsze odmawiam pomocy.
Piętro niżej mieszka wścibska sąsiadka. Zawsze starałam się jej unikać, ale tego dnia akurat schodziłam z roczną córką i nie miałam jak jej ominąć. Sąsiadka nachyla mi się nad dzieckiem i "och, jaka ona słodka, a jak pięknie się uśmiecha"... Po całej serii komplementów wyjmuje z torebki lizaka i wręcza go córce. Na to ja delikatnie wyjęłam tego lizaka i oddałam sąsiadce mówiąc, że nie daję dziecku słodyczy i bardzo dziękujemy, ale niech da to komuś, kto z tego skorzysta. A sąsiadka w szoku. Jak mogę nie dawać dziecku słodyczy, zepsuję jej dzieciństwo, dziecko nie będzie wiedziało co dobre itp. Po całej litanii w końcu udało mi się przejść i zapomniałam o całej sprawie.
Po dwóch tygodniach przyszły panie z MOPS-u z donosem, w którym było napisane, że głodzę dziecko, a ono wyje nocami z rozpaczy. No cóż...
Dodaj anonimowe wyznanie