Mam taki zwyczaj, że czasem gram w totolotka. Moja dziewczyna wiele razy powtarzała mi, że to strata pieniędzy i że mam przestać – a ja sumiennie odpowiadałem jej, że kiedyś mi się uda. Mówiłem: „jak się nie gra, to nie można wygrać” i namawiałem ją, by też czasem spróbowała.
Karolina ostatnio kupiła pierwszy los w swoim życiu. Założyliśmy się – jak wygra, to zgadza się na ślub ze mną.
Wygrała prawie tysiaka.
A raczej wygraliśmy oboje – ona pieniądze, a ja szczęście do końca życia!
W 8 klasie podstawówki miałam taki oto przypadek: pewnego dnia bardzo spieszyłam się na autobus, szybko chwyciłam spakowany wcześniej plecak i wybiegłam.
W autobusie odniosłam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą. Nawet czułam się z tym dobrze, stwierdziłam, że muszę nieźle wyglądać.
Kiedy weszłam do szkoły, nadal odczuwałam wzrok kolegów na sobie. I próżnie wierzyłam, że to moja uroda prowokuje taką atencję. Zmieniłam zdanie, kiedy spojrzenia zamieniły się w głośny śmiech. Dopiero moja przyjaciółka mnie uświadomiła, że coś mi się przykleiło do rzepa z tylu plecaka...
Nigdy nie byłam przesadnie porządnicka i rzucałam wszystko na ziemię. Do plecaka przyczepiły się majtki. Gdyby to jeszcze były seksowne, koronkowe majteczki, ale nie! Akurat musiały przyczepić się tak zwane „okresówki”, czyli najgorsze z majtek, ale zarazem najwygodniejsze. Wielkie, żadne fikuśne, rozciągnięte. Tak zwane barchany. Cała szkoła miała ze mnie ubaw do końca roku. Po moich wyjaśnieniach wymyślili nawet wierszyk: „majtki nosi się na dupie, a nie rzuca po chałupie”.
Dzień przed pierwszą randką w moim życiu i to z chłopakiem, z którym znałam się wcześniej tylko z internetu, przeziębiłam się tak niefortunnie, że mój głos brzmiał, jakbym była starą i to wiecznie wkurwioną i obrażoną na cały świat menelicą. Chłopak po moim męskim "CZEŚĆ" był pod takim wrażeniem, że nawet nie dał mi bukietu kwiatów, który miał w ręku. Po 5 minutach "zadzwoniła do niego chora babcia" i musiał się ulotnić. Kwiatki zabrał...
Wczoraj doświadczyłam podrywu marzeń. Siedziałam w KFC i spokojnie jadłam kolację, kiedy to poczułam, że muszę iść za potrzebą. Udałam się więc czym prędzej do damskiej toalety i po chwili wróciłam. Gdy dotarłam do stolika, zauważyłam, że zawartość mojej tacy jest wybrakowana – ktoś ukradł mi nadgryzionego do połowy twistera, ale za to zostawił frytki. Spojrzałam nad stół, a przy nim siedział przystojny brunet i jak gdyby nigdy nic wpieprzał moje żarcie. Na mojej twarzy wymalowało się zniesmaczenie, a chłopak powiedział:
- Do końca życia będę cię zabierał do fast foodów i już nigdy nie podpieprzę ci ani gryza szamy. Tylko wyjdź za mnie, dziewczyno!
Zamurowało mnie. Dosłownie – wybiegłam stamtąd jak poparzona. A dzisiaj cały dzień myślę o tym dziwolągu. Czy coś jest ze mną nie tak, że ten podryw mi się spodobał? Chyba będę siedzieć w tym kefsie przez tydzień, żeby ponownie go spotkać!
Sześcioletni syn mojej siostry strasznie dłubie w nosie. Zwracanie mu uwagi nic nie dawało, więc pokazałam mu zdjęcie Voldemorta i powiedziałam mu, że jak nie przestanie, to będzie tak wyglądał. Póki co pomogło ;)
Często chodziłam rano do pewnego dużego sklepu po śniadanie, które potem jadłam w pracy. Pewnego dnia zaczepił mnie tam mężczyzna, około 50 lat. Podchodzi, wita się i mówi:
"Obserwuję panią już od jakiegoś czasu i po prostu muszę to powiedzieć. Ma pani takie piękne oczy. Jak... chomik! Ale proszę mi wierzyć. Mój syn ma hodowlę chomików, to są takie mądre zwierzątka".
No cóż... Podziękowałam, w końcu nawet dziwny komplement to komplement :D
Każdy chyba zna powiedzenie, które najczęściej można usłyszeć od mamy - "taki tu pie*dolnik, że brakuje tylko, żeby ktoś jeszcze tu nasrał".
Miałam 5 lat, gdy usłyszałam to po raz pierwszy, nie wiedząc, że to po prostu takie powiedzenie.. Domyślcie się co zrobiłam na środku dywanu, gdy mama wyszła i zamknęła drzwi.
Pracuję w poważnej i to niemałej redakcji i redaguję artykuły poważnych dziennikarzy.
Ku*wa, jak mnie szlag trafia z każdym kolejnym tekstem. Jakie oni pie*dolone, za przeproszeniem, błędy robią, jak oni kaleczą język pisany. Każdej innej osobie może bym jakoś starał się wybaczyć, bo generalnie żaden ze mnie grammar-nazi, ale to, co wpada do korekty od prawdziwych, rozpoznawalnych w kraju "profesjonalistów" czasem wymaga godzin pracy, żeby to się nadawało do publikacji czy druku.
Nie mam bladego pojęcia, skąd się to bierze, naprawdę.
Jakiś czas temu stojąc w kolejce do kasy doszłam do wniosku, że czasami babcie są gorsze od młodych i niedoświadczonych matek (nie mylić z "madkami").
Pewna pani w wieku około 60 lat toczyła ciekawą rozmowę ze swoją koleżanką na temat swoich wnuków: jakie one kochane, jakie mądre, jakie grzeczne i ogólnie najlepsze. W pewnym momencie przyznała, że córka zostawiła u niej najmłodszą - trzymiesięczną pociechę, na jeden dzień, ze względu na jakieś sprawy do załatwienia, a ona wyszła do sklepu dosłownie na 10 minut, bo dziecko spało i nie chciała go budzić.
Drodzy Anonimowi, nie jestem jeszcze matką, ale niepojęte dla mnie jest pozostawienie maleńkiego dziecka samego, bez ŻADNEJ opieki w domu, żeby zrobić sobie zakupy! Obecnie tyle mówi się o zatrzymaniu oddechu u maluchów, czy o zachłyśnięciach i innych zagrożeniach. Mniejszym szokiem byłoby dla mnie usłyszeć taką opinię od młodej dziewczyny, ale nie od kobiety, która sama już dzieci wychowała i powinna wiedzieć "z czym to się je". Tym bardziej dziwił mnie fakt, że owa babcia nie była w sklepie jedyne 10 minut, jak sama twierdziła, tylko co najmniej 30 minut (sama tyle spędziłam w sklepie), robiąc zakupy i rozmawiając z różnymi osobami, czego byłam świadkiem, nie tylko przy kasie.
Wiem, że większość młodych mam ma zaufanie do swoich rodzicielek, bo na pewno wiedzą jak się dzieckiem zająć. Niestety coraz częściej odnoszę wrażenie, że z wiekiem ta wiedza się zaciera...
Do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, że istnieje takie coś jak tipsy i myślałem, że wszystkie kobiety zapuszczają takie długie paznokcie.
Dodaj anonimowe wyznanie