Kilka lat temu zaczęłam uczęszczać na kurs prawa jazdy. Moja szkoła jazdy należała do tej kategorii, że na pierwszej jeździe już wyrusza się na miasto, a łuk to sprawa drugorzędna. Wsiadam do samochodu i pan instruktor pokazuje mi, jak się ustawia fotel i przesuwa go. Z uwagi na fakt, iż były to wakacje i ilość chętnych na kursie była naprawdę duża, to jazdy miałam stosunkowo rzadko.
Druga jazda wypadła mi o siódmej rano około tydzień później od pierwszej. Jako że byłam pierwszą użytkowniczką samochodu w danym dniu, to podjechaliśmy z instruktorem na stację, aby mógł zatankować.
Nie mam pojęcia, co mi strzeliło do głowy (to pewnie przez wczesną godzinę), ale spanikowałam, iż nie pamiętam jak się ustawia fotel. Głupio mi było o to spytać i chciałam wykorzystać okazję, kiedy pan wyszedł z autka, aby zapłacić. Zaczęłam nerwowo łapać za wszystkie drążki po lewej stronie, aż w końcu mój fotel całkowicie się położył. Zdenerwowałam się jeszcze bardziej, bo nie umiałam przywrócić go do pozycji pionowej. W końcu udało mi się nacisnąć odpowiedni wihajster i fotel gwałtownie podskoczył do góry, uderzając mnie zagłówkiem w głowę.
Akurat w tym momencie mój instruktor patrzył przez szybę stacji, aby upewnić się, czy nie odjeżdżam jego samochodem... Wyobraźcie sobie jego minę...
O motywacji do treningów słów kilka...
Jako nastolatek byłem raczej z tych "puszystych", nie przeszkadzało mi to za bardzo, ale wzięcia u dziewczyn to ja nie miałem, pojawiały się czasem też docinki ze strony kolegów. Ale podczas studiów wyznaczyłem sobie CEL i wziąłem się za siebie. Siłownia, basen, bieganie, a zwłaszcza ćwiczenia rozciągające. Ponadto bardzo zdrowa dieta, wyeliminowanie chipsów i słodyczy.
Wczoraj, po długim czasie wyrzeczeń, wreszcie mi się to udało. Wczoraj wreszcie CEL został osiągnięty.
Wczoraj wreszcie udało mi się samemu sobie zrobić loda.
PS: Polecam jeść dużo ananasa - dobrze smakuje, i to dwa razy ;)
Nie jestem wierząca, ale co niedzielę uczestniczę we mszy. Dlaczego? Bo kocham śpiewać, a nie potrafię i podczas tej godziny mogę śpiewać ile tylko zechcę i nikt mi nie mówi, żebym się uciszyła.
Kilka lat temu do kamienicy, w której mieszkam, wprowadziło się małżeństwo z dwójką małych dzieci - synowie, jednemu na imię Brajan.
Pewnego razu wieszałam pranie na podwórku, chłopcy bawili się obok mnie pod opieką swojej mamy. Zatrzymałam się jeszcze na papierosa, siadając naprzeciwko kobiety. Pomyślałam, że zagadam, więc spytałam: "Wy w Anglii mieszkaliście, prawda?", na co ta odpowiedziała: "Nie, w Londynie".
Do dziś próbuję to odsłyszeć.
Przeglądając wyznania trafiłam na historię człowieka, który dla dreszczyku emocji grzebał kobietom w torebkach. Przypomniało mi to moje czasy licealno- studenckie.
Na początku liceum mieliśmy zajęcia mikroskopowe na biologii. Jako niezbędne do wykonania ćwiczenia, musieliśmy przynieść żyletki. Jedna z nich wysunęła się z opakowania i latała luzem po wnętrzu mojej torebki. Nigdy sięgając po cokolwiek nie zacięłam się nią, ale znajomi wiedzieli, że nie wolno wkładać tam rąk. Za to był to świetny system antykradzieżowy - przetestowany tylko raz. Mina zlodziejaszka bezcenna, choć zranienie płytkie i niegroźne.
Kiedy zaczęłam mieć stałego partnera, którego czasem proszę o sięgnięcie po coś do torebki, musiałam pożegnać się z tym nietypowym zabezpieczeniem...
Koleżanka po długim czasie suszenia mi głowy w końcu namówiła mnie na wizytę w stadninie. Usiłowałam jej wytłumaczyć, że nie nadaję się do takich sportów, ale nie odpuściła. Chciała, abym złapała bakcyla jazdy konnej i razem z nią robiła sobie hipiczne wypady.
Podczas pierwszej wizyty spadłam z mojego rumaka i zaryłam twarzą w rozmiękłym błocie. Nie mogłam otworzyć oczu, więc po omacku chwyciłam jedną ręką końską nogę, a drugą… płot pod napięciem. Końska noga wierzgnęła i poczęstowała mnie kopytem prosto w twarz. Efekt mojej pierwszej przygody z jeździectwem to wybite dwa zęby i rozcięta warga. Do tego straumatyzowany wierzchowiec uciekł i właściciel tego miejsca musiał przez dwie godziny szukać go w pobliskim lesie.
Koleżanka już nie suszy mi głowy. Przyznała mi rację – nie nadaję się do takich sportów...
Mój ojciec ma obsesję na punkcie mojego życia miłosnego.
Nigdy nie mogłam mieć chłopaka, bo jak ojciec się o nim dowiedział (a zdarzało mu się mnie śledzić), to potrafił mu grozić. Ciągle słyszałam, że mam się nie zbliżać do mężczyzn, bo mnie wykorzystają i zostawią, a "zużytej" nikt nie chce.
Raz nawet lekko podchmielony tata zapytał się, czy jestem jeszcze dziewicą, bo jak nie, to nie mam wstępu do tego domu.
Co ciekawe, mój młodszy brat nie miał tego problemu. Przyprowadzał dziewczyny do domu, chwalił się swoimi podbojami miłosnymi i łóżkowymi. Ja nawet nie mogłam mieć męskich kolegów. Gdy próbowałam rozmawiać o tym z rodzicami, to w odpowiedzi słyszałam tylko te durne powiedzonka typu "jak suka nie da, to pies nie weźmie" czy "jak masz córkę, to pilnujesz całego osiedla". Żadne moje argumenty do nich nie trafiały.
Po mojej wyprowadzce miałam nadzieję, że coś się zmieni, że w końcu będę mogła mieć normalne związki. Jednak mocno się przeliczyłam. Ojciec potrafił dzwonić codziennie, stał pod moją klatką, czasem nawet pod drzwiami i "pilnował". Groził, że jak dowie się, że z kimś sypiam, to nie mam wstępu do domu, a mój bękart będzie wydziedziczony.
Aktualnie zbieram pieniądze na przeprowadzkę do całkiem innego miasta. Planuję kompletnie odciąć się od rodziny.
Mam 25 lat, mieszkam i pracuję w jednym z miast wojewódzkich. Mam również zgraną paczkę znajomych, razem też pracujemy w tej samej branży.
Ostatnio jedna znajoma nieśmiało się mnie spytała, czy coś mnie łączy z jednym z kolegów "z grupy". Kilka osób kiedyś widziało nas, jak po imprezie wsiadamy razem do taksówki, jak czasem gdzieś znikamy, więc pomyśleli, że może ze sobą sypiamy lub tworzymy związek.
Niby nie ich sprawa, ale ciekawość wzięła górę.
Oczywiście zaprzeczyłam, a prywatne spotkania z X usprawiedliwiłam projektami w pracy, nad którymi czasem trzeba przysiąść po godzinach.
X jest moim zdaniem bardzo atrakcyjny, ja jego zdaniem również, bardzo się sobie podobamy, ale wiemy, że charakterami totalnie do siebie nie pasujemy.
Kiedyś gdzieś po kilku drinkach wypłynął pomysł, aby spróbować seksu bez zobowiązań, jednak mimo tego, że czujemy do siebie pociąg fizyczny, stwierdziliśmy, że komuś może stać się przez to krzywda i nie ma sensu narażać fajnej koleżeńskiej relacji.
Co zatem robimy razem po nocach?
Przytulamy się. Śpimy, tulimy się, dotykamy po plecach, ramionach, głaszczemy się po nieerotycznych partiach ciała.
Kiedyś X zorientował się, jak bardzo wewnętrznie cierpię z samotności, więc postanowił mnie przytulić, tak też zasnęliśmy u niego w łóżku.
Od tamtej pory, czyli od ponad roku, raz na jakiś czas odwiedzam go, aby poczuć ciepło i zapach drugiej osoby. Jest dosłownie moją przytulanką.
Mimo tego, że nie robimy nic złego, strasznie wstydzę się tego, że z tej życiowej beznadziejności muszę ukrywać to, że chodzę do jakiegoś faceta, żeby się z nim przytulać.
Historia w stylu: rodzicielstwo - robisz to źle.
Kiedy moja siostra wyszła za mąż i zaszła w ciążę, to rodzice wyrzucili mnie z domu. Z dnia na dzień, po prostu zabrakło dla mnie miejsca.
Teraz, po kilku latach, dziwią się, czemu nie utrzymuję z nimi kontaktu.
Taka anonimowa historia, bo sąsiedzi wciąż myślą, że wyjechałam za granicę w poszukiwaniu lepszego życia.
Jako mały berbeć byłam niesłychanie wygadana. Gdy miałam trzy, może cztery latka moim ulubionym zajęciem było odbieranie telefonu stacjonarnego. Miałam wyćwiczoną swoją formułkę "Dzień dobry, tu Julia, słucham?" i każdego dzwoniącego nią częstowałam. W tym czasie mój tata pracował nad bardzo ważnym projektem.
Pewnego dnia, gdy praca została już złożona na biurko prezesa, tata czekał na telefon, czy szef nie ma żadnych zastrzeżeń. Była to dość spora firma i gdyby wszystko poszło dobrze, tata otrzymałby pokaźną sumkę pieniędzy. Pech chciał, że akurat tego dnia, gdy czekał na telefon, byłam w domu tylko ja i on. Tatę przycisnęła grubsza sprawa, więc z gazetą pod pachą skierował się do kibelka. Jak można się domyślić, w tym czasie zadzwonił telefon. Ja uradowana, że po raz kolejny popiszę się swoją elokwencją, odebrałam telefon i wywiązała się taka oto rozmowa:
- Dzień dobry, tu Julia, słucham?
- Dzień dobry, tu szef taty, czy mogę z nim porozmawiać?
Ja jak to każde szczere dziecko bez zastanowienia wypaliłam:
- Ale taty nie ma, tata robi kupkę.
Po drugiej stronie cisza. Po chwili słyszę, że prezes ze śmiechem odpowiada:
- Dobrze, w takim razie jak skończy to powiedz, żeby zadzwonił do prezesa.
Możecie wyobrazić sobie strach w oczach mojego rodzica, gdy opowiedziałam z dumą, jaką jestem świetną sekretarką. Na szczęście szef nie był zły i wszystko skończyło się dobrze :D
Dodaj anonimowe wyznanie