Za gówniarza (12-13 lat ) z moją kuzynką oprócz śmigania całymi dniami na rowerach po lasach i polach, miałyśmy jeszcze jedno wspólne hobby. No, raczej zajęcie niż hobby, bo zaczęłyśmy rysować komiksy. Jak na tak młody wiek, komiksy te były wulgarne i przede wszystkim zboczone.
Same seksy, sceny łóżkowe, a nawet bicie. Prawie jak porno, ino rysowane. Miałyśmy specjalnie kupione do tego zeszyty. Moje bohaterki zawsze, ale to ZAWSZE musiały mieć wielkie, a nawet ogromne cycki. Rysowanie cycków wychodziło mi wręcz idealnie. Były duże, kształtne i byłam z nich dumna, jak i moje komiksowe bohaterki.
Codziennie wymieniałyśmy się zeszytami, żeby poczytać i rozstrzygnąć, które opowiadanie jest lepsze. Po może miesiącu tych zboczeństw nam przeszło i każda by o tym zapomniała, ALE... Oba zeszyty znalazła ciotka, a mama kuzynki. Tragedia! Kuzynka dostała wpieprz, ciotka wrzeszczała, że jesteśmy nienormalne i prawie zabroniła nam się spotykać. Przeszło jej, ale ja ciotki unikałam chyba z pół roku.
Na dzień dzisiejszy szkoda mi tylko, że tych cycków sama sobie domalować nie mogę.
Tu autorka wyznania #gtJJP
Opowiem jedną z wielu przykrych i dziwnych sytuacji z dzieciństwa.
Miałam 10-11 lat. Cudem zostałam puszczona do koleżanki z klasy (rzadko mi na to pozwalano). Na zewnątrz było w miarę ciepło, więc zostawiłam kurtkę u koleżanki na wieszaku, zaraz przy drzwiach wejściowych. Poszłyśmy rysować kredą po chodniku i ogólnie bawić się na świeżym powietrzu. Kiedy musiałam już się zbierać, to założytłam kurtkę i poszłam do domu.
Nic nie jadłam, miałam ochotę na słodkie, toteż zaraz po powrocie do domu poprosiłam o kawałek czekolady, który dostałam. Tuż przed tym umyłam ręce.
Wcinam sobie spokojnie, kiedy nagle drzwi do mojego pokoju otwierają się z hukiem, a matka krzyczy jednym ciągiem PALIŁAŚ PAPIEROSY PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ CAŁA KURTKA ŚMIERDZI PALIŁAŚ DAJ POWĄCHAĆ RĘKĘ PALIŁAŚ CHUCHNIJ. No więc daje jej rękę, całą w czekoladzie, i chucham, zapachem czekolady. I tu się zaczyna...
UMYŁAŚ RĘCE ŻEBY NIE BYŁO CZUĆ I TEŻ DLATEGO OD RAZU POPROSIŁAŚ O CZEKOLADĘ HURR PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ DURR, monolog oczywiście był dłuższy, zapętlony i bardziej agresywny, jednak szkoda mi znaków. W skrócie zostałam niesłusznie oskarżona o palenie, miałam się przyznać i dostać jakąś karę, ja się wypierałam i tak w kółko, aż usłyszałam, że tylko winny się tłumaczy.
Oczywiście poza "śmierdzącą kurtką" dowodów żadnych. Tłumaczenia, że chodziłam bez kurtki i może ktoś inny palił w pomieszczeniu, gdzie się ona znajdowała, było zupełnie zbyte. TA JASNE BEZ KURTKI NA DWÓR NIE WYMYŚLAJ ZIMNO JEST.
Później było przesłuchanie kto był z nami itd. i po dłuższej rozmowie ostatecznie stanęło na tym, że niby 13-letni brat koleżanki jest palaczem i chodził za nami (nie paląc!), dlatego moja kurtka śmierdziała (XD). To wymyśliła matka jako wytłumaczenie, gdy się dowiedziała po wywiadzie, że brat koleżanki przez chwilę z nami faktycznie był. A ja potwierdziłam jej wersję, aby uniknąć kary. WTF.
Nadal nie wiem co o tym myśleć.
Podobnych sytuacji było więcej. Fałszywe oskarżenia bardzo mnie stresowały, nigdy nie wiedziałam, kiedy matka coś sobie ubzdura i mnie za to ukarze.
Miałam prawie idealne życie. Wspaniałego męża, z którym byliśmy bardzo szczęśliwi. I staraliśmy się powiększyć naszą rodzinę. Pracę, którą uwielbiałam i w której czułam się doceniana. Plany, marzenia... Jedynym problemem był Michał - kolega z pracy. Karierowicz, szowinista i psychopata. Świetny manipulator, który okręcił sobie wokół palca naszą szefową - a koleżanki traktował przedmiotowo (delikatnie mówiąc). Ze względu na jego dobre relacje z przełożoną, zespół mu ustępował i pozwalał się źle traktować. Wyjątkiem byłam ja (nie daję sobie w kaszę dmuchać). Konflikt szybko eskalował i stałam się jego wrogiem numer 1.
Po pewnej większej awanturze szefowa zakomunikowała nam: "Cenię kompetencje was obojga, jesteście dorośli, macie to rozwiązać". Kilka dni później mieliśmy wyjazd integracyjny. Wtedy też Michał - po raz pierwszy - wyciągnął do mnie dłoń na zgodę. Przysiadł się, zaproponował piwo. Widziałam, że bardzo się starał. Więc też się starałam. Piliśmy i gadaliśmy, a mi zadziwiająco szybko urwał się film - pewnie przez stres i zmęczenie.
Obudziłam się następnego dnia, w swoim pokoju hotelowym, "w opakowaniu" (wczorajszy makijaż i ciuchy), z mega kacem - również moralnym. Było mi cholernie wstyd, że "dałam się ponieść melanżowi" na firmowej imprezie. Koleżanki i szefowa za to podkreślały szarmanckie zachowanie Michała, który widząc mój stan odprowadził mnie do pokoju, nie pozwalając, bym skompromitowała się śpiąc na krześle na imprezie.
Niestety, po imprezie konflikt z Michałem trwał w najlepsze - a nawet jeszcze bardziej eskalował, jeśli to w ogóle możliwe. Z czasem przestałam się jednak tym przejmować, bo życie nadało mi inne priorytety - wkrótce miałam zostać mamą :)
Od 1,5 roku mam cudowną córeczkę. Uwielbiam ją, ale przede wszystkim jest oczkiem w głowie tatusia.
Niedawno wróciłam z urlopu macierzyńskiego. Akurat kilka dni przed kolejną imprezą firmową. Tym razem jednak nie piłam alkoholu. Pod koniec imprezy dosiadł się do mnie Michał. Wspominał poprzedni wyjazd i wyjaśnił, co właściwie się wtedy wydarzyło. Wrzucił mi pigułkę, zrobił co chciał w pokoju hotelowym, a potem doprowadził mnie w miarę do porządku, bym niczego się nie domyśliła. Dlaczego? Bo inaczej nie dałabym się zdominować. To jedyny sposób, by mógł mi pokazać, kto nad kim góruje. A teraz do końca życia będę się zastanawiać, czy to prawda.
Michał chyba nie potrafi liczyć. Ja potrafię i szybko zorientowałam się, że moja córeczka urodziła się 9 miesięcy później.
W tajemnicy przed wszystkimi zrobiłam test. Mój mąż nie jest ojcem Julki. Codziennie widzę jego szczęście, gdy się z nią bawi. I wiem, że mam dwa wyjścia - żyć w kłamstwie lub zburzyć nasze szczęście. Codziennie mnie to zabija. Prawdę znam tylko ja. I Wy.
Z pozoru moja relacja z mamą wygląda OK. Z pozoru. Tak naprawdę w okresie dojrzewania nie wytłumaczyła mi nic. Pierwszy okres? Usłyszałam "wiesz, gdzie są podpaski?". Pierwszy stanik? "A po co ci?" Maszynki do golenia nie kupiła mi nigdy, musiałam podbierać taty.
Nie wytłumaczyła, jak powinnam dbać o higienę.
Mam młodszą siostrę, ostatnio młoda dostała okres, mama przyszła do mnie, żebym to ja z nią pogadała, bo dostała "TEGO". Nawet teraz, gdy mam 22 lata uważa, że to głupota myć się codziennie, jak siedzę akurat w domu. O depilacji już nie wspominając.
Kocham swoją mamę, dba o nas na innych płaszczyznach, jednak mam do niej trochę żal, że nie nauczyła mnie, jak być kobietą.
Moje życie nie było usłane różami i do tej pory jest ciężko w niektórych momentach. Matka alkoholiczka zdradzająca mojego ojca przez ponad 20 lat. Ojciec szybko wpadający w gniew i wyżywający się na niej bądź na biednych zwierzątkach. To było na początku ich związku i wdarło się w moje dziecięce lata. Historia bardzo krótko sformułowana, bo nie zmierzam do robienia z siebie ofiary losu... No właśnie.
Przeraża mnie myślenie ludzi. Wiele razy opowiadając historię (co wiąże się z tym że komuś ufam) słyszę coś w stylu "robisz z siebie ofiarę losu, inni mają gorzej". Wiem.
Są dzieci w Afryce, które głodują, teraz w Australii umierają zwierzęta. Współczuję bo to przykre, bo rozumiem ich ból. Jednakże nie jestem nimi. Jestem sobą ze swoimi przeżyciami i zmartwieniami. Moje problemy charakteryzuje to że są moje. I co ma mój sąsiad, którego okradli z moimi problemami...
Czy ja w ten sposób pokazuje egoizm? Próbuje zrobić z siebie ofiarę losu?
Kiedyś myślałam, że to ludzkie mówić o swoich problemach, podzielić się o tym z kimś. A potrafię słyszeć, że ktoś ma gorzej, bo mama każe mu się uczyć niemieckiego. Chciałabym żeby ludzie byli bardziej ludzcy w stosunku do samych siebie.
Lubię jeść rzeczy. Tak, RZECZY. Teoretycznie coś, co nie jest do jedzenia np. kredę albo papier. Często jak ktoś nie widzi mam ochotę polizać ścianę. Surowymi ziemniakami też nie pogardzę. A na noc uwielbiam dosłownie chrupać kostki lodu. Dla wszystkich dobrodusznych - tak, robię badania, ale na własną rękę. Nie umiem przyznać się przed lekarzem o tym.
Z okazji świąt razem z rodzicami i moim bratem wybraliśmy się do babci, do której zjeżdżała się cała rodzina. Zdaje mi się, że miałam wtedy 13 lat. U babci razem z całą gromadką dzieci zaczęliśmy się bawić w chowanego.
Babcia w łazience miała wannę z taką zasłonką, którą można było się zasłonić, by nikt nie widział osoby, która bierze kąpiel. Wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem, więc usiadłam na oparciu wanny między ściana a tą zasłonką. Pamiętam, że nikt przez długi czas nie mógł mnie znaleźć i kiedy miałam już wyjść ze swojej kryjówki, do łazienki wbiegł wujek i zaczął srać.
Okropnie się wtedy bałam, że wujek mnie zobaczy podczas siedzenia na tronie... Koniec końców siedziałam w łazience z niczego nieświadomym wujkiem przez 10 minut (najgorszych w moim życiu).
Ale i tak wygrałam w chowanego.
Byłam opiekunką w DPS - dom dla osób starszych.
Normą jest tam przyjęte, że jedną gąbką myje się każdego podopiecznego "od głów do stop". A mieszkańców jest na jednym oddziale 20. Pampersy są wymieniane 2x dziennie. A ksiądz tam pracujący potrafi zjawić się o 22 i odprawiać msze. A wszystko to za 4500 zł miesięcznie, które płaci rodzina za pobyt mamy/taty w takim miejscu.
Nie kryłam zdziwienia, gdy kilka dni temu odezwała się do mnie kobieta z nazwiskiem takim samym jakie ma mój były, nie było ono tak popularne jak na przykład Nowak, więc od razu wiedziałam, że ta pani ma coś z nim wspólnego. Lekko poddenerwowana zaczęłam czytać dość długą treść wiadomości. Kobieta pisała, że jest żoną mojego byłego, że spodziewają się razem dziecka i bardzo mnie prosi o oddanie jakiegoś starego albumu, który Marcin u mnie zostawił, gdy jeszcze byliśmy razem. Nie napisała nic złego, a jednak z nerwów aż zrobiło mi się słabo. Przez kilka minut siedziałam nieruchomo, trzymając palce na klawiaturze. W końcu odpisałam, że przeprowadziłam się dawno do innego miasta, a moje stare mieszkanie zostało sprzedane, więc niestety jeśli album gdzieś został, to już nie jest do odzyskania. Podziękowała mi i tyle.
Narzeczony, który siedział obok, spojrzał na mnie z wyrzutem i spytał, czemu jej nie ostrzegłam.
Fakt jest taki, że album razem z resztą rzeczy byłego został przeze mnie wyrzucony za drzwi, gdy po ponad roku znęcania się nade mną psychicznie i przyczynienia się do tego, że poroniłam, Marcin został wyrzucony z mojego mieszkania. Dodatkowo cały ten czas był przeze mnie utrzymywany, ponieważ nie mógł utrzymać się w pracy, bo brał i ukrywał ten fakt dość długo. Mnie również nakłaniał do szybkiego ślubu, na szczęście odrobina zdrowego rozsądku mnie od tego odwiodła. Po czasie dowiedziałam się również, że zdradzał mnie z dziewczyną, której brat załatwiał mu towar.
Nie wierzę w przemianę Marcina, przede mną także była dziewczyna, której zrobił dziecko, a po rozstaniu widział je dwa razy przez cztery lata, w tym raz, kiedy był ze mną. Marcin zniszczył mnie tak bardzo, że nawet teraz po trzech latach mam koszmary nocne, w których krzyczy na mnie, wyzywa od najgorszych, bo jest na głodzie a ja nie chcę dać mu pieniędzy.
Teraz sama nie wiem, czy powinnam skorzystać z okazji i wszystko jej napisać, czy jednak odpuścić. Nie chcę mieć na sumieniu kolejnego dziecka...
W wieku wczesnoszkolnym, kiedy jeszcze mieszkałam z rodziną w bloku, za każdym razem, gdy szłam na „dłuższe posiedzenie” do toalety zabierałam ze sobą książeczkę do nabożeństw. Potrafiłam na kibelku spędzić godzinę, wyśpiewując ulubione pieśni i kolędy. Szkoda tylko, że mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze, więc nie miałam pojęcia, jak bardzo roznosi się ten dźwięk w toalecie mieszkania poniżej.
Dodaj anonimowe wyznanie