Moja najlepsza przyjaciółka od kilku tygodni ma chłopaka. W Janku kochała się już dobre pół roku, więc teraz jest w niego zapatrzona jak w obrazek. Cieszę się jej szczęściem, jednak zauważyłam, że Janek… trochę ją wykorzystuje i nieraz się z niej naśmiewa przy swoich głupich kolegach. Anka ma takie klapki na oczach, że nie widzi tego, jak jest traktowana. Nie dość, że się diametralnie zmieniła od kiedy zaczęli być razem, to jest dla niego jak na pstryknięcie palca. Uważam, że jej chłopak powinien mieć do niej więcej szacunku, ale gdy tylko wspomnę o tym słowem, moja przyjaciółka się obraża i twierdzi, że jestem zazdrosna.
Dla przykładu, na ostatniej imprezie namówił ją żeby zdjęła bluzkę i tańczyła na stole, a ta, bez chwili zastanowienia, zrobiła co jej kazał. Widać, że wszyscy nabijają się z niej, a ja nie mogę na to patrzeć. Jest mi strasznie przykro, że moja najlepsza przyjaciółka oddala się ode mnie i nie chce mnie słuchać, podczas gdy mi zależy tylko na jej szczęściu i zwyczajnie się martwię. Postanowiłam, że będę śledzić Janka i zrobię wszystko, by zdobyć dowód na to, że celowo bawi się Anią. Mam nadzieję, że uda mi się odzyskać dawną przyjaciółkę… Muszę tylko znaleźć sposób na tego drania. Wszelkie pomysły od speców od zemsty mile widziane.
Postanowiłam zaskoczyć mojego narzeczonego, który aktualnie jest w delegacji i wysłałam mu kilka bardzo pikantnych zdjęć. W odpowiedzi dostałam automatyczny, facebookowy kciuk w górę... i nic więcej. To było dwa dni temu.
Mam czterech współlokatorów. Czuję się w ich towarzystwie tak niezręcznie, że zawsze czekam w swoim pokoju aż wszyscy wyjdą z domu, żeby swobodnie skorzystać z toalety.
Chyba każdy zna vlogerki. Dziewczyny nagrywające filmy, gdzie pokazują swoje życie, zakupy, gotowanie, modę, kosmetyki i wszystko co generalnie je otacza. Zaczęłam owe panie oglądać mając lat 13-14. Fascynowało mnie ile kosmetyków i ubrań te dziewczyny mają. Nie rozumiałam jeszcze wtedy, że to przez współpracę. Mi w życiu nigdy niczego nie brakowało, zawsze miałam co jeść, w co się ubrać, rodzice nie żałowali mi pieniędzy na drobne przyjemności. Mimo to byłam w transie kolorowych kosmetyków, czasopism i pierdół do domu.
Wiedziałam, że od rodziców nie dostanę pieniędzy na te przedmioty, ale z nieznanych mi powodów czułam silniejszą ode mnie potrzebę posiadania ich wszystkich, wszystko co moje ulubione vlogerki reklamowały. I tak się zaczęło.
W wieku 14 lat zaczęłam kraść. Na potęgę. Kosmetyki, ubrania, ozdoby do domu, perfumy, słodycze. Długo nie zostałam złapana, raz ochroniarz sprawdzał mi reklamówkę, ale nic nie znalazł. Trwało to do 17 roku życia, aż po przyjściu do drogerii w moim małym mieście pani ekspedientka poprosiła mnie na zaplecze i kazała oddać pieniądze za kradzież ostatnich rzeczy. Przy okazji powiedziała, że od dawna mnie obserwowała. Na szczęście kwota nie była duża, coś około 40 zł, więc miałam na zapłatę i nie wezwano policji.
Teraz mam 20 lat i pracuję, nie kradnę, bo jak coś chcę, to sobie kupuję, poza tym nie potrzebuję nagle tysiąca pomadek czy kilku podkładów. W tej drogerii nie pokazałam się od 3 lat. Wstyd mi okropnie, nie wiem dlaczego te reklamy miały na mnie taki wpływ. Nie wyobrażam sobie coś teraz ukraść, wtedy było to dla mnie normalne...
Uczęszczałam do dosyć dobrej podstawówki w średniej wielkości mieście. Dobrej w cudzysłowie. Było to właściwie od początku dzielenie na lepszych i gorszych, a najlepsze w tym wszystkim było to, że wszystko działo się za zgodą rodziców.
Już przy zapisach do pierwszej klasy dzieci były oceniane. Przy rekrutacji patrzono na konkursy w jakich wygrywało dziecko, opisy zdolności itd. Na tej podstawie kwalifikowano je do danej klasy, im wyżej w alfabecie, tym wyższy poziom narzucano uczniom. Mnie przydzielono do najlepszej - A, prawdopodobnie za wygranie ogólnopolskiego konkursu, bo poza tym nigdy nie byłam jakaś wybitna.
Poziom klas był skrajnie różny. W momencie gdy moja zaczynała działania z X, klasę D dopiero wdrażano w mnożenie. I nikomu to nie przeszkadzało, bo w sumie dzieci rozwijały się w miarę swoich możliwości. Niestety potem było gorzej.
W 4 klasie naszą wychowawczynią została W. Była pozornie miła i uśmiechnięta, taka kochana ciocia, niestety tylko pozornie. Miała ogromne wymagania, i mówiąc ogromne nie przesadzam. Narzucała nam wszystkie konkursy i występy, dosłownie wszystko co się nawinęło. Dyrekcja miała umowę z wychowawcami, że jeśli rada postanowi zorganizować np. przedstawienie, nauczyciele mieli zapytać uczniów kto chce występować, a kto nie. Cóż, najwyraźniej W. tego nie usłyszała... Każdy spektakl, prezentacja, wszystko na nas. Konkurs matematyczny? Moje pójdą! Recytacja? Mam takie fajne dziewczynki, one są z tego dobre! Taniec i śpiew? Mam kogoś jak znalazł! Nigdy nie pytała nas o zdanie, o wszystkim dane osoby dowiadywały się w sumie ostatnie, chociaż dotyczyło to bezpośrednio ich. Wkurzało nas to, ale rodzice uważali, że oczywiście kiedyś było gorzej i że my nie doceniamy starań W...
Któregoś dnia okazało się, że W. zgłosiła mnie do konkursu, bodajże "tę książkę warto przeczytać". Powiedziano mi, że opowiem kilka zdań przed publiką i tyle, cóż, okazało się inaczej. W. napisała i wydrukowała mi 2 kartki A4 tekstu do wykucia (miałam 11 lat!). Mało tego, kazała mi zostawać w szkole i się tego uczyć, "bo inaczej tego nie zrobię". I nie obchodziło jej, że miałam prawie codziennie szkołę muzyczną. Płakałam i czytałam, często siedziałam głodna i nie mogłam wyjść do toalety. Ze szkoły wracałam ostatnia, spóźniałam się na zajęcia. Finał był taki, że nabawiłam się ogromnego stresu, i mimo że się nauczyłam, podczas występu... popuściłam. Oczywiście uciekłam i popłakałam się, W. robiła mi za to wyrzuty i śmiała się ze mnie. Okazało się także, że nie tylko mnie tak traktowała. Co dziwne, ona nadal uczy.
Mam w domu dwie nauczycielki. Jedna uczy religii, druga kulturoznawstwa (WOK) i zajęć artystycznych.
Za każdym razem jak jest jakiś strajk czy protest, krzyczą najgłośniej o braku czasu, sprawdzianach, wyzysku itd.
W domu sprzątam, gotuję, piorę i ogarniam ja. Syn jednej z nich. Spawacz na 12-godzinnych zmianach.
Wykorzystuję swojego stalkera.
W mojej pracy przeniesiono mnie do nowego działu. Praca w nowym dziale bardzo szybko okazała się strasznie nudna. W ciągu godziny potrafiłam wykonać wszystko, co było zaplanowane na cały dzień. Dodatkowo wszystkie strony internetowe w biurze były zablokowane.
I tutaj na pomoc zjawił się nowy kolega z nowego działu. Sympatyczny, miły chłopak - nazwijmy go X - który zaproponował, że zainstaluje mi komunikator, przez który będziemy pisać w wolnym czasie w pracy, dzięki czemu nie będziemy się tak nudzić. Skorzystałam z tej opcji i zaczęliśmy pisać praktycznie cały czas przez te 8 godzin.
Pierwsze czerwone flagi pojawiły się dość szybko. X zaczął po tygodniu pisania przez komunikator mówić mi, że jestem najważniejszą osobą w jego życiu. Mówił mi, jak bardzo się cieszy, że mnie poznał i że dzięki mnie wszystko jest lepsze. Opowiadał o swoich największych tajemnicach podkreślając co chwila, że jestem idealna. Wówczas mówiłam, by przestał i się uspokoił i w końcu to zrobił. Przynajmniej tak myślałam.
Pewnego dnia na FB napisał do mnie kolega z pracy i jednocześnie przyjaciel X. Wysłał mi screeny rozmów z X, gdzie ten wysyłał mu moje zdjęcia z ukrycia. Były to zdjęcia z różnych dni. Pierwszym było zdjęcie przedstawiające mnie wsiadającej do auta przed naszą firmą. Kolejnym jakieś zdjęcie na stołówce. Ostatnim zdjęciem było... zdjęcie domofonu z moim nazwiskiem. Zdjęć było więcej. Przyjaciel X powiedział, że początkowo nic nie mówił, bo wyglądało to jak głupie żarty, jednak kiedy zobaczył, że ten człowiek przyjechał pod mój dom w okresie świąt, bo nie pisałam do niego przez ten czas, to postanowił mnie ostrzec. Dodam tylko, że mieszkam na wsi i do miasta w którym pracuję i jednocześnie zamieszkania X dojeżdżam 30 minut w jedną stronę.
I mimo wszystko... nic z tym nie robię. X przynosi mi słodycze, kupuje kawę z automatu, czasami postawi obiad na stołówce, poczęstuje papierosem. Jednak mimo wszystko głównym aspektem, dla którego dalej z nim piszę jest fakt, że naprawdę nie chcę wrócić do patrzenia w ekran monitora przez 7 godzin. W telefonie siedzieć też nie mogę, ponieważ w moim biurze są kamery. Obecnie szukam pracy, ponieważ na tej mi nie zależy, a muszę się odciąć od tego człowieka. Wykorzystuję zatem X tylko po to, by nie musieć zamykać i otwierać tego samego pliku przez godzinę i próbuję ignorować fakt, że ten człowiek może mnie śledzić w drodze do domu.
Chciałbym się podzielić wyznaniem, którego się wstydzę do dzisiaj.
Jako że wychowywałem się w dosyć nieciekawej dzielnicy, to gaz nosiłem już od 13 roku życia, takie były czasy wtedy. Kiedy dorobiłem sobie kilka groszy, kupiłem tani, ale dobry paralizator. Można ustawić sobie na nim program od 1-3. Pierwszy tak trochę szczypie, ale odczuwalny ból, dwójka boli strasznie, że przeciwnik się odsuwa, no i trójka, która powala przeciwnika.
Kiedy miałem 17 lat, jeździłem w weekendy do dziewczyny PKS-em. Raz podczas takiego wyjazdu było strasznie gorąco, upał jak diabli, a pojazd stary, nie miał klimatyzacji, więc wszyscy otwarli okna. I weszła taka stara baba i stwierdziła, że jej wieje, więc zaczęła te okna zamykać. Wszyscy zwracali jej uwagę, by tego nie robiła, a ta dalej swoje. Ja jeszcze miałem ok. 40 minut jazdy, więc pomyślcie sobie w jakim dojechałbym na miejsce, o ile bym dojechał. Otworzyłem okno, a ta stara baba idzie do mnie z myślą, że zaraz mi je zamknie. Niewiele myśląc wyjąłem paralizator, nastawiłem na program pierwszy. Podeszła. I CYK STARĄ BABĘ PRĄDEM. Odsunęła się, wszyscy znów otwarli okna. Babce już nie wiało.
Kilka lat temu byliśmy z mężem w knajpie. Czekaliśmy na jedzenie, kiedy zauważyliśmy naszą córkę z chłopakiem. Podeszli do nas, Kaja przedstawiła nam tego młodego mężczyznę, a ja cały czas miałam nieodparte wrażenie, że gdzieś już go widziałam. Remik i moja córka zostali parą, bardzo go z mężem polubiliśmy. Jednak przez cały czas gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że gdzieś już go kiedyś spotkałam.
Dzieciaki zamieszkały razem, po 2 latach się zaręczyły, aż w końcu jakiś czas temu powiedzieli nam, że planują już ślub. Stwierdzili też wtedy, że chcą nas poznać z rodzicami Remika. Zaprosili nas do siebie na kolację. Byliśmy pierwsi, niedługo później przyszli rodzice mojego przyszłego zięcia. Kiedy zobaczyłam jego ojca, olśniło mnie.
Jakieś 20 lat temu miałam stłuczkę z tym facetem. Wymusił pierwszeństwo. Dogadaliśmy się, bo szkody były nieduże, jednak on miał straszne wyrzuty sumienia, bo zostawił mi swój numer i powiedział, że jego przyjaciel jest blacharzem i lakiernikiem i naprawi szkody, oczywiście na jego koszt. Powiedziałam mu, że nie ma takiej potrzeby, ale nalegał. W końcu umówiliśmy się, auto zostało naprawione, a on chciał ode mnie czegoś więcej. Przyznaję, facet jest bardzo w moim typie i podobał mi się, wyszłam z nim raz na piwo i gdyby nie moja trzeźwość umysłu, to mogłoby się to skończyć gorzej. Jednak w porę się opamiętałam, miałam męża i trójkę małych dzieci. Kontakt z nim zerwałam, ale przez kilka dobrych lat wracał do mnie we wspomnieniach i snach. Kiedy już na dobre o nim zapomniałam, okazało się, że jest ojcem narzeczonego mojej córki.
Wyszliśmy na papierosa, powiedział mi, że wtedy był bliski rozwodu z żoną i coś do mnie poczuł. Zamurowało mnie, powiedziałam mu tylko, że to były stare dzieje i nie ma co do tego wracać.
Tak naprawdę od tamtej pory cały czas o nim myślę, spotkaliśmy się kilka razy (w związku z przygotowaniami do ślubu naszych dzieci) i coraz częściej dopadają mnie myśli o skoku w bok. Za każdym razem się jednak hamuję, jestem osobą, która brzydzi się zdradą też dlatego, że mój ojciec zdradził mamę i przez to nasza rodzina się rozpadła. Nie mogłabym zrobić tego mężowi ani córce. Boję się jednak, że przegram z samą sobą.
Pochodzę z przeciętnej klasy średniej, mama urzędnik państwowy, ojciec dobrze prosperujący hydraulik. Nigdy nie było u nas patologii, do czasu.
Pierwszy raz zdarzyło się to, jak miałam jakieś 11 lat. Ojciec wpadł do mnie do pokoju, krzycząc, że mam oddawać pieniądze i to natychmiast. Nie wiedziałam co się dzieje, nie wzięłam żadnych pieniędzy. Momentalnie zaczęłam płakać, bo ojciec nigdy nie krzyczał, co opacznie uznał za przyznanie się do winy. Stłukł mnie wtedy dosyć mocno, aż nie mogłam siadać do końca dnia i dostałam szlaban dosłownie na wszystko.
Sytuacja potem powtarzała się regularnie. Minimum raz w miesiącu tata wpadał, tata bił, mówił, że jestem złodziejem, niewychowaną kurwą (tak, mówił to do dziecka) i mam mu natychmiast oddać pieniądze. Rzecz jasna, moje tłumaczenia na nic się nie zdawały. Matka albo nie reagowała, albo mówiła tylko "Mariusz, tylko nie w głowę". A im byłam starsza, tym bił dotkliwiej.
Próbowałam jakoś rozsądnie podejść do sytuacji. Chciałam ją wyjaśnić, wytłumaczyć się w jakiś sposób. Pamiętam, że któregoś popołudnia ojciec wrócił wcześniej, matki nie było. Powiedziałam mu, że ja naprawdę nie brałam żadnych pieniędzy, że dla mnie 200 zł miesięcznie to bardzo dużo i nie wiedziałabym co z taką sumą zrobić. Starałam się mu pokazać brak logiki w jego rozumowaniu. Tłumaczyłam, że ani nie mam kiedy kupić sobie słodyczy, bo zawożą i odwożą mnie do szkoły, ciuchów też nie mam nowych, a przecież przetrząsał mój pokój milion razy i nic nie znalazł. Miałam wtedy jakieś 14 lat i przeszłam wiele awantur z powodu mojego rzekomego złodziejstwa. Pamiętam, że tata tylko się zamyślił i kazał mi iść do pokoju.
Na jakiś czas był spokój, a potem niespodziewanie tata wrócił wcześniej i złapał mamę na gorącym uczynku, jak wyciąga mu z koperty z barku 200 zł. Tata dużo wtedy płakał, nie mógł uwierzyć, szlochał pytając matkę jak mogła. Nie było mi go ani trochę żal. Cieszyłam się widząc jak płacze przez swoją pomyłkę. Nigdy nie czułam takiej satysfakcji. Matka przyparta do muru przyznała się do wszystkich kradzieży, tłumacząc się tym, że porządne lanie mi nie zaszkodziło, a ona przynajmniej nie musiała oddawać ojcu pieniędzy, które tak sumiennie odkładał.
Tata mnie przeprosił, matka nie widziała ku temu powodu. Wyniosłam się zaraz po skończeniu szkoły. Z tatą czasami rozmawiam, trochę mu wybaczyłam jego pomyłkę, z wiekiem zrozumiałam, że to normalne, że wierzył żonie. Do matki nie odezwałam się od 6 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie