Historia trochę ku przestrodze i o tym by się nie poddawać. Mam nadzieję, że jeśli ktoś jest lub będzie w podobnej sytuacji, wyniesie z tego pociechę.
Moi rodzice mieli wypadek na motorze. Gdy wyprzedzali auto na lewym pasie, ono nagle skręciło i uderzyli prosto w nich. O ile z mamą było w miarę ok (obicie i złamanie rzepki) to z tatą nieporównywalnie gorzej. Wstrząśnienie mózgu, pokruszona pięta, złamanie rzepki i totalnie rozwalony staw biodrowy, który wpadł do środka.
Tatę przez prawie miesiąc przewozili ze szpitala do szpitala bo każdy fachowiec w promieniu 150 km rozkładał ręce i mówił, że nie podejmie się operacji. Raz trafili się idioci, którzy dopiero po otworzeniu go rozkładali ręce albo zmieniali umiejscowienie wyciągu, raz rozwiercając mu pietę, a raz kolano.
Nie dawano nam nadziei. Padały hasła o tym jak jest źle, o trwałym kalectwie, o kuleniu do końca życia, rencie lub nawet o tym, że już nigdy nie wstanie z łóżka. Lekarze bez mrugnięcia powieką opowiadali, że każdy szpital ma prawo odmówić przyjęcia pacjenta i nic nie można na to poradzić, o tym by szykować się na najgorsze.
Po pięciu tygodniach takich rozmów, mama była na skraju załamania nerwowego, a bliscy mi ludzie przestali patrzeć w oczy. Ja jednak jeździłam od lekarza do lekarza, wizyta za wizytą, każdy jeden polecał mi następnego. Szukanie trwało kilka tygodni ale w końcu udało się. Lekarz przyjął mnie o 22 w niedzielę, w swoim domu, zaparzył herbaty i wziął się do oględzin złamań. Po 15 minutach była już decyzja żeby tatę wziąć na oddział, na drugi dzień już tam był. Po zrobieniu badań miał ostałoby termin operacji. Okazało się, że inni lekarze przeoczyli jeszcze kilka mniejszych złamań. Lekarz dzwonił do mnie codziennie żeby zdać relacje, sam chodził do taty i wyjaśniał mu jaki będzie następny krok, jak wygląda operacja i co go może czekać w najbliższych latach. Nie mogliśmy chcieć więcej.
Po operacji tata stał się mobilny. Pomimo tego, że kości wciąż były połamane, mógł chodzić o kulach. Nieduże dystanse ale była to lepsza perspektywa niż łóżko do końca życia.
Lekarz gwarantował nam, że tata odzyska minimum 90% sprawności i tak też się stało. Tata, po 3 latach od wypadku i masie godzin rehabilitacji chodzi. Ma się dobrze, jakby nigdy nie był połamany.
Wiem, że nie lubicie morałów ale muszę Wam to powiedzieć. Nie poddawajcie się. Jeden lekarz to nie wyrocznia. Sytuacja może się wydawać fatalna ale wszystko zależy od tego, kto na nią patrzy.
Jakiś czas temu pracowałam w rejestracji radiologii. Umawiałam terminy między innymi na badania USG.
USG robiliśmy tylko brzucha i tarczycy.
Pewnego dnia odbieram telefon i słyszę głos kolegi śmieszka flirciarza, i w końcu słyszę pytanie:
- Czy robicie USG prostaty?
Na co ja wiele nie myśląc zalotnym głosem:
- Jeśli chcesz to ja mogę ci zrobić USG prostaty.
- Słucham? - usłyszałam totalnie zszokowanego faceta.
- Seweryn?
- Nie, Marcin...
Oczywiście przeprosiłam i wyjaśniłam, że takiego badania nie robimy. Jak później kolega się dowiedział to płakał ze śmiechu.
Panie Marcinie, jeśli to pan czyta to jeszcze raz pana bardzo przepraszam!
Pewnego razu gdy wracałam z mamą z zakupów zobaczyłam Murzynkę. Miałam wtedy ok. 7 lat, więc widok Murzynki był dla mnie czymś zupełnie nowym. Pani w pewnym momencie głośno zakaszlała. Ja ze zdziwioną miną mówię do mamy: "Kaszle po polsku!"...
Mam 17 lat, a moja siostra 11. Zawsze odkąd pamiętam, gdy miała cykora po jakimś filmie i bała się spać sama, zostawiała mi na stoliku kartkę z pewną zawartością. Po rozszyfrowaniu jej pisma, brzmiało to mniej więcej tak: "Droga X daję ci moje 3 zł, w zamian za moje ostatnie pieniądze możesz dać mi nocleg, pozdrowienia twoja Y.
PS. Błagam nie wykurz mnie. Zapłata za jedną noc". Oczywiście ja, jako dobra siostra zgadzałam się, a kasę wrzucałam jej do skarbonki.
Pewnego pięknego dnia gdy weszłam do pokoju, moją uwagę przykuły banknoty wysokiej wartości (w sumie jakieś 100 zł) wystające spod kartki. Wiadomość brzmiała następująco: "Droga X, tu Y, to jest okup za spanie do końca roku. Pozdrawiam".
Stwierdziłam, że skoro gotowa jest poświecić taką sporą kwotę, aby każdego ranka budzić się koło mojego ryja, to nie zostało mi nic innego, jak się zgodzić. Tym razem pieniądze oddałam jej do ręki, a ona z ogromnym zacieszem w oczach pytała, czy aby na pewno chcę jej to oddać. Ale w końcu to była jej forsa, więc co miałam innego zrobić.
Kilka miesięcy później po tym zdarzeniu siostra powiedziała mi, że dzięki mnie uzbierała na nowy telefon. Jakie wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że pieniądze, którymi mnie "przekupywała", wyciągane były z mojej skarbonki.
Myślę, że wielu z was kojarzy głośną ostatnio kłótnie jednej z trenerek fitness z aktywistką, która ją skrytykowała. Jeżeli nie, to polecam przeczytać artykuł owej aktywistki.
Ja, jako osoba z zaburzeniami odżywiania chciałabym dodać coś od siebie.
Parę lat temu byłam dość aktywna w mediach społecznościowych. W pewnym momencie zaczęłam dostawać bardzo negatywne prywatne wiadomości i komentarze, które mnie strasznie zabolały. Krytykowana była przede wszystkim moja okrągła buzia. Zawsze byłam szczupłą osobą, ale miałam okrągłą twarz. Przez te wszystkie komentarze postanowiłam schudnąć i liczyłam na to, że wtedy będę miała ładne, wyraźne kości policzkowe, szpiczasty podbródek itd. - jednym słowem taką twarz, jak większość osób po operacjach plastycznych. Wtedy jednak nie myślałam, że to ingerencja chirurga - byłam pewna, że wystarczy schudnąć.
I tak zaczęłam się głodzić, dużo ćwiczyć i codziennie obserwować twarz w lustrze. Chudłam na całym ciele, tylko nie na twarzy. Przeskakując do przodu w najgorszym momencie ważyłam 38 kg, a twarz dalej wydawała mi się ogromna. Byłam w szpitalu, do tej pory chodzę na terapie i ważę 52 kg. Chciałabym powiedzieć, że wyzdrowiałam, ale to nie jest prawda. Ciągle podświadomie liczę kalorie, codziennie mówię sobie, że mogę zjeść kanapkę, nie muszę iść dzisiaj biegać itd. Kosztuje mnie to wiele wysiłku i tak pewnie będzie do końca życia.
I tutaj przechodzę do artykułu krytykującego branże fitness. Dla trenerek treningi i trzymanie diety są praca. Teraz wiem, ze normalna osoba raczej nie będzie miała takiego ciała jak one. Dodatkowo poprawiają swoją urodę zabiegami, czego się wypierają, narzucając tym samym nierealne standardy i wpędzając ludzi w kompleksy.
Jeszcze podkreślają jak ważna jest samoakceptacja, a same retuszują zdjęcia i na tych zrobionych przez paparazzi wyglądają zupełnie inaczej. Uważam, że ich działalność jest dla wielu osób bardzo krzywdząca. Ogólnie uważam, że w tv itd nie powinno się pokazywać osób po operacjach plastycznych, ani z niezdrowym BMI. Dla dobra psychicznego nas wszystkich.
Być może były tu już takie wyznania, ale chciałabym napisać jak wygląda sytuacja z „ruchem antymaseczkowym” z perspektywy kasjerki.
Ostatnio powstał cały ruch, który wręcz fanatycznie odmawia założenia na 5 min maseczki i wykłóca się z nami, kasjerkami. My musimy je nosić czasem nawet 12h i nie robimy z tego nie wiadomo jakiej afery. Przepisy są niejasne i nie mamy możliwości weryfikacji osób, które rzeczywiście nie mogą nosić masek.
Sytuacja wygląda tak ze jak obsłużę osobę bez maseczki to źle, bo narażam się na mandat (tak można nie przyjąć, ale wtedy będą mnie ciągać po sądach co się łączy z kolejnymi stresami) nie obsłużę też źle (bo ten człowiek ma prawo zrobić zakupy i tez może ciągać mnie po sądach), a to kolejny powód, żeby klienci byli bardziej wyrozumiali dla sprzedawców, bo każda decyzja jaka podejmie może wiązać się z konsekwencjami.
Nałożono na nas obowiązki bez narzędzi, na które możemy się powołać i to my obrywamy w tej sytuacji najbardziej, bo jesteśmy osobami, które maja bezpośredni kontakt z klientem.
Dlatego proszę, nie kłóćcie się „dla zasady” i zakładajcie na te parę minut maseczki.
Utknęłam w bardzo dziwnej pętli.
Jestem świadoma tego, że moje stany lękowe są wytworem mojej wyobraźni, dlatego staram się nie zwracać na nie uwagi.
Dla przykładu - kiedy mój facet zaczyna gadać częściej z jakąś dziewczyną, bądź przy rozmowie zaczyna ja dotykać (uwieszając się na jej ramieniu, masując jej kark albo przystawiać twarz do jej twarzy) staram się nic nie mówić.
Nie panuję w 100% nad swoją twarzą, więc czasem się skrzywię, albo jestem w złym nastroju. Nie chcę konfrontacji. Nie chcę wypominać. Wtedy on widzi, że coś jest nie tak i zaczyna to ze mnie wyciągać.
A kiedy się przełamię i mu powiem, zaczyna kłótnie o to, że on nic nie robi złego i o to, że musi to ze mnie wyciągać. Jeśli powiem, z czym nie czuję się komfortowo - jest źle. Jeśli nie powiem - tak samo.
Od roku jeżdżę na wózku, ponieważ z powodu wypadku samochodowego straciłam czucie w nogach. Latem jechałam przez miasto. Upał jak nie wiem co, no ale nie będę siedzieć w domu. Mieszkam w małym miasteczku, każdy każdego zna. Jadę po chodniku, dosyć wąsko, tak że wózek zajmował całe miejsce.
Nagle usłyszałam tekst kogoś za mną "Kaleko, zjedź z drogi, bo miejsca nie ma". Obróciłam się i zobaczyłam dwóch chłopaków z mojej szkoły. Oni zaczęli się śmiać ze mnie, a ja płakać.
Zauważył to starszy pan, który podszedł do nich i zrobił im pogadankę na temat szacunku. Dopiero od jakichś 3 miesięcy byłam w stanie wyjechać na ulicę i ta sytuacja była dla mnie bardzo traumatyczna. Mam nadzieję tylko, że ci dwaj nie będą nigdy na moim miejscu, bo najgorszemu wrogowi tego nie życzę.
Pracuję fizycznie, więc często wracam z pracy o 17 i jestem bardzo zmęczony. Ostatnio gdy wróciłem, myślałem, że jestem sam w domu, więc jak zawsze odgrzałem sobie obiad, zjadłem i położyłem się, aby się zdrzemnąć i nabrać sił.
Podczas drzemki zadzwoniła do mnie mama i mówi, że pomyliła paliwo i nalała nie tego, że samochód się popsuł i mam przyjechać. Więc wstałem, jakoś się ogarnąłem, wziąłem rower i pojechałem na stację (3,5 km od domu) żeby zobaczyć jak tam samochód. Gdy zajechałem, okazało się, że mamy nie ma. Objechałem całą stację dookoła, pojeździłem trochę po uliczkach i nic!
Kompletnie zmęczony i trochę wkurzony dzwonię do mamy i pytam się gdzie jest. A ona mi odpowiada jak gdyby nigdy nic, że jest w domu. Okazało się, że mama cały czas była w domu i korzystała z internetu w pokoju obok kuchni (drzwi były zamknięte). A mi po prostu przyśniło mi się, że dzwoniła...
Mam 25 lat. Od 8 lat jestem rezydentem USA. Na stałe wyjechałam z Polski 4 lata temu. Początkowo mieszkałam i pracowałam z moim ojcem, ale pokłóciliśmy się i wyprowadziłam się od niego. Jednocześnie straciłam pracę, bo pracowałam w firmie ojca. Tam też poznałam Anthonego.
W czasie kiedy szukałam pracy i dachu nad głową, pomieszkiwałam u mojej dalszej ciotki. Wtedy też odezwał się do mnie Anthony z pytaniem dlaczego nie przychodzę do pracy. Spotkaliśmy się, opowiedziałam mu całą historię. Zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, bo i tak chciał zmienić mieszkanie, a poszukiwał współlokatora. Zgodziłam się bez wahania.
W międzyczasie znalazłam pracę, Anthony zwolnił się od mojego ojca i dołączył do mnie - pracujemy razem w budowlance, konkretnie w wykończeniówce. Chyba nigdy w życiu nie spotkałam tak wartościowego, porządnego, przyjaznego i pomocnego człowieka. Kiedy mówiłam mu, że brakuje mi rodziny i tęsknię za babcią i jej pierogami, wziął mnie do swojej babci, która zrobiła dla mnie... pierogi. W pewnym momencie zaczęliśmy się pojawiać u jego rodziny co tydzień na obiad. Traktują mnie jak rodzinę.
A sedno? Anthony jest czarny. Kiedy moi przyjaciele z Polski dowiedzieli się, że mieszkam z czarnym zaczęli gadać "zobaczysz, wykorzysta cię i obudzisz się z ręką w nocniku", "uważaj na niego, bo z takimi nigdy nic nie wiadomo". Sprawa jeszcze bardziej się zaogniła, kiedy zabito Georga Floyda i czarni wyszli na ulice. Zrobili armagedon w wielu amerykańskich miastach, kazali białym przepraszać ich za to, że żyją. Anthony patrzył na to i płakał. Mówił mi, że wstyd mu za jego rasę. Jednak ja zawsze mu powtarzałam, że dla mnie najważniejsze jest to, jakim jest człowiekiem, a nie to jaki ma kolor.
Wtedy też moi znajomi i rodzina zaczęli zatruwać mi życie. Nie chcę wam tu przytaczać epitetów jakimi określali mojego przyjaciela, bo jak sobie o tym pomyślę, to cała się telepię, ale były to naprawdę obrzydliwe rzeczy. Wtedy też się przekonałam, że nie mam po co wracać do tego kraju. Do ludzi, którzy uważają się za lepszych, bo są biali, a oceniają jednego człowieka (którego tak naprawdę nie znają) przez pryzmat całej rasy. W sumie to śmieci, nie ludzie.
Jednak przyjadę do Polski, bo mam tu jeszcze babcię, która jako jedyna okazała szacunek mojemu przyjacielowi.
Dodaj anonimowe wyznanie