Gdy chodziłam jeszcze do podstawówki w moim małym miasteczku/wsi, zawsze należałam do grona tych dobrych uczennic, a nawet bardzo dobrych. Co roku jak najlepsze oceny, świadectwa z paskiem, wyróżnienia. Lecz do czasu.
W pewnym momencie bycie wzorową uczennicą zaczynało mnie nudzić, wtedy też zaczynałam szukać własnego stylu. Zaczęłam się malować, inaczej ubierać. Oczywiście, nauczycielom się to nie spodobało i cały czas słyszałam docinki odnośnie swoich brwi, pomalowanych paznokci. Ale najlepsze było w tym to, że zamiast puścić to koło nosa, bo przecież uczyłam się dobrze i nie sprawiałam żadnych problemów, to ich bolało to, że niszczyłam stereotypy. Tyle się mówi, że dobra uczennica powinna być schludna, cicha, nie rzucająca się w oczy i skromna, a ja taka nie byłam. Na szczęście tamtą szkołę dawno mam za sobą i żyje mi się świetnie ;)
Mój chłopak w miejscu prawego oka ma ogromną bliznę, która ciągnie się aż do brody, brakuje mu dwóch palców, posiada też blizny po poparzeniu na klatce piersiowej. Uśmiecha się demonicznie, chociaż jeśli już to robi, to na pewno szczerze. Uroku dodaje mu opaska. Kuleje też na prawą nogę i nie znosi przebywać na zewnątrz. Przypomina trochę Iorwetha z Wiedźmina, bo też jest taki wysoki i szczupły. Wygląda trochę jak elf (on twierdzi, że jak potwór), tylko nieco poturbowany. Kawałka prawego ucha też mu brakuje.
Parę lat temu zdarzył mu się wypadek samochodowy. Zginął jego ojciec, matka do dzisiaj nie może się pozbierać.
Poznaliśmy się przez internet. Przez wiele miesięcy nie chciał pokazać swojej twarzy, aż w końcu namówiłam go na spotkanie. Oczywiście w bezpiecznym miejscu. Od tamtej pory (prawie cztery lata temu) jesteśmy razem. Nigdy do końca nie uwierzył, że naprawdę chcę z nim być.
Pech chciał, że ostatnio zostałam zaproszona na wesele. Nie utrzymuję zbytnio kontaktów z rodziną, ale na tę imprezę wypadało pójść, wszakże tamta para młoda nic mi w życiu nie zrobiła. To było jego pierwsze wyjście od czasu wypadku. Chciał zrobić mi przyjemność, jakoś "wynagrodzić" przebywanie z nim i zdecydował się mi towarzyszyć.
Nie wiedziałam, jak powiedzieć rodzinie o jego wyglądzie. Są to osoby dość wścibskie i słabo akceptujące inność. Nie przedstawiłam im swojej byłej dziewczyny. Podczas rozmowy telefonicznej z panną młodą wtrąciłam, że mój ukochany nie wygląda zwyczajnie i chciałabym poprosić, żeby nie traktowano go jak odludka. Nie wiem, czy dobrze to przekazałam. Chyba zrozumiała. Potem okazało się, że jednak nie bardzo.
W dniu wyjścia dostał potężnego napadu paniki, nie mógł swobodnie oddychać.
Udało mu się uspokoić nerwy i zawędrowaliśmy do kościoła. Mimo upału, był całkowicie ubrany i w rękawiczkach. Przez całą ceremonię zapewniałam go, że na pewno nie przyniesie mi wstydu i kocham go najbardziej na świecie.
Problemy zaczęły się podczas wesela. Pytania jak, skąd i dlaczego rozbudziły w nim traumy. Próbował się ze swojego wyglądu tłumaczyć. Próbowałam go bronić, ale nikt z tamtej grupy krewnych nigdy nie traktował mnie zbyt poważnie. Po paru głębszych nieco mniej przyjazna część rodziny zaczęła nazywać go piratem. Ktoś mniej uprzejmy wciąż prosił, żeby rzucił okiem na jakąś sprawę. On jest osobą dość wrażliwą, chociaż wciąż starał się nie pokazywać, że bolą go te słowa. Nieco bardziej taktowna krewna wciąż prosiła, aby dać mu spokój, chociaż w miarę postępu wesela przestawała się tym jakkolwiek przejmować. Zarzucali mu brak dystansu. Nie chciał być już dłużej w centrum uwagi, dlatego resztę wieczoru spędziłam na uspokajaniu go, siedzeniu pod drzewem i jedzeniu pozostałości weselnego tortu. Na razie odpuszczamy sobie jakiekolwiek kontakty z rodziną.
Romans uratował mi życie.
Było to już ponad 10 lat temu. Jako młoda studentka lubiłam sobie poeksperymentować, a jako iż nie byłam w związku spełniłam kilka swoich fantazji seksualnych i byłam zadowolona. Po jakimś czasie stwierdziłam, że czas się ustatkować i odciąć się od rozpustnej przeszłości.
W mojej wizji świata życie powinno wyglądać tak:
Idziesz na studia, poznajesz męża/żonę na tych właśnie studiach, zakładacie rodzinę, która jest "normalna" czyli "nie odstaje od wyuczonych norm społecznych", po studiach oczywiście znajdujesz dobrą pracę, bo w końcu po to je robisz, aby znaleźć dobrą pracę.
Znalazłam faceta, najnormalniejszego pod słońcem. Opiekuńczy, dobry i w sumie tyle. Oczywiście dobry katolik, bo i moja rodzina składa się z dobrych katolików, a mnie było wszystko jedno. Po jakimś czasie facet się oświadczył i tak żyliśmy jako narzeczeństwo, ale trochę jak zawieszeni w próżni. Żadnych kroków w stronę małżeństwa.
Wtedy odezwała się ona, moja przeszłość. Najpierw jako kontakt, bo to osoba z którą mi się świetnie rozmawiało. Dowiedziałam się, że można założyć rodzinę i nie rezygnować ze swoich dziwactw, tylko trzeba poznać odpowiedniego partnera. Zaczęłam też pisać z jednym mężczyzną, gdzie pomiędzy rozmowami o wszystkim i niczym zaczęliśmy się wymieniać bardziej erotycznymi opisami z serii "co by było gdyby".
Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że z narzeczonym urozmaicimy swoje życie erotyczne, ale po różnych sugestiach i propozycjach facet uznał, że chyba mi się w d... po przewracało. We mnie buzowała tęsknota za bardziej nietypowymi doznaniami, ale jedyne na co mogłam liczyć to ewentualna zmiana pozycji, ale też nie na jakąś bardzo wymyślną.
Sytuacja patowa, bo z jednej strony ja chcę więcej, a z drugiej on się na nic nie zgadza i nie chce, a zmuszać nie będę. I przyznaję się, odwiedziłam ludzi z przeszłości, oraz spełniłam z nowo poznanym mężczyzną opisy z serii "co by było gdyby", a narzeczony się zorientował, przeszukał komórkę, a ja się przyznałam. To był koniec. A ja poczułam się wolna.
Romans trwał potem jeszcze kilka miesięcy, ja odmówiłam kilka kontaktów i nauczyłam się jednego: da się znaleźć kogoś o podobnych upodobaniach seksualnych i dodatkowo tworzyć związek, w którym całkowicie się spełniam. Zaczęłam poszukiwania kogoś, kto by akceptował moje fantazje, oraz podzielał moje zainteresowania.
Po ilu latach się udało. Mam swojego ukochanego, z którym nie tylko świetnie się uzupełniamy jako "normalna para" oraz nie muszę udawać grzecznej dziewczynki.
Gdyby nie ten romans, to pewnie żyła bym całkiem "normalnie" i byłabym sfrustrowana, bo jednak jedna część mnie byłaś by całkowicie stłumiona.
I nie, seks nie jest najważniejszy, ale wiem jak bardzo można się męczyć, nawet w prawie idealnym związku...
Byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Początek roku szkolnego. Robiliśmy coś w grupach. Naprzeciwko mnie siedział wyglądający na sympatycznego chłopak. Chciałam się z nim zaprzyjaźnić, więc kopnęłam go pod stołem w nogę. Nie zareagował. Po jakimś czasie ponowiłam próbę, znowu nic. Tak minęło kilka minut, aż w końcu popatrzył na mnie i spytał "Jak masz na imię?". Uśmiechnęłam się radośnie i odpowiedziałam "Patrycja, a ty?". A ten na cały głos "Proszę pani, bo Patrycja mnie kopie!".
Po powrocie z wakacji zrobiłam sobie tatuaż.
Jest to ośmiornica ale z 7 mackami, jest tak zaprojektowana, że można będzie jeszcze dodać mackę dwie, a nawet trzy jeśli tak będę chciała.
Na pytania skąd pomysł na taki tatuaż odpowiadam różnie, ale nigdy nie zgodnie z prawdą.
A prawda jest taka, że pojechałam na te wakacje tylko w jednym celu - uprawiać sex i to w ilości hurtowej. A siódemka to ilość facetów z którymi byłam na raz, co spełniło moją fantazję o grupowym seksie tzw gangbangu.
Wystarczy że spojrzę na mój tatuaż, wracają wspomnienia a ja jestem momentalnie napalona.
P.S mam też tatuaż dwóch małż, czego symbolem mogą być, zostawię w waszych domysłach ;)
Piszę to wyznanie ze względu na to, że chce się "wygadać" oraz pokazać absurdy pewnej religii.
Mój tato będący 2 lata po rozwodzie poznał pewną cudowną kobietę, której rozwód również był w toku. Dogadywali się tak jakby znali się od dawien dawna, często przy mnie szeptali sobie miłe słówka. Kobieta ta okazała się mieć dobry wpływ na mojego ojca - zaczął podchodzić do wielu spraw łagodniej i nie tak wybuchowo jak wcześniej. Jednak coś się zmieniło, bardzo niedawno.
Parę lat po moich narodzinach moi rodzice zaczęli uczęszczać na zebrania Świadków Jehowy. Niby znali ich zasady i wpajali mi je całe życie, ale sami często je łamali.
Ja sama przestałam wierzyć w te bzdury parę lat temu i odłączyłam się od tej toksycznej religii. Ojciec zaś przestał utrzymywać kontakt ze Świadkami Jehowy. Grzeszył (jakby to powiedzieli wyznawcy tej religii) - przeklinał, spotykał się z osobą mającą inne poglądy, sypiał z nią bez ślubu. Lecz niedawno zaczął brać udział w zebraniach Świadków Jehowy, które odbywały się online. Myślę, że to przez fakt, iż pewien mężczyzna dzwonił do niego i "zachęcał" go do nawrócenia się.
Dosyć niedawno zaczął olewać swoją dziewczynę i mówił, że woli zostać kawalerem. Potem przyznał się, że mówi tak ze względu na werset Biblijny, w którym jest mowa o tym aby zostać samemu. Naprawdę nie rozumiem tego! Cierpiał parę dni, bo próbował wmówić sobie, że lepiej mu bez swojej ukochanej!
Jednak porozmawiał z nią i na chwilę zaprzestał tych działań. Aż do tego tygodnia.
Zadzwoniłam do niej, jak to czasem robię, i dowiedziałam się, że od paru dni się do niej nie odzywa. Nie odbierał od niej żadnego telefonu. Dopiero gdy ja mu powiedziałam to zadzwonił. Obiecywał, że przyjedzie jednak ze względu na pracę zrezygnował. Dzisiaj natomiast usłyszałam jego rozmowę z moją siostrą, w której mówi, że chce zostać ochrzczonym Świadkiem Jehowy więc będzie chciał zerwać kontakt ze swoją dziewczyną. Tylko dla religii, mimo że kocha ją i ona sprawia, że jest szczęśliwy.
Jestem w niezłym szoku. Nie spodziewałabym się, że jakakolwiek religia może zmienić tak człowieka. Tym bardziej Świadkowie Jehowy.
Naprawdę mogłabym wiele mówić na temat ich często niezdrowych i absurdalnych zasad oraz poglądów. Jednak ta sytuacja dobiła mnie i sprawiła, że moja wiara w jakąkolwiek siłę nad nami maleje do 0.
Dziękuję za przeczytanie.
W ostatniego Sylwestra okazało się, że impreza noworoczna u mojego kolegi jest bez noclegu. Pamiętam, że nie był to najlepszy dzień, nawet mnie nie zdziwiło, że o 5 nad ranem dowiedziałam się, iż muszę wracać na drugi koniec miasta. Razem z przyjaciółką ustaliłyśmy, że pojedziemy spać do niej.
Poszłyśmy na przystanek i w ostatniej chwili stwierdziłam, że pojadę jednak do siebie. W pośpiechu wsiadłam do zatłoczonego autobusu i stanęłam obok jakiegoś gościa. Wyglądał na jakieś 25 lat, w uszach miał słuchawki. Drzwiami obok wsiadł turbo-pijany, jak większość pasażerów, żul i zaczął głośno śpiewać piosenki religijne i disco polo. Autobus ruszył, a ten facet obok mnie zaczął komentować całe wydarzenie. Mówił, że przynajmniej jest wesoło, że nieźle śpiewa i dobrze, że nie widzę tej całej szopki. To fakt, nic nie widziałam, bo w autobusie był taki tłum ludzi, ale wszystko słyszałam. Zaśmiałam się nieśmiało i coś tam odpowiedziałam. Z całej tej sytuacji nawiązała się krótka pogawędka.
Po 5 minutach chłopak powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę, a mianowicie: "Zadzwonię do ciebie jak wyjdę z autobusu! Cześć!". W tym momencie wyjął słuchawki z uszu, a ja kątem oka zobaczyłam, że w komórce rozłącza rozmowę. Dotarło do mnie, że przez całą podróż nie mówił do mnie tylko po prostu rozmawiał przez telefon. A najdziwniejsze jest to, że cała ta "rozmowa" się nawet kleiła.
Spóźniałam się już do przedszkola. Od zawsze w szkole, kiedy ktoś nie wiedział, jak mam na imię, mówił "ta, co się spóźnia". Na początku mojego życia zależało to oczywiście od rodziców, który wozili mnie do szkoly i przedszkola, jednak później stałam się na tyle duża, żeby wychodzić sama. I też się spóźniałam. Za każdym razem.
Z wiekiem te spóźnienia stawały się coraz większe. Zdarzało się, że przyjeżdżałam do szkoły w połowie lekcji. Ale nie pierwszej lekcji, tylko na przerwie obiadowej. Chociaż przecież wstawałam o 6 rano...
Straciłam przez to przyjaciela, potem dwa razy nie zdałam przez frekwencję, a teraz właśnie tracę wspaniałego faceta.
I nie potrafię zwalczyć tego spóźnialstwa. Wiem na pewno, że nie potrafię obliczyć czasu, który zajmie mi dana czynność. Po prostu nie wiem, ile to zajmie, więc sugeruję się tym ile zajmowało mi to w przeszłości. Tylko... skoro coś mi kiedyś zajęło godzinę, to dlaczego dziś zajęło trzy?
Czasem nawet mam wrażenie, choć to już skrajna teoria, że czas jest nieregularny - czasem biegnie szybciej, czasem wolniej. Ostatnio brałam prysznic, brałam go tak samo, jak codziennie, a codziennie zajmuje mi 10 minut. Jednak tego dnia według zegarka zajął 30 minut. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia.
Wszyscy mówią mi, i wy, czytający to wyznanie, pewnie też tak myślicie: "po prostu weź się w garść", "po prostu wyszykuj się wcześniej" itp. Tylko wiecie, gdyby to było takie proste, jak myślicie, to problem by nie istniał. Bo jaką mam korzyść ze spóźnialstwa? Przecież rozwala mi to całe życie. Więc dlaczego miałabym nie podjąć tak prostego rozwiązania, jak każde zaczynające się od "po prostu..." które przyjdzie wam do głowy? Próbowałam już wszystkiego i nic, absolutnie nic nie działa. Zawsze dzieje się coś, przez co się spóźnię. Nawet jeśli wyszukuję się trzy godziny przed czasem, to i tak stanie się coś, co uniemożliwi mi bycie punktualną. Albo autobus się spóźni, albo zepsuje w polu. Albo zbiję kubek z kawą i trzeba będzie posprzątać, albo zwyczajnie nie zadzwonią budziki. To jest jak klątwa, a ja naprawdę nie wiem już, co robić, nie mam pomysłu.
I uwierzcie... Przez to wszystko naprawdę nienawidzę samej siebie.
Zacznę od tego że, że nie rozumiem szufladkowania kobiet przez mężczyzn. Mój (już były) facet kiedyś opowiadał o mało atrakcyjnym z wyglądu koledze, który "jakimś cudem zdobył kobietę z wyższej półki". Na moje pytanie co to znaczy - odpowiedział, że piękna, szczupła, wymalowana, duże piersi, usta... Poczułam, że chyba jestem kilka półek pod nią, choć (wówczas) nie uważałam się za brzydszą, jedynie byłam skromna i bardziej naturalna.
Do wyznania dodam, że ten sam facet odszedł ode mnie, bo przytyłam. Tak, dowaliłam zbędnych 30 kilogramów - uwaga - PO CIĄŻY. Zostawił mnie z dzieckiem przez moją wagę.
Ćwiczę, zaczęłam dietę, dbam o siebie, ale robię to wyłącznie dla siebie, bo sama się sobie nie podobam z tą wagą i gorzej się czuję. I nie rozumiem facetów, którzy patrzą tymi kategoriami. A Wy?
Poznałem w wakacje dziewczynę. Od razu bardzo mi się spodobała. Zaczęliśmy sporo czasu ze sobą spędzać, ale po tym, gdy pierwszy raz się całowaliśmy, powiedziała mi otwarcie, żebym na wiele nie liczył i że to tylko taka krótka, wakacyjna przygoda.
Za miesiąc będzie równych 5 lat, jak trwa nasza krótka, wakacyjna przygoda. A w sierpniu mamy zaplanowany ślub :)
Dodaj anonimowe wyznanie