Będzie krótko.
Kilka lat temu pracowałam w 4 gwiazdkowym hotelu jako pokojowa.
Przed przyjazdem dużej grupy sprawdzaliśmy wszystkie pokoje. Do moich obowiązków należało odkamienienie wszystkich czajników. W jednym z pokoi wsypałam do czajnika "kamix", ale nie wiedzieć czemu czajnik nie chciał zadziałać, więc zostawiłam czajnik z wodą i tym środkiem i przeszłam do kolejnego pokoju.
Po wyjeździe grupy w jednym z pokoi zastaliśmy coś niezbyt przyjemnego.
Cały pokój łącznie z łazienką był po prostu osrany...
Gość po prostu zatruł się woda z odkamieniaczem i dostał sraczki.
Nigdy się nie przyznałam.
Jakiś czas temu widziałem w telewizji Milczenie Owiec. Jako że film bardzo mi się spodobał, postanowiłem przeczytać wszystkie książki z cyklu o Hannibalu, a także obejrzeć serial o Doktorze Lecterze. Zaintrygował mnie bardzo kanibalizm, więc postanowiłem nieco poczytać o nim w internecie. Nie poprzestałem na wygooglowaniu hasła "kanibalizm", ale również szukałem "gdzie obecnie żyją kanibale", "jak smakuje ludzkie mięso", "przypadki kanibalizmu w Europie".
Parę dni później ojciec przywołuje mnie do siebie i mówi:
- Synu, inni w twoim wieku szukają w internecie filmów porno, informacji gdzie zdobyć narkotyki, czy też sposobów na udaną randkę. A ja w przeglądarce mojego synka znajduję "jak smakuje ludzkie mięso i gdzie można go skosztować". Dlaczego nie możesz być normalny jak inne dzieciaki, które mają 17 lat?
Będzie obleśnie!
Byłam w związku z facetem ponad 8 lat. Związek zakończył się psychicznym znęcaniem. Gdy już powiedzieliśmy sobie, że to koniec, mieszkając jeszcze razem, trzeba było znaleźć nowe lokum dla siebie. Ustaliliśmy, że ja zostaję na mieszkaniu obecnym, a on sobie czegoś poszuka. Bardzo opornie mu szło, bo prawie 3 miesiące nie mógł nic znaleźć. Te miesiące były naprawdę jedne z najgorszych okresów w moim życiu.
Po jednej z kłótni, gdzie poza wyzwiskami usłyszałam też, że jestem brzydka i nikt mnie nie zechce, postanowiłam założyć portal randkowy żeby jakoś psychicznie siebie podratować.
Znalazłam kogoś z kim naprawdę dobrze mi się gadało, nie o żadnym seksie tylko o życiu. Ale koniec końców bardzo chciałam się z nim spotkać, oczywiście potajemnie, żebym nie dawała ex następnych powodów do kłótni.
Wszystko było już pięknie dograne i w przeddzień spotkania zaczęłam trochę krwawić. Myślę sobie, może przejdzie. Ale na następny dzień dostałam okres. Napisałam do chłopaka, że jednak się z nim nie spotkam. On po usłyszeniu wyjaśnień, napisał, że nie ma problemu, żebym przyjeżdżała.
W dzień spotkania lało masakrycznie, mnie czekała godzina drogi. Ledwie dojechałam i byłam bardzo zestresowana całą sytuacją.
Chłopak okazał się brzydszy niż na zdjęciach, ale myślę sobie dam mu szansę. Zapaliliśmy hasz i w końcu byłam zrelaksowana. Zaczęliśmy się kochać, najpierw delikatnie, a później zwykłe pieprzenie, oczywiście z gumką. Trwało to około godziny, miałam chyba z 5 orgazmów, gdzie ja już pod koniec byłam na wyczerpaniu i kazałam mu kończyć. Gdy skończył, okazało się, że zgubił gumkę. Usiadł przerażony na brzegu łóżka i oznajmił, że on musi to robić w gumce bo ma opryszczkę. Nie wiem czemu, ale jakoś się tym nie przejęłam zbytnio, tylko przytuliłam się do niego. Później palcami wyciągnęłam gumkę ze środka, całą w krwi i spermie.
Nie wiem czemu, ale czułam się z nim bezpiecznie i poradziliśmy sobie ze wszystkim na luzie. Pogadaliśmy jeszcze chwilę, poszłam się wykąpać, ogarnęłam się i musiałam wracać. To był najlepszy seks w moim życiu, niczego nie żałuję. Opryszczki nie dostałam, a kontakt z nim nadal utrzymuję. Mam nadzieję, że będzie z tego coś więcej.
Mój chłopak był prawdziwym syfiarzem.
Mył się bardzo nieregularnie, śmierdział potem i obrażał się, jeśli mu o tym cokolwiek wspomniałam. Raz się śmiertelnie obraził po tym, kiedy odmówiłam seksu oralnego, gdy okazało się, że nie mył się od dwóch dni (było czuć i prawie zwymiotowałam - powiedziałam, że nie chcę).
W mieszkaniu jego biurko całe się lepiło, pościel zmieniałam tylko ja, wszędzie opakowania po jedzeniu (oczywiście książę nie gotował, ale miał pieniądze, to zamawiał z dowozem) zużyte prezerwatywy i bieliznę rzucał na podłogę, często znajdowałam brudne naczynia pokryte pleśnią.
Początkowo próbowałam sprzątać, potem ustaliliśmy podział zadań (to był jego pomysł, taki z niego był niby feminista), ale oczywiście on się wymykał ze swoich obowiązków.
Szczytem była sytuacja, kiedy nie było mnie przez kilka dni i nie wynosił śmieci, co sprawiło, że po całej podłodze rozlazły się larwy much i moli. Dziesiątki ich. Kiedy powiedziałam, że ma to posprzątać, popłakał się i powiedział, że się boi robaków. Musiałam ja to zrobić.
To przelało czarę i zerwałam wkrótce potem. Może poza tym był inteligentny i troskliwy, ale to było za dużo i do dziś mam ciarki, gdy to sobie przypominam.
Byłem z rodzicami na wakacjach w górach - konkretnie w Zakopanem. Gdy pewnego słonecznego dnia wędrowaliśmy po górach, głodni odwiedziliśmy schronisko, by kupić sobie coś do jedzenia. Byłem wtedy tylko z tatą (mama wolała zostać w hotelu i się poopalać). Wziąłem od ojca pieniądze, powiedział mi, co sam chce. Poszedłem, zamówiłem, a gdy czekałem na jedzenie, mojego taty nie było (potem się dowiedziałem, że wyszedł do toalety).
Zostawił jednak na stole portfel. I co widzę? Jakiś chłopak podchodzi i po prostu ten portfel bierze. A następnie mówi do kolegów ciche "spier*alamy". Moja reakcja - krzyczę "Złodziej" i ruszam w jego kierunku. Chłopak rzucił we mnie portfelem, a sam razem z kolegami uciekł. To był chyba pierwszy raz w moim życiu, gdy to ja pouczałem ojca, a nie na odwrót.
Ale nie to jest głównym wątkiem mojej opowieści. We wrześniu idę do pierwszej klasy liceum. Moja koleżanka postanowiła zorganizować niewielkie ognisko dla naszych przyszłych nowych znajomych z klasy (żeby we wrześniu wszyscy się już znali i mogli normalnie ze sobą gadać). Przychodzę lekko spóźniony, bo musiałem kiełbasę kupić do upieczenia, a w sklepie kolejka była. Poznałem się z nowymi znajomymi, a Aśka (koleżanka z gimnazjum) mówi: "Maćka brakuje". Na to głos zza krzaków "Jestem, już idę!". I z krzaków wyszedł nikt inny, jak kolega, którego to "poznałem w górach"...
Jestem licealistką i miłośnikiem czworonogów. Dlatego, kiedy wychodzę na spacer zapinam psa (rasa White terrier) na smycz. Niestety, mieszkam w bloku i nie mam możliwości mieć dużego podwórka dla psiaka. Z tego powodu od 20 czy 22 (każdym bądź razie wieczorem) idę trochę dalej za bloki i tam jest taka zielona, opustoszała łąka, gdzie puszczam swego podopiecznego ze smyczy. Piesek sobie gania, bawi się. Nauczył się też pilnować mnie i za daleko nie odchodzi. Na szczęście też, psiak nie rzuca się na ludzi i nie podchodzi do obcych.
Na nieszczęście, miałam trochę nie miła sytuację. Jakaś nieznajoma kobieta podeszła do mnie i zaczęła mnie wyzywać na cały głos (Ty ch*ju, Głupia szm*to itp.). Trochę mnie to zaszokowało, nie powiem, bo przecież można to załatwić po ludzku i z kulturą zwrócić uwagę.
Następnie z dalszej jej wyzwisk wywnioskowałam, że chodziło o to, że pies lata bez kagańca i jest bez smyczy. Dodam, że pies do tej Pani w ogóle nie podszedł.
Stałam cicho i się na tą panią patrzyłam, bo trochę nie wierzyłam, że ktoś obcy może tak podejść i cię wyzywać. Na koniec był tylko taki dialog.
- Piesek bez kagańca, a głupiej szm*cie kaganiec się przyda. - krzyknęła i się odwróciła w przeciwnym kierunku kobieta.
- Wzajemnie. - odkrzyknęłam.
Ostatnio mój kot często wychodzi wieczorami na dwór i wraca dopiero około 22. Zorientował się, że gdy będzie drapał w chodnik na tarasie, to szybciej mu otworzymy.
Wczoraj kiedy moja mama poszła się kąpać, do drzwi zapukał sąsiad (tak zapukał, że dźwięk pukania był o dziwo identyczny, jak ten drapania mojego kota). Przywitałam go i wpuściłam dalej w głąb domu, krzycząc do mamy "Mamo mamy gościa". Ta odkrzyknęła "To jak ma pustą miskę, to mu nasyp jedzenia i niech żre, grubas". Muszę dodawać, że sąsiad jest otyły? Mimo tłumaczeń nie odzywa się do nas od tamtego czasu...
Parę lat temu chodziłam do technikum. Pewnego dnia miała być wieczorem dyskoteka szkolna. Mieszkam na wsi, a szkoła znajdowała się w mieście jakieś 20 km od mojego miejsca zamieszkania, więc nie wybierałam się na nią.
Po lekcjach jechałyśmy z koleżanką MPK. Było z nami też dwóch kolegów, którzy namawiali nas, żebyśmy jednak przyjechały na tę dyskotekę. Tłumaczyłyśmy, że nie damy rady. Ja już z braku ochoty dalszego tłumaczenia się, powiedziałam, że nie przyjadę na dyskotekę, bo chcę zostać zakonnicą.
Na tyle głośno to powiedziałam, że usłyszała to akurat zakonnica, która też jechała tym autobusem i siedziała gdzieś z tyłu. Podeszła do mnie i powiedziała: "A ty myślisz, że zakonnice kiedyś nie imprezowały?". Ja burak na twarzy, a połowa autobusu w śmiech.
Mam wykształcenie medyczne i na kaca robię sobie kroplówki. Najbardziej lubię moment zakładania wenflonu, kiedy po idealnym wkłuciu igły pojawia się w niej krew.
Wkurza mnie typowe podeście do zdrady.
Dwie sytuacje (teoretyczne, płeć wybrana przypadkowo): Żonaty facet. Żona jest spoko, nic się nie psuje, jest aż nudno, niby jest OK, ale brakuje "tego czegoś". Facet poznaje kobietę. Jest nią zafascynowany. Pełno nowych tematów do rozmów, więc coraz częściej "zostaje dłużej w pracy", tłumacząc to nowymi projektami czy brakiem ludzi. Spędza czas z inną, nową przyjaciółką. Do niczego intymnego nie dochodzi, ale nie chce mówić o nowej przyjaźni, bo żona pewnie nie zrozumie, będzie zazdrosna, zaczną się kłócić, a na co to komu. Żona przypadkiem się dowiaduje i jest wściekła. Mąż utwierdza się w przekonaniu, że ona go nie rozumie. Poza tym to nie zdrada, oni tylko rozmawiali. Pomija fakt, że przy nowej koleżance serce mu mocniej bije i tylko bycie mężem powstrzymuje go przed podjęciem jakichkolwiek kroków. Podobnie koleżanka, powstrzymuje ją fakt, że przyjaciel ma żonę. Żonę, na którą coraz więcej narzeka....
Sytuacja druga: kobieta idzie na imprezę, za dużo wypija i pozwala na za dużo nowo poznanemu facetowi. Wie, że nie powinna, ma męża, ale nie potrafi się powstrzymać. Następnego dnia brzydzi się siebie, tego co zrobiła, płacze, bo zdradziła męża. Zdradziła z nieznajomym, który nic nie znaczy.
Te dwie sytuacje pokazują typowe podejścia do zdrady, a jakie ja mam? Pierwsza sytuacja jest dla mnie dużo większą zdradą niż druga. W pierwszej sytuacji ktoś poznaje nową osobę i angażuje się emocjonalnie. Co z tego, że do niczego nie doszło? Człowiek ukrywa część swojego życia i kłamie. Dla mnie właśnie to jest prawdziwą zdradą.
Sytuacja druga? Owszem, zachowanie niedopuszczalne, ale stało się. Człowiek uczy się na swoich błędach i jeżeli po takim wyskoku wie, że już nigdy tego nie zrobi, to według mnie można dać szansę. Gorzej jak ktoś się notorycznie zapomina i po alkoholu lgnie do każdego, bo to zupełnie inna bajka. Jednak zdrada fizyczna jest dla mnie mniej istotna niż emocjonalna.
Denerwuje mnie podejście "do niczego nie doszło, zdrady nie ma". Nie jestem osobą zazdrosną, ale jak ktoś ukrywa jakąś znajomość albo poziom zażyłości, to jest dla mnie równoznaczne ze zdradą i to bardziej bolesną niż jednorazowy skok w bok.
Dodaj anonimowe wyznanie