Wioskę obok mieszka młodsza siostra mojej babci. Ta kobieta w młodości dużo piła, później zaszła w ciążę z przypadkowym mężczyzną. Podczas ciąży nie zrezygnowała z picia alkoholu i palenia papierosów. Z tej ciąży urodziła się moja ciocia.
Dziś ta ciocia ma już 35 lat, ja ją pamiętam jeszcze jak była nastolatką. Kobieta najprawdopodobniej jest opóźniona w rozwoju przez picie matki. Od zawsze była inna, dziwna. Jest bardzo naiwna, łatwowierna, łatwo ją oszukać. Ma problemy z łączeniem faktów, chodzi wiecznie rozkojarzona. Jak się można spodziewać, nie ukończyła żadnej szkoły. Zwraca na siebie uwagę wyglądem i zachowaniem. Jest bardzo chuda, ma na ciele widoczne żyły. Ubiera się nieadekwatnie do sytuacji, do pogody i do okazji. Często nosi dziwne rzeczy, ma problem z dbaniem o higienę, z regularnym utrzymywaniem czystości. Ona nie pije alkoholu, nie pali papierosów i nie bierze narkotyków, być może dlatego, że jest w pewnym sensie dziecinna (mimo wieku). Jest niegroźna, po prostu cofnięta w rozwoju.
Najbardziej boli mnie fakt, że ona często wchodzi w związki z mężczyznami z jej ligi, najczęściej poznanymi w internecie. Ci mężczyźni zostawiają ją po około miesiącu. Z kilku takich związków doczekała się już trójki dzieci - każde od innego ojca.
I tu przechodzę do sedna.
To co się dzieje z tymi dzieciakami jest niepojęte. Według mnie te dzieci „za młodu” były normalne, zdrowe, a wychowanie z tą matką sprawiło, że stały się takie jak ona. Ma do nich pełne prawa, nikt nie nadzoruje jej opieki. Dzieci nie dostają od niej żadnej pomocy szkolnej, bo ona nie ma żadnej wiedzy. Ubiera dzieci nieadekwatnie do pogody, robi rzadko pranie. W szkole dzieci są wyśmiewane. Ciotka nie dba o zęby i higienę i nie uczy tego dzieci. Ponadto karmi je największym syfem. Dzieci są strasznie otyłe, wyraźnie opóźnione. Według mnie cierpią przez nieporadność matki.
Anonimowe jest to, że zgłaszałam ich, ale nic to nie dało. Dzieci są ignorowane, gdy matka znajdzie kolejnego gacha na dwa tygodnie, ale nadal są z matką. Z matką, która bawi się z nimi jak rówieśniczka. Z matką, która niczego ich nie nauczy i niczego im nie przekaże.
Miałem z żoną rozmowę na temat romansu, temat wywiązał się w czasie oglądania filmu. Ona zaczęła w sumie. Nic dziwnego, zdążyłem o tym zapomnieć.
Jakiś tydzień później dzwoni do mnie, że ma masę roboty w firmie i nie da rady pojechać ze mną na weekend do rodziców, bo najprawdopodobniej nawet nie wróci z biura. Sam prowadziłem własną firmę, więc wiedziałem, że często tak się zdarza, ale stwierdziłem, że najpierw wieczorem pojadę zawieźć żonie obiad, taką niespodziankę zrobię. Na parkingu stało tylko jej asystenta auto, a światła były w większości zgaszone. Kod do alarmu znam, więc bez problemu wszedłem. Coraz bliżej, zaczynam słyszeć jakieś głosy, w tym żonę, która pojękiwała i mówiła "Auu! Taak... Tak, mocniej, auu! Tak, dobrze, pchnij!".
Przekalkulowałem wszystko - zdrada! Wbiegam do jej gabinetu, a tam żona stoi z nogą wsadzoną pomiędzy szafę a ścianę. Ich mina piękna. Moja ponoć też.
Żona chciała wsadzić dokumenty do teczki, która była wysoko na półce, źle stanęła i poleciała jedną nogą w szparę, a że jej asystent jeszcze był, to próbował ją jakoś wyciągnąć, najpierw próbując odsunąć szafę, potem wyciągnąć samą nogę, a następnie stanął obok i nogami pchał szafę, lecz wszystko na nic, bo szafa była przykręcona do ściany. Musiałem jechać po narzędzia do domu, by uwolnić żonę, ale ulga była spora ;)
Wszystkim znajomym i dalszej rodzinie mówię, że pracuję w ABW i nie mogę zdradzać nic na temat mojej pracy.
Tak naprawdę jestem notariuszem, ale boję się, że wtedy wszyscy ludzie, którzy mnie znają będą prosić o darmowe porady prawne, albo o zniżki przy tworzeniu umów, aktów i podpisywaniu dokumentów.
Historia ta wydarzyła się kilka miesięcy temu, gdy zaczynałam moją przygodę ze studiami w jednym z większych, polskich miast. Pewnej niedzieli około godziny 21 przyjechałam do miasta, po spędzeniu weekendu w domu. Obładowana milionem słoików od mamy, podążałam na przystanek tramwajowy, ażeby jakoś dotargać się do mieszkania. Moje miasto z bezpieczeństwa nie słynie, więc trochę się obawiałam tzw. "dresów". No ale nic, dotarłam na przystanek, rozsiadłam się na ławce i zaczęłam czekać na tramwaj. Oprócz mnie w pobliżu nie było nikogo, oprócz dwóch starszych pań po drugiej stronie torów.
I nagle ich dostrzegłam. Przez pasy przechodziło kilku Sebków. Wszyscy dwa razy wyżsi niż biedna, malutka ja. Serce zaczęło mi walić, ale udawałam, że wszystko w porządku, że mogą do mnie przyjść i WCALE nie będę miała ochoty uciec. Na moje szczęście stanęli na przystanku naprzeciwko, co oznaczało, że nie jechali w moim kierunku. Pomyślałam "uff, niebezpieczeństwo minęło". Nic bardziej mylnego.
Po jakichś dwóch minutach dostrzegłam, że jeden z młodzieńców wytrwale mi się przygląda. No ale cóż, pięć minut do tramwaju, dam radę, nic się nie stanie. Mhm. Po minucie patrzący na mnie Sebek pożegnał się z koleżkami i przeszedł na moją stronę. W międzyczasie naszło się sporo ludzi, więc nie spanikowałam, co nie zmienia faktu, że poczułam się nieswojo.
Nadjechał tramwaj, wsiadłam. Usiadłam na wolnym miejscu. Sebek za mną. Bokiem. Cały czas czułam jego wzrok. Pomyślałam, że w razie ataku nie mam nawet jak uciec, bo walizka za ciężka, a i jedzenie swoje waży. Po 20 minutach nadeszła pora wysiadania. Wytargałam się z tramwaju i przeszłam przez pasy. Sebek za mną. Ja już łzy w oczach, przyśpieszam na ile mogę. On robi to samo. Już prawie wpadłam w panikę i nagle usłyszałam za plecami:
- Poczekaj, no! - wiedziałam, że nie mam szans na ucieczkę, więc posłusznie stanęłam, widząc oczyma wyobraźni jak Sebek zaciąga mnie w jakiś ciemny kąt. Spojrzałam na niego, a on spuścił wzrok i cichutko powiedział:
- Bo ja tylko ten... Numer twój chciałem, bo mi się spodobałaś.
Nie, nie jesteśmy razem. Jakiś czas się spotykaliśmy, ale nie wyszło nam. :)
Biegam, bo lubię. Od zawsze lubiłem i chyba od zawsze to robiłem. Robiłem to regularnie. Dwa miesiące temu spadłem ze schodów na tyle fatalnie, że skręciłem kostkę. Noga w gipsie, byłem uziemiony.
Przestałem biegać, poruszałem się autem. Wczoraj była pierwsza przebieżka - jak zwykle start o 20:00. To, co stało się później, zwaliło mnie z nóg.
Zaczepiali mnie obcy mi ludzie i pytali się, co się ze mną działo. Pan, który wychodził z psem myślał, że wyjechałem za granicę. Pani, która co wieczór zamyka lokalny spożywczak, zapytała co się ze mną działo. Twierdzi, że jestem jej wyznacznikiem czasowym. Wie, że jak biegnę w jedną stronę, to czas zamykać kasę, a jak wracam, to ściąga roletę. Zabawne, prawda? Byłem jej wyznacznikiem czasowym.
Ludzie, których kompletnie nie znam, na których nie zwracałem nigdy uwagi. Chyba prowadzę zbyt monotonne życie.
Sytuacja wydarzyła się pewnego popołudnia w niedalekiej przeszłości. Stałam przy jezdni, czekając na zielone światło. Po przeciwnej stronie ulicy dostrzegłam małego chłopca, na oko tak z 7 lat, który idzie obok swojej babci liczącej sobie co najmniej siedemdziesiątkę. Starowinka była dość chuda, jednak trzeba przyznać, że miała silne ramiona-nosiła dwie, wyładowane zakupami reklamówki. Mimo krzepy w rękach, widać, iż jej ciężko. Na przekór trudnością uśmiecha się do wnusia, prosząc, by malec nacisnął na guzik. Chłopczyk posłusznie wykonał polecenie. Nacisnął przycisk i niemal od razu zapaliło się zielone dla pieszych. "Magik" - pomyślałam. W tym samym czasie i dla mnie też rozbłysło zielone, więc uradowana ruszyłam przez pasy.
Wtem zawarczał silnik i fuknęły opony. W stronę malca pędziła czarna terenówka i to z takim zapałem, że przy impakcie dzieciak wyleciałby z 10 metrów i rozpłaszczył o asfalt. Kompletnie zesztywniałam, mając już przed oczami wizję zmiażdżonego, małego ciałka. Chłopczyk krzyknął rozdzierająco, kuląc się przed pędzącą śmiercią. Jego babcia pędziła w stronę ulicy, wołając rozpaczliwie jakieś niezrozumiałe słowa. Dopiero przeraźliwy pisk opon wyrwał mnie z letargu. Terenówka wyhamowała nagle; kierowca w końcu dostrzegł czerwone światło i malca na drodze. Samochód pchnął lekko chłopczyka, który padł na jezdnię i rozpłakał się histerycznie, bardziej z przerażenia, niż bólu wywołanego stłuczką. Odzyskawszy władzę w nogach, ruszyłam czym prędzej do dzieciaka, uspokajając go i tuląc. Zaraz na miejscu pojawiła się babcia, rzuciła zakupy i objęła mocno wnusia.
Wtedy z terenówki wychylił się wielki, naprawdę wielki, nieco przerażający facet. Zaczął wyklinać i rzucać teksty pokroju: "Jak pilnujesz gówniarza?!" i ogólnie ignorując swoją jazdę 150 km/h i obarczając całą winą malca. Od razu chciałam wycofać się w cień; co mogła innego zrobić piętnastolatka przed piratem drogowym, przed którym nawet rzesza dresów z osiedla robi pod siebie. Ale nie babcia.
Starowinka ścisnęła w pomarszczonej dłoni reklamówkę i... i swą chudą ręką uniosła wyładowaną zakupami torbę. Zamachnęła się nią, aż ta wykonała pełne 360 stopni i z całym impetem grzmotnęła o maskę terenówki. Jajka eksplodowały na czarnym lakierze wraz z owocami, chlebem i ogólnie całą zawartością torby, o potężnym wgnieceniu już nie wspominając. Facet wkurzył się na potęgę i już myślałam, że rzuci się na kobietę, lecz gdy ta uniosła śmiało drugą reklamówkę, mężczyzna postanowił się wycofać. Wsiadł rozżalony do swego auta i gdy tylko babcia wraz z utulonym już wnuczkiem zeszły z jezdni, odjechał z utytłaną w artykułach spożywczych maską, teraz jednak przestrzegając ograniczeń prędkości.
Do teraz nie mogę uwierzyć z jaką mocą starowinka wymierzyła sprawiedliwość.
Ostatnio stałam w kolejce w markecie, kiedy do kasjerki podeszła druga kasjerka z ochroniarzem i kasetką - zmiana kasjerek. Oczywiście dla mnie to nie problem, też pracowałam na kasie i rozumiem. Ale nie spodobało się to jednej staruszce stojącej w kolejce. Wywiązała się taka rozmowa:
- No teraz musicie zmieniać? Jak kolejki są? - rzekła babcia.
- Tak, teraz, kasjerka kończy zmianę i idzie do domu - powiedział ochroniarz.
- Ale kolejki są!
- Minęło mi osiem godzin pracy! - oznajmiła kasjerka.
- Za moich czasów to się po dwanaście godzin pracowało, siedem dni w tygodniu i się człowiek cieszył, że praca jest! Wy młodzi to się oszczędzacie, osiem godzin i już zmęczona! Phi! - rzuciła oburzona babunia.
Zwykle nie wtrącam się w takich sytuacjach, ale ostatnio miałam sporo przemyśleń na ten temat. Np. właśnie to, czy warto pracować po 12 godzin i tracić zdrowie, czy lepiej mniej pracować, mniej zarobić, żyć skromnie, ale na starość być zdrowym. Moje przemyślenia jakie snułam parę dni wcześniej sprawiły, że odezwałam się bez większego zastanowienia:
- I dlatego teraz pani o lasce, przygarbiona chodzi.
- Słucham? - spytała oburzona babcia. Wszyscy, którzy mogli to słyszeć spojrzeli na mnie.
- No, ten... - w tym momencie trochę straciłam pewność siebie, bo ludzie na mnie patrzyli, a ja mimo że nie jestem osobą nieśmiałą, to nie nawykłam do publicznych przemówień, więc zaczęłam się lekko jąkać. Jednak udało mi się powiedzieć, co chciałam. - Pracowała pani ponad normę bez chwili wytchnienia, w domu pewnie też pani robiła, pewnie spała pani mniej niż powinna, a w pracy dźwigała duże ciężary, bo trzeba być twardym, a nie miętkim, co nie... No i ma pani teraz na starość problemy ze zdrowiem i dlatego chodzi o lasce, zgarbiona. Dlatego właśnie nie chcemy pracować ponad siły, żeby na starość nie chodzić o lasce.
O ciężarach to mi akurat przyszło na myśl z opowieści mojej matki, ciotek i babci, które uważały się za takie wielce bohaterki, bo dźwigały wory z mąką po 50 kg i potem kręgosłupy miały zniszczone. Opowiadały to tak, jakby uważały, że to super przykład, bohaterstwo i co najmniej ordery za te wyczyny powinny dostać. Dla mnie to nic innego jak brak szacunku do swojego zdrowia, więc chyba ordery za głupotę. No ale wiadomo, co pokolenie, to inne podejście. Ojciec też nabijał się z młodych osób, które przychodziły pracować tam gdzie on i szybko się zwalniali, bo nie wytrzymywali pracy po 10-14 godzin dziennie za najniższą krajową. Jakie to słabe, jakie to delikatne i tak dalej. Więc wprost go pytałam: czy warto było? Czy warto było dawać się wykorzystywać, żeby teraz w wieku 60 lat ledwie chodzić przez zniszczone stawy i kręgosłup?
Nie rozumiem tego pokolenia. Czy oni nie wyciągnęli żadnych wniosków? Czy serio uważają, że niszczenie sobie zdrowia dla pracy jest takie super?
Pracuję w zakładzie piekarskim. Ostatnio z powodu braku ludzi musiałem przesunąć osoby pomagające w produkcji. Dziewczyna 33 lata z trójką dzieci, która przychodziła do pracy na 3 godziny + deputat, trafiła do sekcji sprzątania. Tymczasowo, dosłownie na jeden tydzień.
Usłyszałem tekst, który mnie powalił:
"Nie po to kończyłam podstawówkę, żeby teraz sprzątać kible".
Sorry. Wybuchłem.
Jestem po dość długiej lekturze anonimowych, wiele wiadomości było o tym, aby "nie oceniać dresa po dresie". Postanowiłam dołożyć kilka groszy od siebie.
Nim jednak opowiem co i jak, zaznaczyć muszę dwa fakty. Miasto, w którym się wychowałam, ma opinię dość niebezpiecznego. Nie dalej jak rok temu zasztyletowali 21-latka między blokami, dwa lata temu zaatakowano w nocy nożami dwóch braci (przeżyli), a historii o gwałtach to się nasłuchałam. Mnie się nigdy nic nie stało. Dodać muszę, że moja mama uczyła w podstawówce dość długo, miała opinię świetnego pedagoga i wychowawcy. W każdym razie przechodząc do sedna.
Wracam koło 2 w nocy, jakoś latem, z 4 lata temu. Osiedle, przez które przechodziłam jest na 3 miejscu, jeżeli chodzi o niebezpieczeństwo. Ja jednak, jako że wychodzę z durnego założenia, że skoro "ja nie jem lwa, to lew też mnie nie zje" (obym nigdy się na tym nie przejechała), idę zadowolona przed siebie.
Nagle czuję, że za mną idzie jakaś grupka. Oglądam się, tak. Trzech ich było. Książkowy przykład "koksa", trzy paski, masa i rzeźba, łysy łeb. Zmroziło mnie, natychmiast przypomniały mi się te historie o gwałtach, morderstwach, sceny z filmów. Im szybciej szłam, tym w głowie roiło mi się więcej obrazów, wliczając w to własne zwłoki wyławiane z dna jeziora. Oni szli za mną, szybciej i szybciej, wiedziałam, że mnie gonią. No i dogonili, bo ja raczej z tych wolniejszych jestem. Zatrzymał mnie jeden, złapał za ramię i gwałtownie odwrócił w swoim kierunku. Przerażona zamykam oczy, nie wiedziałam, czy chcą mnie zabić, czy zgwałcić, czy jedno i drugie.
- Ty jesteś (dajmy na to) Krysia Iksińska?
- T...tak - odpowiadam nieśmiało.
- Twoja mama uczyła w szkole historii?
- T....tak - tutaj mnie zbili z pantałyku, otworzyłam oczy. Jeden z moich "oprawców" wyciąga z kieszeni cukierka, łapie mnie za dłoń, kładzie na niej cukierka i mówi z szerokim uśmiechem
- Masz, daj mamusi. Pewnie nas już nie pamięta, ale była kiedyś naszym wychowawcą. Najlepsza nauczycielka na świecie. Pozdrów ją od nas.
Przyznam się szczerze, że stałam chwil kilka w szoku, nim się pozbierałam.
Kolejnego dnia zrobiłam co chcieli, wzięłam cukierka i poszłam na grób mamy, pozdrawiając ją od jej uczniów.
Jestem homoseksualna i od ponad roku spotykam się z cudowną dziewczyną, z którą jestem bardzo szczęśliwa.
Zadecydowałam, że zaproszę Alicję na święta i w końcu powiem o moim związku rodzinie. Zdecydowałam, że zrobię to przy niedzielnym obiedzie.
- Słuchajcie... - zaczęłam. - Chciałabym na święta kogoś zaprosić.
Cała rodzina zaczęła mi się przyglądać z zaciekawieniem i niedowierzaniem.
- No w końcu sobie kogoś znalazłaś! - krzyknęła ucieszona babcia. - Powiedz kto to jest?
- Właśnie... To nie takie proste - zaczęłam. - Obawiam się, że nie zrozumiecie mojej decyzji...
- O mój Boże! - krzyknęła załamana babcia. - Mów szybko, czy jest tak źle jak myślę?!
- Jestem z dziewczyną - wyznałam, a babcia ku mojemu zdziwieniu odetchnęła z ulgą.
- Z dziewczyną to nie tak źle - stwierdziła. - Ja już się bałam, że jakiegoś Murzyna przyprowadzisz...
Dodaj anonimowe wyznanie