#Q9lVM

Kilka lat starałam się z narzeczonym o dziecko. W końcu zaszłam w ciążę. Okazało się, że nasze upragnione dziecko ma wadę letalną, zespół Downa z ciężką wadą serduszka. Był tak zniekształcony, że prawdopodobnie zmarłby kilka godzin po porodzie, jeżeli udałoby się w ogóle donosić tę ciążę.
Cała rodzina wiedziała, że jestem w ciąży. Cała rodzina cieszyła się z wieści, że w końcu zostanę mamą.
Po kilkunastogodzinnych rozmowach z narzeczonym zdecydowaliśmy się na aborcję. Tego co się działo w gabinecie nie zapomnę chyba do końca życia. Jako że płód był już bądź co bądź duży (26 tydzień), podali mi jakieś leki rozkurczowe, podpięli pod kroplówkę i kazali mi leżeć i czekać. Po kilkunastu godzinach urodziłam syna. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, kazałam go zabrać pielęgniarkom ode mnie. Nie nadałam mu imienia, nie zrobiłam mu pochówku, dalszym znajomym i większości rodziny powiedziałam, że poroniłam. Tylko dwie osoby wiedziały o tym, że usunęłam ciążę i oczywiście było gadane, że po co, a co jakby się urodziło zdrowe? Otóż nie mogło się urodzić zdrowe, byłam konsultowana z kilkunastoma ginekologami.

W tamtym roku w końcu zaszłam w upragnioną ciążę i urodziłam piękną, zdrową córeczkę. Chcemy mieć z narzeczonym jeszcze przynajmniej jedno dziecko, jednak po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego najzwyczajniej w świecie boimy się następnej ciąży. Boimy się tego, że dziecko może być tak samo uszkodzone jak tamto albo jeszcze gorzej.

#mCGdN

Ostatnio dużo tu o relacjach damsko-męskich, w których to mężczyźni mówią o naturalnym makijażu. Dodam swoje trzy grosze.
Na sam początek chcę powiedzieć, że nie nakładam tony szpachli na twarz. Zazwyczaj jest to puder, tusz i trochę kredki - taki standardowy naturalny make up.

Ostatnio byłam u chłopaka, ten wyznał, że jestem śliczna i że nie muszę się malować. Postanowiłam go zaskoczyć i przy ponownej wizycie (tym razem on u mnie) w ogóle się nie pomalowałam. Wszedł do pokoju i z przerażeniem w oczach zapytał:
 - Jezu, jesteś chora?

Postanowiłam, że jednak będę się malować.

#xZsc7

Sytuacja miała miejsce parę lat temu w gimnazjum. Nadchodziła lekcja matematyki - niby nic, ale zawsze nauczycielka pytała kogoś na niemalże każdej lekcji, a że byłem jej "ulubionym uczniem", byłem pytany przynajmniej raz w tygodniu. Lekcja się zaczęła, a ja poczułem dziwne uczucie w moich dresach - namiot został postawiony (if you know what i mean :P ). Nawet nie wiedziałem, czemu tak się stało, ale nieważne. Myślę sobie: spoko, normalna rzecz, wiecznie stać nie będzie. W tym momencie nauczycielka wypowiada moje imię:
- Panie (przypuśćmy) Konradzie, zapraszam do tablicy!

Myślę sobie: co mam robić, czemu właśnie w tym momencie, co zrobiłem złego, za jakie grzechy i odpowiadam:
- Ale... ale ja teraz nie mogę, później.
- Co to w ogóle ma znaczyć później?! Proszę natychmiast podejść do tablicy, albo pała! (tak, nauczycielka zawsze mówiła pała).
A ja wtedy jakby nigdy nic:
- Pała to mi teraz stoi! Erekcję mam! W dresach!

Klasa w śmiech, babka w szoku, słowa nie mogła z siebie wydusić. Po chwili przerwy rzekła:
- Kasia, do tablicy.

Od tamtej pory nie zostałem spytany już ani razu.
Dziękuję mojemu namiotowi :D

#aozto

Są takie wydarzenia, które przypomniane nawet po latach przywołują uczucie przeszywającego trzewia zażenowania.

Kiedyś siedziałem z przyjacielem w restauracji, gdy usłyszałem, że jakaś niemłoda już klientka przy stoliku obok zadławiła się jedzeniem. Bohatersko zerwałem się i podbiegłem do niej, szybkim ruchem podniosłem ją z krzesła, a następnie zastosowałem tzw. chwyt Heimlicha – stojąc z tyłu, objąłem panią i zacząłem z całej siły naciskać na jej przeponę, licząc na to, że kobieta wykrztusi kawałek klopsika, który utknął gdzieś w jej przełyku. Tak się jednak nie stało, po paru sekundach bycia podrzucaną i szarpaną przeze mnie, babina wyrwała się z mojego uścisku i odwróciwszy się, zasadziła mi siarczysty policzek na oczach wszystkich widzów tego „spektaklu”. Upokorzony szybko wyszedłem z lokalu, gdzie po chwili dołączył do mnie mój przyjaciel.

Okazało się, że kojarzył panią, której „ratowałem życie” i dźwięk, jaki uznałem za odgłos dławienia się, w rzeczywistości był jej… śmiechem.

#2v1Md

Znacie to uczucie, kiedy jesteście niepewni, czy zamknęliście drzwi? Wstajecie z wygodnej kanapy, stąpacie po zimnych kafelkach i upewniacie się, że wszystko jest zamknięte, wasze gniazdko jest bezpieczne, a wy możecie wrócić do ulubionego serialu.
Niestety, ale u mnie jest inaczej.

Godzina 2:43, ktoś puka do moich drzwi. Przebudziłam się, nadsłuchuję. Dzwonek.
Wstaję, podchodzę do drzwi, spoglądam przez judasza - ciemność. Nikogo nie ma, powrót do łóżka.
Długo nie mogę zasnąć, w głowie słyszę szum. Zasypiam po godzinie 5 nad ranem.

Jest piękna niedziela, budzę się po godzinie 10. Słyszę dźwięk włączonej mikrofalówki w kuchni i zapach kawy. Zakładam kapcie, szlafrok, idę do kuchni. Po sprawdzeniu, iż mikrofalówka jest wyłączona i nie wydaje żadnych dźwięków, robię kawę. Nigdy nie wypijam jej do końca - w trakcie połowy jest niezwykle cierpka.

Biorę prysznic. Czasem czuję czyjąś dłoń na swoich plecach, ignoruję to.

Po południu idę oddać książki do biblioteki. Zawsze w drodze powrotnej idę szybszym krokiem. Jestem pewna, że ktoś za mną idzie i woła moje imię. Wbiegam na trzecie piętro, szybko zamykam za sobą drzwi od mieszkania i patrzę przez judasza, czy aby na pewno nikt mnie nie śledził. Klatka schodowa jest pusta.

Wieczorem bardzo cicho oglądam telewizję, muszę mieć włączone światła w całym mieszkaniu. Czasem słyszę pukanie do drzwi, czasem słyszę pisk czajnika z gotującą się wodą.

Wiecie, kiedy jest najgorzej? Kiedy leżę już w łóżku. Pomimo iż śpię przy włączonej nocnej lampce - słyszę różne dźwięki, czuję, jak coś czasem pełza po mojej nodze. Nim zasnę średnio 3-5 razy sprawdzam, czy są zamknięte drzwi, czy aby na pewno jestem sama w mieszkaniu, czy nikt nigdzie się nie ukrył. Spoglądam przez judasza w czerń, boję się, że ktoś czeka pod moimi drzwiami i coś szepcze.

Cierpię na schizofrenię paranoidalną. Cały czas się leczę, jest znacznie lepiej niż kilkanaście lat temu. Każdy dzień jest dla mnie piekłem.

Gdy skończyłam to pisać - jest godzina 22:42. Słyszę, jakby ktoś brał prysznic w moim mieszkaniu. Miałam kiedyś psa, ale po tym, jak wydawał jakiekolwiek dźwięki było jeszcze gorzej. Zwłaszcza wieczorami.

#ClPRH

Mam okropne poczucie winy. Sytuacja wyglądała tak, że narzeczony dostał od naszych znajomych prośbę, czy pod ich nieobecność moglibyśmy zająć się domem, psem, palić w piecu. Gdy narzeczony rozpalał w piecu, ja zrobiłam nam kawkę i przeszłam się po mieszkaniu. Zajrzałam na półkę z książkami, a potem zwyczajnie do kilku szafek w salonie (nawet nie pomyślałam, że to coś złego!). Rozmawiałam z narzeczonym, gdy zauważył on, że z jednego pomieszczenia zniknęła kamera - okazało się, że leży w salonie, w którym ja zbroiłam. I prawdopodobnie wszystko się nagrało...

Teraz wiem, że muszę się przyznać, że mam chujowe zwyczaje i że strasznie mi wstyd, ale mam w głowie tylko to, że ci znajomi mnie znienawidzą. Ja nawet nie pomyślałam, że nie szanuję ich prywatności! A i narzeczony był przerażony tym co zrobiłam. Czuję się okropnie.

#ylmzB

Robiłam dziś porządki w szafie i w ręce mi wpadła teczka z rysunkami mojego dziecka, a jeden z nich przypomniał mi pewną historię.

Syn chodził do podstawówki uznawanej za jedną z lepszych szkół w mieście - dzieciaki wygrywały konkursy, olimpiady, zawody sportowe itp. Modne wśród lekarzy czy prawników, ogólnie elity miasteczka, stało się umieszczenie swego dziecka właśnie w tej szkole. Doprowadziło to do chorego wyścigu między dzieciakami, do przesadnej rywalizacji. Już w najmłodszych klasach nieważne było koleżeństwo, ważne było by dostać piątkę i być najlepszym. O ile poziom wiedzy dzieci był możliwy do zbadania i niepodważalny, to na plastyce i zajęciach technicznych działy się cuda... Jeśli dzieci miały zrobić makietę domu, to niektóre makiety wyglądały jakby wyszły spod ręki architekta, a obrazy i portrety śmiało można by wieszać na ścianach muzeów. Piątki się sypały na prawo i lewo, prawie wszystkie dzieciaki miały same bardzo dobre oceny. Prawie, bo mój syn malował swoje prace samodzielnie, a że talent, a raczej jego brak, odziedziczył po mnie, to wysokich ocen nie dostawał, wręcz przeciwnie.

Tak się złożyło, że syn trochę chorował i całkiem zapomniał o namalowaniu obowiązkowej pracy na jakiś konkurs. Przypomniało mu się, gdy już zasypiał w łóżku, wpadł z płaczem do mojego pokoju i wykrztusił, że pracę trzeba zrobić, bo inaczej będzie jedynka. Co było robić, postanowiłam ten jeden jedyny raz syna ratować i sama złapałam za pędzel. Siedziałam ze dwie godziny, skończyłam w nocy, ale dzieło wyglądało całkiem nieźle, więc ze spokojnym sumieniem poszłam spać. Rano syn wziął malunek i poszedł do szkoły, pani na plastyce prace zebrała, jedynki młody uniknął, sprawa zakończona. Prawie...

Okazało się, że rodzice jak zwykle się wykazali i dzieciaki poprzynosiły arcydzieła malarskie, ale miarka się przebrała. Szkolna komisja konkursowa stwierdziła, że na pierwszy rzut oka widać, że prace są niesamodzielne, że nie zostały wykonane przez uczniów, tylko przez rodziców, a że celem nauki ma być zdobycie odpowiednich umiejętności przez uczniów, to wszystkie te piękne prace zostały odrzucone. Wszystkie prócz jednej - pracy mego syna. Komisja stwierdziła, że mimo ewidentnego braku talentu autora widać, że praca jest samodzielna, dlatego jako jedyny będzie reprezentował szkołę w konkursie...

Ani syn, ani ja nigdy nie wyjawiliśmy prawdy - mnie było wstyd, a syn chciał utrzeć nosa kolegom, więc trzymał język za zębami, choć do dziś, już jako młody dorosły człowiek, ze śmiechem wypomina moje umiejętności plastyczne.

#vOcgZ

Dostałam dzisiaj mandat za przejście na czerwonym świetle...

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wbiegłam za rozwrzeszczanym około 4-letnim chłopcem, który wbiegł na jezdnię korzystając z faktu, że mamusia rozmawiała przez telefon. Dodam tylko, że gdybym nie złapała go wpół i nie zaciągnęła na chodnik, to dzieciak pewnie teraz byłby albo martwy, albo mocno pokiereszowany.

Gratuluję policji...
Czuję, że przez tydzień będę jeść chleb z masłem.

#7s8dA

Jestem matką słodkiej dwuletniej córeczki. Jak to matka, czasami też muszę załatwić swoje sprawy w łazience, nigdy oczywiście drzwi nie zamykając. Ostatnio przy okresie córka złapała mnie na zmianie opakunku, z wielkimi oczami stała i się patrzyła, po chwili zaś powiedziała z wyrzutem: "Każesz mi na nocnik robić siusiu i kupkę, a sama po kryjomu w pieluchach chodzisz?!".

Oczywiście goście, którzy nas odwiedzili tego dnia dowiedzieli się, jaka to ja jestem niedobra...
Dodaj anonimowe wyznanie