#aGqFo

Wiele lat temu spełniłam jedno ze swoich największych marzeń. Kupiłam dom. Stare, zapuszczone, drewniane domiszcze stojące od lat puste na obrzeżach malutkiej miejscowości. Jako że nie było mnie wówczas stać na remont, a mój mąż, który mógłby mi pomóc „ogarnąć chałupę”, pracował wówczas w Szwecji, musiałam tymczasowo oswoić się z myślą, że będę mieszkała w „rezydencji”, która klimatem i wystrojem wnętrza przypominała nieco willę rodziny Adamsów.
Najgorsze było to, że byłam tam kompletnie sama, a dom wydawał z siebie podejrzane dźwięki. Poważnie. Szczególnie w nocy potrafił mnie brutalnie zbudzić ze snu odgłos czyichś kroków w dużym pokoju piętro niżej. Innym razem drzwi szafy same się otwierały skrzypiąc upiornie, albo w pokoju obok dał się usłyszeć coś, co przypominało płacz dziecka.

Próbowałam to sobie jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Wiadomo, dom był stary, drewniany – czasem jakaś deska miała prawo skrzypnąć, a delikatne ruchy płyt tektonicznych na pewno miały z tym coś wspólnego. W końcu jednak jakoś pogodziłam się z tym, że mieszkam w nawiedzonym budynku.

Pewnej nocy obudziłam się. Na dole coś pukało. Głośniej niż zwykle. Przerażona zwinęłam się w kulkę, jednak po dłuższej chwili „obrosłam w jaja”, chwyciłam za ogrodowego krasnala, który z jakiegoś powodu stał w mojej sypialni i zlazłam na dół. Kiedy zapaliłam tam światło, okazało się, że drzwi domu są otwarte, ktoś ukradł mi telewizor, a na środku pokoju, jak gdyby nigdy nic, r#chały się dwa jeże…

#vbVyK

Jak byłam w liceum, byłam taką głupią trzpiotką. Z każdym flirtowałam, uśmiechy rozdawałam na prawo i lewo, uwielbiałam być w centrum zainteresowania. Zazwyczaj to mniej lub bardziej działało, chociaż z tych uśmiechów nigdy nie wynikało nic więcej jak może jedna-dwie randki bez zaliczania jakiejkolwiek bazy, bo każdy kolejny chłopak był "jakiś nie taki".

Aż trafiło na chłopaka, który był trochę bardziej zdeterminowany niż cała reszta. Właściwie ja też byłam nim zainteresowana, rokowało dobrze, z dwóch randek zrobiło się coś bardziej na poważnie. Poszliśmy razem na imprezę, bawiliśmy się całkiem fajnie, dopóki mój kolega nie próbował zmierzyć się z innymi na ilość wypitej wódki. Skończyło się tym, że zrzygał mi się na buty, a potem zaczął widzieć duchy w dymie z papierosa. W moich oczach był już spalony.

Niestety zupełnie tego nie pamiętał i nie był w stanie pojąć dlaczego nagle stałam się dla niego bardzo chłodna. Zaczął mnie zdobywać. Kwiaty, czekoladki, szkolny radiowęzeł raz dziennie puszczał mi dedykowaną romantyczną piosenkę. W szkole huczało od plotek. Najpierw próbowałam dać mu delikatnie do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Uświadomiłam go, skąd moja nagła zmiana uczuć, ale po litanii przeprosin uznał, że odpokutował. Nie chciałam mu za bardzo robić przykrości, bo to w sumie był fajny chłopak, ale nie bardzo rozumiał, że nie jestem zainteresowana. Nie było w stanie zrazić go nic. Był przekonany, że zgrywam niedostępną i dalej się starał. Próbowałam wszystkiego, aż nie miałam wyjścia i sięgnęłam po broń ostateczną - FRIENDZONE.

Poprosiłam mojego kolegę, żeby udawał mojego chłopaka. Poszliśmy na pozorowaną randkę do knajpy, do której chodzili wszyscy. Oczywiście wszystko było poprzedzone odpowiednią ilością opowieści, jaki on wspaniały, cudowny, ach, och, które były wysłuchiwane z godną podziwu cierpliwością. Trzymaliśmy się za ręce, przytulaliśmy, szeptaliśmy do ucha - po prostu dwa gołąbki. Gdy mój adorator nas zobaczył, stanął jak wryty, gdy przedstawiłam mu "mojego nowego chłopaka" pojął, że nic z tego nie będzie i odszedł.

I właściwie w tym momencie można by było zakończyć tę historię, ale od tamtej udawanej randki zaczęłam się spotykać z "podstawionym" chłopakiem. Wtedy między nami zaiskrzyło, on zobaczył we mnie coś więcej niż wachlującą rzęsami idiotkę, chociaż do tej pory mi wypomina, że go bezwstydnie wykorzystałam. Od tamtej pory jesteśmy razem, z czego dwa lata po ślubie. Wniosek z tego, że nawet najbardziej kretyńskie zachowania nastolatek mogą przerodzić się w coś dobrego.

Na koniec ciekawostka - zakochany kolega zaraz po maturze poszedł do seminarium.

#pOwH1

Wieczorem tamtego dnia miałam poznać rodziców mojego chłopaka. Miałam wtedy wolne od pracy, więc postanowiłam wykorzystać ten czas i udać się w końcu do ginekologa. Wizyta jak wizyta, nic nadzwyczajnego. 

Wieczorem przyjeżdża po mnie chłopak, a ja oczywiście, żeby zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie, kupiłam jakieś winko i go wypytuję trochę o jego rodziców. Dowiaduję się, że jego mama pracuje jako sekretarka w szkole, a ojciec jest lekarzem.

Jesteśmy na miejscu, dzwonimy do drzwi i nagle moim oczom ukazuje się mój lekarz... ginekolog. Wyobraźcie sobie moją minę, wyrażającą zdziwienie i zażenowanie. Oczywiście nie zapomniał o tym wspomnieć, że dziś byłam u niego na wizycie.

Dziś ten pan jest moim teściem. Zawsze gdy go widzę przypomina mi się, że mnie oglądał...

#z2zGc

Gdy miałam 14 lat, pojechałam z siostrą i kuzynkami nad jezioro. Zapowiadał się świetny gorący dzień nad wodą. Jednak wszystko było pięknie do czasu...

Humor nam dopisywał, radości i euforii lata nie było końca. Jako młode nastoletnie dziewczyny głodne wrażeń postanowiłyśmy wziąć ponton i popływać po jeziorze. Jednak gdy już wypłynęłyśmy niewielki kawałek od brzegu, ja przeczuwałam coś złego i zrezygnowałam z tej wyprawy, więc wciąż czując grunt pod nogami, doszłam do brzegu. Namawiałam dziewczyny, aby też to zrobiły, jednak one, pewne siebie, nie chciały mnie słuchać. Były złe, że sobie poszłam.

Obserwowałam je z pomostu. Patrzyłam na nie, i nagle, gdy były już dość daleko od pomostu, zauważyłam, że ich ponton zaczął napełniać się wodą, a one zaczęły się topić na moich oczach. Próbowały trzymać się pontonu, lecz ten im się wyślizgiwał. Niestety, dziewczyny nie umiały pływać. Ja też...
Skoczyłam, aby je ratować, bo wiedziałam, że liczy się każda sekunda. Nie przyszło mi na myśl, że utoniemy we trójkę, to było silniejsze ode mnie, aby ich nie zostawiać bez pomocy.

Dziewczynom jakimś cudem udało im się odwrócić ponton i dopłynąć do brzegu, gdzie wyszły z wody.
Ja natomiast czułam, jak idę na dno, jak lecę w dół. Oczy miałam otwarte i pamiętam, jakby to trwało wieczność. Nagle sobie pomyślałam - Boże, co się dzieje, nie mogę umrzeć, ja tonę! Zaczęłam w myślach się modlić, prosić Boga, aby dodał mi siły. Zaczęłam ruszać rękami i nogami tak szybko, panicznie, aby tylko się wydostać z wody. Doszło do mnie, że moje życie może się skończyć, jeśli się poddam.
Nie wiem jak to się stało, ale wypłynęłam spod wody, widziałam przebijający się blask słońca i się wybiłam na powietrze. Wtedy skoczyli do mnie chłopaki z pomostu i przyciągnęli mnie na brzeg.

Rodzicom nigdy się nie przyznałam, do teraz o niczym nie wiedzą. Ja wiem, że dostałam szansę od losu. I że życie jest nieobliczalne. Czasem ratując kogoś, ryzykujesz swoje życie. Niektórym się nie udaje.

PS Uraz do jezior i morza został na zawsze.

#rzNWA

Kiedyś, gdy byłam małym dzieckiem, jechałam z tatą samochodem. Ktoś wyjechał znienacka na jezdnię rozpędzonym autem, że o mały włos by w nas nie wjechał. Tata krzyknął: "Co za kutas". Ja nie wiedząc, co to jest, spytałam:
- Co to znaczy kutas, tato?
- Yyy... to takie coś, co mają tylko chłopcy, Olu - odpowiedział.

Gdy przyjechaliśmy do domu, pobiegłam do moich braci (było ich dwóch, 15 i 16 lat), siedzieli na łóżku, gdy nagle wpadłam do ich pokoju i spytałam:
- Pokażecie mi swojego kutasa?
Ich mina bezcenna.

PS. Nie, nie pokazali.

#th25N

Zaprzyjaźniłam się z byłą dziewczyną swojego eks tylko dlatego, żeby do niej nie wrócił.

Mój były po 6 latach związku z Anką zaczął spotykać się ze mną. Byłam kochanką, chociaż myślałam, że jestem jego dziewczyną. Trzymanie mnie na dystans przed rodziną i znajomymi tłumaczył długim związkiem, który dopiero zakończył, i nieciekawą sytuacją w domu.

Kiedy po 1,5 roku wszystko wyszło na jaw, czułam się upokorzona, zwłaszcza że nawet mnie nie przeprosił, tylko usunął ze swojego życia. Zazdrościłam Ance tego, że ją potraktował lepiej, że porozmawiał z nią twarzą w twarz, że żałował.

Nie umiałam się z tym pogodzić. Z Anką miesiącami budowałam relację, opowiadałam o intymnych momentach pod pretekstem wyrzucenia  z siebie emocji. Tylko że zrobiłam to z zemsty na byłym, a nie ze względu na dobro Anki. Wiedziałam, że on chce ją odzyskać, a dzięki naszej "babskiej solidarności" zablokowałam to skutecznie.

#OLGMF

Nawet nie wiecie, jak wam niektórym zazdroszczę. Czytając opowieści o schodzących się rodzicach, spędzonych razem wspólnych chwilach, szczęśliwym dzieciństwie czasami konkretnie zapłaczę. Moje dzieciństwo do najgorszych nie należało, jednak brakowało w nim jednego elementu - ojca.

Mój ojciec był alkoholikiem. Napisałem był, ponieważ 11 lat temu po awanturze w domu powiedział: "że już tu nie wróci". Mama się tym nie przejęła, zwłaszcza że ojciec był pijany, a mama skupiła się wtedy na zamaskowaniu podbitych oczu, aby pójść do pracy. Miałem wtedy 7 lat, moja siostra 11. Jako dzieciak bardzo lubiłem chodzić z mamą rano po zakupy, więc tego dnia wyszliśmy do pobliskiego sklepu po podstawowe rzeczy - chleb, bułki, itd. Po wyjściu z bloku mamę zdziwiło to, że nasza szopa była otwarta. Zerknęła do środka, po czym ze łzami w oczach kazała mi iść do domu i sama do niego pobiegła. Jako ciekawskie dziecko musiałem zerknąć, co tak mamę ruszyło, więc zajrzałem do środka... I to był błąd. Zobaczyłem mojego ojca, jak wisiał na sznurze. Siny, ze zwieszoną głową, w koszulce i jeansach. Martwy.

Jak czytam niektóre historię to, jak już mówiłem, płaczę. Jako nastolatek byłem szczęśliwy, że ojca nie ma - nie ma awantur, nikt mnie nie bije, nikt nie bije mamy ani mojej siostry. Teraz jednak dotarło to do mnie, że przez niego straciłem najlepsze lata. Mama już nigdy nie była taka jak kiedyś, ledwo wiązaliśmy i ledwo wiążemy koniec z końcem.

Chciałbym żeby ten skurw**** zobaczył teraz swojego syna i córkę. Syna, który zdał maturę, studiuje pielęgniarstwo i jego starszą siostrę - kierowniczkę w firmie. No i najważniejsze - swoją żonę, która przez 11 lat walczy, aby jej dzieciom nic nie brakowało, odejmując sobie od ust.

Cieszcie się, że macie rodziców. Nawet jeśli się rozwiedli i z nimi nie mieszkacie.

#2xtfT

Jakiś czas temu mój mąż odnowił znajomość z kolegą z liceum. Wpadli na siebie na ulicy, poszli na piwo i od tego czasu stali się nierozłączni. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że typ kompletnie nie przypadł mi do gustu. Taki typowy Seba, dodatkowo niezbyt dbający o higienę. Mało tego. Tak się u nas rozgościł, że prawie zamieszkał. Zostawanie na noc stało się standardem, wyżeranie wszystkiego z szafek i lodówki również. Po powrocie z pracy nie mogłam liczyć raczej na obiad, bo ten przygotowany poprzedniego dnia pożarł nasz "gość". 

Wytoczyłam ślubnemu wojnę. Zagroziłam, że wyprowadzę się do rodziców, jeśli ten typ nie przestanie się panoszyć. W końcu faktycznie spakowałam manatki, wzięłam w pracy zaległy urlop i pojechałam. Tyle że nie do rodziców, a do Zakopanego. Nie powiem, odpoczęłam... 

Kiedy wróciłam, okazało się, że kumpel męża praktycznie zdążył się do nas wprowadzić. Nie skomentuję syfu, jaki zastałam w domu po powrocie. Stwierdziłam, że nie tędy droga. Trzeba było obrać inną technikę. Jako że mój mąż jest zazdrośnikiem, postanowiłam iść tym torem. 

Fryzjer, kosmetyczka, parę nowych ciuszków. Zaczęłam gotować pyszne obiady, na bieżąco uzupełniałam zapas piwa w lodówce, no i "zaprzyjaźniłam" się z "Sebą". Podczas obiadu podsuwałam mu co lepsze kąski, śmiałam się jak szalona z jego tępych żartów, ba, nawet zaczęłam popijać z nimi piwko wieczorami na kanapie.
Komplementy też sypały się jak groch - jakie to gość ma mięśnie, jak fajnie ten jego tribal na ramieniu się prezentuje, jaki to on silny, bo mi koło pomógł w aucie zmienić, a ja za żadne skarby śrub odkręcić nie mogłam. Bo ślubny był w pracy, a on nie pracuje i ma tyle wolnego czasu...

Miarka się przebrała, kiedy do kolacji założyłam moją najlepszą sukienkę z dekoltem "do pępka". Tego wieczoru umyślnie zamiast piwa na stole stanęło 0,7. Od kieliszka do kieliszka i koleżka tak się rozochocił, że coraz śmielej zaczął mi w dekolt zaglądać. Nie uszło to uwadze mojego małżonka, który z minuty na minutę stawał się coraz bardziej mrukliwy i milczący. Kiedy jednak "Seba" niby przypadkiem przejechał swoim wielkim łapskiem po moim biuście, mój luby poderwał się od stołu, złapał kumpla za fraki i ze słowami: "Kolacja dobiegła końca. Wypie**alaj!" wywalił go za drzwi tak jak stał, w samych skarpetkach. Buty i kurtka chwilę później wylądowały w ślad za nim.
Tej nocy i przez kilka następnych mąż spał w drugim pokoju...

Nie poruszaliśmy już więcej tego tematu, a kilka dni później dostałam kwiaty, pierwsze od kilku lat... "Seba" już nigdy więcej się u nas nie pojawił.

#3LcWa

Mam 21 lat. Z domu wyprowadziłam się ponad 2 lata temu, a właściwie to praktycznie stamtąd uciekłam. A dlaczego? Bo moja rodzina, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, jest po prostu patologiczna.

Moja matka odkąd pamiętam ma wiecznie depresję. Prawie 25 lat temu straciła syna i do tej pory wykorzystuje to jako główny powód swojej niekończącej się depresji, która tak naprawdę jest po prostu zwykłym lenistwem. W domu rzadko kiedy można było zjeść ciepły obiad. Poza tym lubiła też nas bić (mnie i moje rodzeństwo). Przemoc fizyczna w stosunku do nas była czymś zupełnie naturalnym. Lubiła używać kabla lub pasa, a czasem nawet trzepaczki do dywanów. Potrafiła również czymś rzucić, np. kubkiem.
Mój ojciec z kolei jest alkoholikiem, przez pół mojego życia widziałam go pijanego. Teraz od ok. 10 lat już nie pije, za to stał się strasznym sknerą. Zwłaszcza dla mnie nigdy nie miał pieniędzy, o wszystko musiałam się prosić, czy to o buty, czy kurtkę. Jest też facetem, który nigdy nie okazywał żadnych uczyć poza złością (też potrafił mnie uderzyć).
Mój najstarszy brat to były skinhead, również alkoholik, patologiczny kłamca, dzieciorób i niedoszły kilkakrotny samobójca. Drugi brat były ćpun, który uwielbia się rządzić, a każdy problem rozwiązywałby pięścią. Trzeci brat - bezrobotny leń, który na wszystko ma wywalone. Każdy z nich to rasista, ksenofob, homofob i "patriota-katolik".

A ja? Od zawsze zbuntowana, ateistka i co najgorsze (dla nich) lesbijka. Mimo że nie piję, nie ćpam, nigdy nie byłam karana i zawsze starałam się żyć w zgodzie z innymi, to właśnie zawsze ja byłam najgorsza. To moi bracia całe życie dostają pomoc od rodziców, a ja? Mnie pytają tylko gdzie i kiedy odesłać resztę moich rzeczy.

Może to wyznanie nie ma sensu, ale dlaczego je piszę? Bo dzisiaj rozmawiałam z moją rodzinką. I wiecie co? Nikt nawet nie zapytał, jak się czuję, co u mnie, czy mam za co żyć. Po prostu zero zainteresowania. Przykre.
Dodaj anonimowe wyznanie