Mam 22 lata, nie mieszkam już z rodzicami od 5 lat, jednak ostatnio na pewien czas musiałam wprowadzić się do mieszkania, do którego dostęp ma mój ojciec. Dzisiaj przyjechał i wpadł w szał, zaczął się na mnie wydzierać (dodam, że w przeszłości zdarzało mi się dostać od niego w twarz bez powodu). Napisałam do mojego chłopaka, że się boję ojca i poprosiłam, żeby przyjechał, abym mogła bezpiecznie wyjść z domu. Wiedziałam, że mój ojciec przy nim na pewno mnie nie uderzy ani nie będzie agresywny wobec niego (zawsze przy ludziach udaje super ojca). Mój chłopak zadał kilka pytań odnośnie tego, co się dzieje, na które mu odpowiedziałam, żeby przyjechał jak najszybciej. Nie przyjechał, kompletnie mnie zignorował, przestał odbierać telefon.
Tydzień wcześniej, gdy leżałam w szpitalu czekając na nagłą i niespodziewaną operację, co prawda tylko zapalenie wyrostka, też prosiłam go, żeby przyjechał mnie odwiedzić. Bałam się, ta cała sprawa z narkozą, chciałam go po prostu zobaczyć na wszelki wypadek przed operacją. Nie przyszedł. Najpierw nie miał dla mnie czasu, a potem powiedział, że jedzie nad morze, ma już kupione bilety na pociąg i nie chce tego przełożyć, bo on potrzebuje tego wyjazdu. Wrócił dopiero po czterech dniach. Nie odwiedził mnie ani przed, ani po operacji, dopiero jak wypisano mnie ze szpitala.
Gdybym to ja wiedziała, że on naprawdę mnie potrzebuje, to przyjechałabym nawet taksówką w piżamie.
To nie jest pierwszy raz, kiedy mnie tak wystawił. Przy znajomych udaje super chłopaka, ludzie uważają go za nie wiadomo jak dobrą osobę, ale przy bliższym poznaniu kompletnie nie można na niego liczyć. Te sytuacje to tylko wierzchołek góry lodowej tego, jak często mnie lekceważył i skupiał się tylko na sobie. Wystawił mnie też w moje urodziny w tym roku, nigdy nie miał dla mnie czasu, bo ważniejsza była jego pasja, koledzy itp. Cały czas do niego wracałam, ale po dzisiejszym zdarzeniu wiem, że to koniec. Naprawdę, wiem, że zrobiłabym dla niego wszystko, ale widzę po jego gestach, że jest to człowiek, który dba tylko i wyłącznie o swoje dobro. Smutne.
Osoba, którą znam, pracuje w szpitalu. Historia jest autentyczna i dramatyczna, opisuje fachowość naszych lekarzy. Ale do rzeczy.
Raz do szpitala przyszedł starszy pan, miał problem z nogami. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło, ale diagnoza była następująca – jedna noga do amputacji. Przyszedł w końcu dzień operacji, wszystko było w porządku, przebiegło bezproblemowo. No, prawie. Po zakończonej operacji dopiero ogarnęli, że amputowali złą nogę... To jeszcze nie koniec. Cały szpital stanął na nogi, nie wiadomo było co zrobić, czy przyznać się do błędu czy nie? Oczywiście wygrała druga opcja. Wszyscy spięli dupska, pacjenta zapewniono, że wszystko w porządku, a na drugą nogę przepisano mu leki. I wiecie co? Po miesiącach leczenia i różnych terapii, noga była już zdrowa. Tak, nagle z nożem na gardle dało się wyleczyć coś, co miało być przecież nie do odratowania! Istny dramat...
Gdyby nie to, facet chodziłby teraz normalnie, o dwóch nogach. A tak niczego nieświadomy myśli, że nic nie dało się zrobić.
Chodźcie na diagnozę do kilku specjalistów, by porównać opinie, sprawdzajcie oceny lekarzy na portalach, a jeśli macie dość pieniędzy - leczcie się prywatnie, bo leczenie na NFZ to chłam jakich mało. Nie mam żadnych dowodów, kto nie wierzy to jego problem. Historia stuprocentowo autentyczna, zapewniam.
Moja pierwsza sezonowa praca w barze i od razu trafił się adorator. Ogólnie super facet, przystojny, zabawny. Przyjechał z kolegami, ale większość czasu chodził za mną jak pies. Przesiadywał w barze i cały czas na mnie patrzył. W ostatni dzień chciał się ze mną przespać, ale się nie zgodziłam. Jego urlop się skończył. Zadzwoniłam zapytać, czy bezpiecznie dotarł do domu, powiedział, że tak i że było mu miło mnie poznać, ale nie możemy się już kontaktować, a ten urlop to był jego wieczór kawalerski, więc sama rozumiem... Zrozumiałam. Nie znałam jego nazwiska, nie wiedziałam o nim nic, nie szukałam szczęśliwej narzeczonej, dałam spokój sprawie.
To było 12 lat temu, a ja właśnie sobie o tym przypomniałam i zastanawiam się, jakim on jest mężem. Anonimowa część jest taka, że facet miał mnie w garści, jego plan na pewno by wypalił, gdyby nie to, że akurat miałam okres. Miałam straszną ochotę na niego, tak że dzięki ci, okresie. Jeżeli ten wyjazd kawalerski to nie była ściema, żeby mnie spławić, to mam nadzieję, że też go pamięta i że mu go zepsułam.
Podkochuję się w chłopaku, który chodzi z moją dobrą koleżanką... Niby nic dziwnego w tym być nie powinno, no może poza jednym faktem.
Jestem chłopakiem i już raz odbiłem jej ukochanego.
Najbardziej za skórę potrafią nam zajść rodzice. Oni nas wychowali pod siebie, znają wszystkie słabości i nie jesteśmy w stanie się bronić przed ich zagraniami. W moim przypadku toksycznymi.
I tak ja, 40-paroletni facet, dopiero teraz zorientowałem się, że rodzic wymuszający płaczem na dorosłym dziecku (mnie) ustępstwa to nie jest normalne zachowanie. Wychowałem się z mamą, ale dopiero teraz złapałem, że „nie możesz robić po swojemu, bo mama będzie smutna” i inne zagrywki to szantaż emocjonalny. Teraz, po wielu latach mieszkania na swoim i wielu konsultacjach ze znajomymi zrozumiałem, że od zawsze służyłem mojej mamie do zrzucania na mnie jej emocji, żyłem w ciągłym poczuciu winy, że to przeze mnie jest nieszczęśliwa, że to ja odpowiadam za jej krzywdy i muszę wiecznie przepraszać, że żyję.
Fajnie, prawda? Z takim przeświadczeniem idziesz sobie w życie i próbujesz nawiązywać znajomości. Dziwne, że nie wszyscy ludzie ode mnie uciekali, a jedynie 99% – dwie znajomości się ostały i tylko dzięki nim zrozumiałem, że to, co robię jest toksyczne.
Dziś nadal zmagam się z mamą, która cały czas próbuje szantażu emocjonalnego, naruszania granic, próbuje mnie zmuszać do tłumaczenia się ze swojego życia i krytykuje (albo doradza, ale niezamówiona rada to też krytyka) co mam robić. Ale dziś już mnie to mniej rusza, choć nadal nie jest łatwe. Mam świadomość, że nie żyję po to, aby spełniać czyjeś oczekiwania. Zauważenie tego zajęło mi ponad 20 lat dorosłego życia.
Gdy byłam mała, zatrzasnęłam się w ubikacji w szpitalu. A że byłam drobna i chuda, wpadłam na pomysł, by przecisnąć się przez dziurę pod drzwiami. Wyszłam z łazienki i udawałam, że nic się nie stało.
Po paru minutach ktoś wszedł do łazienki i próbował otworzyć drzwi od ubikacji, w której ja się wcześniej zatrzasnęłam. Zawołano pielęgniarki, woźnych, by je odblokować, bo chyba jakieś dziecko straciło przytomność. Jakież było ich zdziwienie, gdy nikogo w nim nie zastano. Nikt nie wpadł na to, że winowajca był mały jak kret :)
Godzina 7.30, poniedziałek. Wszyscy ludzie ściśnięci jak sardynki stoją niewyspani i niezadowoleni w autobusie. Nagle ni stąd, ni zowąd pojazd zatrzymuje się i wybiega z niego kierowca. Mija minuta jedna, druga, a kierowcy nigdzie nie ma.
Mohery jak to mohery, zaczęły narzekać, że to do kościoła nie zdążą albo że wszystkie bułki w piekarni im wykupią. Kiedy wszyscy mają już dość narzekań starszych osób, wchodzi kierowca autobusu, staje na środku i tłumaczy się, że dostał pilne wezwanie od Posejdona i musiał szybko załatwić sprawę :D
Muszę się wyżalić. Finanse.
Mój mąż pracuje, ja dorabiam (ok. 2-3 tys. miesięcznie wychodzi). Mamy dziecko, które powinno chodzić do przedszkola – cały czas choruje, nie odnajduje się w przedszkolu, w listopadzie psycholog... Jest trudnym dzieckiem, ale życie bym za niego oddała.
Nie wystarcza nam. Nie dajemy rady. Mamy kredyt na mieszkanie – 1600 zł. Mamy też kartę kredytową zadłużoną na 10 tys. W okresie, kiedy pracowałam na czarno, a mąż nie mógł znaleźć pracy, żyliśmy z 1500 zł + karty.
Oprócz tego mam raty na pralkę. Mamie teoretycznie spłaciłam kredyt, w praktyce dalej muszę płacić, bo ona nie ma, a bardzo mi pomogła w przeszłości (wkład na mieszkanie).
Kiedyś zarabialiśmy dobrze... Teraz nie mam co do cholernego garnka włożyć. Nie wiem już co mam robić.
Bank mnie ściga, bo dłuższy czas jestem zadłużona. Nieszczęsne 500+ idzie na kredyt. Czynsz zadłużony, wszystko zadłużone.
Nie oczekuję złotych rad, nie oczekuję pomocy, bo nie na tym mi zależy. Powiedzcie, że nie jestem sama. Że są też inni, którzy od 2022 nie radzą sobie wcale. Jestem dorosła, a siedzę i kurna płaczę w kiblu...
Nie mam siły do życia. Zapierdalamy oboje jak mrówki, to wszystko się napiętrza z miesiąca na miesiąc. Staram się spłacać, ale skąd wziąć na już 2800 dla banku, jak ledwo wiążemy koniec z końcem?
Jak wytłumaczyć trudnemu dziecku, że będzie bolało, bo matki nie stać na cholerne znieczulenie? Mać! Już nie mam co sprzedawać.
Czasami chciałabym się położyć i nie obudzić. Przy życiu trzyma mnie tylko dziecko.
Kupiłam to cholerne mieszkanie za grosze – 90 tys. I co? Zostały 3 lata. Jeśli wezmę konsolidację, to na lata zagrzebię nas znowu w długach. Fuck.
Jestem wyczerpana psychicznie, fizycznie i mam dość… Ale od początku.
Z mężem jestem 7 lat. Mam świetną pracę, którą kocham, super zgraną ekipę i dobre stanowisko. Do szczęścia brakowało nam dziecka, o które staraliśmy się od 2 lat. W końcu się udało. Ale nie mogło być tak słodko. Mały urodził się w 25 tygodniu ciąży. Pół roku spędził w szpitalu, zanim wyszedł do domu. Teraz ma rok i jest w domu. Nie oddycha sam, ma rurkę w gardle i wentylowany jest przez respirator, nie je sam, ma rurkę w brzuchu połączoną z żołądkiem. Ma zerową odporność. Z powodu chorób „po drodze” nie został zaszczepiony. Lekarze mówią, że respirator i nauka jedzenia buzią to kwestia 2 lat i powinno być dobrze. Ale to dopiero za około dwa lata… Kocham go nad życie, ale cały czas jestem z nim sama (mąż jest kierowcą i nie ma go w domu przez większość czasu). Nie mogę wyjść z domu, żeby czegoś nie przynieść i nie zarazić małego (ostatnia infekcja skończyła się trzymiesięczną hospitalizacją). Nie spotykam się ze znajomymi, nie wychodzę do kosmetyczki, do sklepów, no dosłownie nigdzie. U fryzjera byłam 1,5 roku temu! Siedzę 24h w domu z małym. Sama. Czasem uda mi się wyjść do sklepu po bułki jak mąż jest w domu, jak go nie ma, to zakupy mi dowozi teściowa. Na duchu mnie podnosiło to, że niedługo wrócę do pracy, wyjdę do ludzi (na czas pracy synkiem mieli zajmować się dziadkowie). Niestety. Mój mąż poinformował mnie, że chyba jestem niepoważna i że w pracy mogę coś złapać (fakt, dziewczyny mają dzieciaki w wieku przedszkolnym i jak coś szaleje, to i u nas jest pokłosie).
Kocham synka, ale mam już dość! Muszę rzucić pracę, którą kocham, gdzie na swoje stanowisko pracowałam kilka lat. I zostać prywatną pielęgniarką bez własnego życia. Sypiam po 4 godziny na dobę, bo mały co ileś godzin musi dostać leki. I jestem w tym całkiem sama. Mąż wraca co dwa tygodnie na 4 dni i jedzie znowu. Boli mnie, że mówi, że nie może odpocząć, mimo że w trasie siedzi na dupie przez weekendy. On przynajmniej może się wyspać. I przeraża mnie to, że moje życie w najbliższych latach tak będzie wyglądało. Przemęczona, zamknięta w czterech ścianach, odcięta od ludzi.
Czasem mam ochotę wyjść i nie wrócić. Ostatnio przeliczałam, ile musiałbym wziąć lekarstw małego żeby zasnąć i kiedy to zrobić, żeby było to na tyle skuteczne, żeby osiągnąć „cel” i na tyle bezpieczne, żeby mały długo nie był sam, zanim wróci mąż. Dla mnie nic by to nie zmieniło, bo i tak nie żyję, a przynajmniej bym odpoczęła.
Na zakończenie szkoły kupiliśmy naszemu wychowawcy drogi zegarek.
Po wręczeniu wydarł się na nas, że zegarków nie kupuje się na prezent, bo to znaczy, że mierzymy mu czas do śmierci.
Ale prezent wziął (choć nie podziękował).
Dodaj anonimowe wyznanie