Byłem dziś na szybkim jedzeniu w pewnym podwarszawskim fast foodzie. Stolik obok siedziało małżeństwo z dwójką dzieci. Zjedli, zebrali się do wyjścia.
Młodsza dziewczynka wychodząc, przypadkiem upuściła kubeczek z piciem i trochę się wylało. Mała zatrzymała się, podniosła kubeczek i biorąc chusteczkę, chciała powycierać po sobie. Tatuś stoi nad nią i dyszy niecierpliwie, bo już chce iść. Mama prosi go, żeby pomógł małej. Ten bierze dziewczynkę za rękaw ze słowami „Chodź, bo tylko tracisz czas. Tutaj są ludzie od tego” i prowadzi do wyjścia.
Czy tak powinno wyglądać wychowanie w szacunku do drugiego człowieka i jego pracy?
Sytuacja wydarzyła się parę lat temu. Do tej pory, gdy o niej myślę, od razu poprawia mi się humor.
Miejsce zdarzenia: Warszawa, dworzec zachodni. Wracałem pociągiem pospiesznym Pendolino do Krakowa.
Bohaterzy: dwójka kompletnie obcych mi osób – jakaś babinka oraz jej syn.
Stoję na peronie z masą innych osób czekając na pendolino. Podjeżdża. Wsiadam i zajmuję swoje miejsce na tyle przedziału – parę rzędów siedzeń od miejsca na bagaże i drzwi. Na siedzeniach naprzeciwko mnie siada babinka oraz jej syn, który pomaga jej wnieść bagaże. Żegna się z nią i jeszcze chwilę rozmawiają. Po chwili reflektuje się, że pociąg zaraz ruszy. Szybko całuje babinkę i kieruje się do wyjścia. Ja zajmuję się sobą, ogarniam sobie miejsce na następnie ponad 2h podróży.
Wtem! Po kilku sekundach zaczyna się akcja! Słyszę wielkie, donośne, wykrzyczane męskim, grubym głosem:
- K***A!!! (syn wykrzyczał na cały pociąg)
- Nie wysiot! (babinka reaguje przejętym głosem)
- Ten k**as zamknął mi drzwi przed nosem! (syn drze się na cały pociąg)
- No nie wysiot! (mówi po tym babinka przejętym głosem)
Ja chowam głowę w gazetę, żeby nie było widać mojego śmiechu, cała akcja kompletnie mnie i nie tylko mnie, a wszystkich zaskoczyła. Syn rusza do konduktorki – ta już idzie w jego stronę, bo wszystko słyszała. Syn nie zdążył wysiąść, zabrakło mu pewnie 1-2 sekundy. Mówi jej o tym szybko (słyszę ich rozmowy, bo akurat stoją 1-2 metry ode mnie). Pani konduktor szybko przez krótkofalówkę łączy się z maszynistą – pociąg dopiero zaczyna ruszać, turla się i jeszcze nie wyjechał z peronu. Maszynista powiedział jednak, że już się tutaj nie zatrzyma, a dopiero na następnej stacji. Problem w tym, że to pociąg pospieszny, więc następny przystanek to... Kraków Główny :)
Syn dołączył do babinki, zafundował sobie wycieczkę. Kosztowało go to niemało. Musiał zapłacić za brak biletu na Pendolino – 170 zł. W trakcie jazdy zadzwonił do żony, żeby kupiła mu bilet powrotny na wieczór z Krakowa do Warszawy.
Najlepsze w tym wszystkim były te krzyki syna i ten przejmujący głos babinki, że jej syn „nie wysiot”. Jedna z lepszych akcji w moim życiu.
Uważajcie więc, jak kogoś odprowadzacie na pociąg – lepiej do niego nie wsiadać!
Każdy chyba tak miał, że oglądał jakiś film czy serial, zastanawiając się „jak można wpaść na taki pomysł? Jak można coś takiego wymyślić?”.
Mnie ta ciekawość zaprowadziła do szkoły dla filmowców. Anglojęzycznej.
I już wiem.
Wszyscy nie są kreatywni.
Wszyscy są po prostu zjarani.
Moim największym kłopotem jest moja starsza siostra – trochę ponad trzydziestoletnia kobieta, samotna matka, która zresztą niedawno podrzuciła dziecko niedoszłym teściom, a sama przyjechała do mnie (mieszkam w Niemczech) szukając pracy i lepszego jutra, a przynajmniej tak powiedziała rodzinie i znajomym. Matka wymusiła na mnie obietnicę, że ją przypilnuję i pomogę, przez co teraz płacę za to zszarganymi nerwami, plotkami, jakie generuje moja siostra i ciągłymi konfliktami.
Moja siostra nie pojawiła się w żadnej z czterech prac, jakie jej znalazłam – wypłakiwała się potem, że przecież ona skończyła studia i bycie sprzątaczką byłoby dobre dla mnie samej, ale na pewno nie dla kogoś takiego jak ona. Potem odstraszyła moich znajomych – co chwilę śmiała się z nich, że pewnie pierwszy raz w życiu urwali się z wiochy i na widok samochodu dostaną zawału. Znalazła sobie dziwne towarzystwo w dzielnicy, w której mieszkam, przy którym wymyśla jakieś dziwne plotki na mój temat, zaczynając od mojej orientacji seksualnej, kończąc na tym, że jestem hipochondryczką i moje częste wizyty u lekarza (w moim wypadku AZS się kłania) to nic innego, jak podbijanie sobie ego, skoro nic nie osiągnęłam i tak próbuję zwrócić na siebie uwagę.
Nie wytrzymałam i wyrzuciłam ją z domu, w końcu nie dość, że niszczy mi życie towarzysko, to i pieniężnie się nie przelewało.
Matce siostra poskarżyła się, że nie dałam jej swojej karty bankomatowej, przez co musiała żyć z resztek po mnie, co również nie było prawdą. Oczywiście wszyscy uwierzyli mojej potrzebującej, źle potraktowanej przez życie siostrze, a nie „starej pannie”, jakby mój status miał jakiekolwiek znaczenie. W chwili obecnej próbowałam zaplanować sobie wyjazd do rodziny na święta (mimo że jest dopiero sierpień) i gdy wspomniałam o tym mamie, ta powiedziała mi prosto z mostu, że powinnam zostać u siebie, skoro nie jestem rodzinna i tak źle potraktowałam siostrę, która będzie z wizytą u nich w tym roku.
Poddałam się. Mam dosyć ich wszystkich. Święta spędzę samotnie, bo jestem wytykana przez ludzi z otoczenia palcami, a moja własna rodzina ma mnie za najgorszą...
Dziś byłem świadkiem ciekawej scenki.
Wychodziłem z jednego z dyskontu, przed którym stał, jak to często się zdarza, menel. Menele mają to do siebie, że zagadują ludzi o jakieś drobne na piwo. Zapewne każdy chociaż raz w życiu tego doświadczył.
Przede mną ze sklepu wychodził jakiś chłopak – na oko około 22-25 lat. Ów menel obrał go na cel i prosił o jakieś drobne na piwo. Jednak dialog jaki się wywiązał zapamiętam do końca życia.
Menel: Kierowniku, zbieram na piwo.
Chłopak: Ja też zbieram, dlatego właśnie idę do pracy.
Mina menela – bezcenna.
Kilka lat temu do mojej parafii przybył nowy ksiądz. Młody, trzydziestoletni, wesoły, mówił mądre kazania. Po pewnym czasie zaczął dziwnie się zachowywać: trzęsły mu się ręce, czasem bełkotał, oblewał się potem. Moherowe babcie roznosiły plotki, że jest pijakiem, kupuje wódkę w sklepie, a w nocy imprezuje z butelką. A że pogłoski roznoszą się z prędkością światła, niedługo później cała wieś „wiedziała” swoje. Zaczęto unikać księdza i kościoła, wspomniane już moherki modliły się żarliwie, a po mszy bez skrupułów obgadywały duchownego. „Pijak, alkoholik, narkoman” itp. I co się okazało? Ksiądz chorował na cukrzycę. Podczas mszy często spadał mu cukier, a człowiek z hipoglikemią zachowuje się tak, jakby był pod wpływem. Dlatego kończył szybko mszę i szedł do zakrystii zjeść coś słodkiego.
Najgorsze jest to ocenianie innych, gdy tak naprawdę nic się o nich nie wie...
Jeżeli macie mniej niż 30 lat i wasi rodzice tłukli wam do głowy, że żyli w trudnych czasach, to im nie wierzcie. Wręcz mam wrażenie, że teraz jest znacznie gorzej.
1. W PRL-u nie musiałeś martwić się o pracę, ponieważ był obowiązek jej posiadania. Jeżeli nie mogłeś jej znaleźć, to ci ją przydzielali, a jeśli miałeś szczęście, to za bardzo się w niej nie męczyłeś. Teraz można wysłać milion CV i mieć zero odpowiedzi.
2. Matury nie dało się nie zdać, bo nauczyciele dużo podpowiadali i zezwalali na ściąganie.
3. Łatwiej było dostać mieszkanie od państwa.
4. Nie było portali typu Instagram, a więc nie czułeś się zerem tylko dlatego, że widziałeś masę pięknych ludzi sukcesu.
5. Nie kupowałeś nowych sprzętów co 3 lata, a teraz musisz, bo producenci robią je tak, żebyś znowu musiał wydać kasę.
6. Egzamin na prawo jazdy zdawałeś „za masło”, bo nie było kamer w samochodach i egzaminator mógł ci naciągnąć błędy. Zresztą tak samo było z większością egzaminów.
7. Jeśli chciałeś podbudować swoją „karierę” wystarczyło się zapisać do PZPR. Teraz nie wiesz kto wygra następne wybory, a nawet przyjęcie do partii nie gwarantuje stanowiska. Oczywiście nie pochwalam tego pierwszego, tylko piszę jak to działało.
8. Były mniejsze wymagania co do partnera. No bo tak, ubrań drogich nie można było kupić, biznesu założyć ani kupić drogiego samochodu. Podobno wystarczyło, żeby facet nie pił dużo alkoholu i zarabiał.
Nie przeczę, że jeśli ktoś był stoczniowcem lub zaangażował się w Solidarność, to był represjonowany, ale większość obywateli nie miała takich przygód. Moja mama mieszkała w małym mieście, więc tam w stanie wojennym jedynym zmartwieniem było, żeby nie chodzić po ulicy w godzinę policyjną.
Dlatego jeśli ktoś dorosły będzie ci robił wyrzuty jak to miał trudniej, to powiedz tylko „OK, boomer. Czy ty w ogóle coś rozumiesz?”.
W wieku 4 lat chciałam być kulawa. Tak, kulawa. Zacznę może od tego, że zawsze byłam łamagą i poobijane wszystkie kończyny były normą.
Pewnego dnia obiłam sobie kostkę do tego stopnia, że utykałam przez kilka dobrych dni. Widziałam na ulicy spojrzenia ludzi, pełne troski i współczucia. Czułam się jak pępek świata, żyć nie umierać, wywracać się częściej. Podobało mi się nieziemsko, gdy znajomi rodziców pytali co mi jest i czy bardzo mnie boli. Nie podobał mi się tylko ból, który temu towarzyszy. Mądra głowa wpadła na najgenialniejszy pomysł w życiu. Będę udawać, że kuleję! Oczywiście, nie mogłam cały czas tego robić, bo rodzice zauważyliby, że mam kuku na muniu.
Mój plan wszedł w życie w Ikei i od razu z jakim skutkiem! Ludzie w bardzo długiej kolejce przepuścili naszą familię, żeby „biedne dziecię się nie męczyło”, a ja zacierałam swoje małe rączki z podekscytowaniem. Cały ten pomysł trwał jakiś miesiąc, ale jakie profity zgarniałam! Dodatkowa gałka lodów za darmochę od sprzedawczyni, lizak, frytki, ba, nawet maskotkę dostałam i myślałam, że lepiej w życiu być nie może.
Niestety, sąsiedzi zauważyli, że czasem chodzę normalnie, a czasem utykam i moja mała utopia skończyła się odwiedzinami pomocy społecznej. Oczywiście było podejrzenie znęcania się nade mną. Rodzice mieli przeze mnie trochę problemów, ale sama się przyznałam do udawania. Wieść szybko rozeszła się po osiedlu i straciłam szacun na dzielni.
Od tego czasu minęło 17 lat, nadal mieszkamy w tym samym bloku i część sąsiadów jest ta sama. Ostatnio pękła mi jakaś kość w stopie i wróciłam pod skrzydła rodziców, by się wykurować, bo kuleję teraz tak naprawdę. Zapomniałam już o tamtych wydarzeniach, ale osiedle nie zapomniało. Dzisiaj dostałam lizaka w sklepie od pani kasjerki, tak jak te 17 lat temu, ale tym razem zasłużyłam sobie na niego!
Kiedy powiedziałem dziadkowi, że się żenię, odpowiedział mi tak:
– Czyś ty ocipiał? Ty ru....aj laski, a nie w jakieś śluby będziesz się bawił!
– Ale dziadku, ja ją kocham...
– Przyjdź za dziesięć lat, to pogadamy.
Niestety, po dziesięciu latach dziadka już nie ma, ale jednak miał rację.
Jestem studentem. Pracuję jako kelner w restauracji blisko mojego domu (zawsze lepiej mieć własną kasę). Podczas ostatniej sesji miałem do zaliczenia dwa przedmioty. Z jednego wiedziałem, że będę musiał wziąć warunek, ponieważ nie miałem już szansy, żeby go zaliczyć. Natomiast ten drugi przedmiot miałem zaliczać w poniedziałek rano na konsultacjach u naszego doktora.
W sobotę zadzwonił do mnie szef z wiadomością, że posypała się ekipa na niedzielne wesele i że muszę przyjść do pracy. Chcąc nie chcąc, musiałem iść. Wiedziałem, co to oznacza – mało czasu na naukę.
W poniedziałek rano idąc na poprawę wiedziałem, że nie przygotowałem się wystarczająco i że będzie ciężko. Wszedłem do gabinetu doktora, przywitałem się i usiadłem. Zacząłem odpowiadać, nie potrafiłem odpowiedzieć na prawie żadne pytanie, jakie mi zadał. Doktor zauważył, że się denerwuję i że nic nie umiem. Wtedy położył swoją rękę na moim udzie i powiedział, że możemy to załatwić w inny sposób...
Nie, nie zrobiłem mu nic sprośnego, jak pewnie większość z Was myśli. Pojechaliśmy do niego do domu i pomogłem mu poskręcać meble. W ten sposób zdobyłem zaliczenie.
Na każdej uczelni zdarzają się spoko wykładowcy :)
Dodaj anonimowe wyznanie