Jestem szczęśliwa, że przeżyłam dzieciństwo w czasach kiedy słowo „telefon” dzieciakom kojarzyło się jedynie z dwoma kubeczkami na sznureczku.
Kiedy rodzice w czasie wakacji wyjeżdżali rano do pracy, dyżur nade mną zaczynał mój starszy brat. Jak wyglądał nasz dzień? Pobudka o 8, szybkie śniadanie i biegusiem na dwór. Wymyślił sobie, że zrobi ze mnie swoją krówkę. Wciąż pamiętam, jak wyprowadzał mnie na smyczy i zostawiał na pół dnia na świeżej trawce. Co jakiś czas przestawiał mnie w mniej osłonecznione miejsce, cobym się nie spaliła za bardzo. Do zabawy dołączyło się sąsiedztwo.
Nie wiem, co sobie myśleli widzący nas mieszkańcy wioski, obserwując kilka dziewczynek na smyczach, leżących na trawie, wytwornie ją konsumując. Zabawa jak gdyby nigdy nic kończyła się o 16, gdy rodzice wracali z pracy.
Wspaniałe wspomnienia i kochany brat!
Jestem mężem i ojcem od kilkunastu lat, mam 38 lat, jesteśmy ze sobą od pierwszego roku studiów. Stanowimy zgrany partnerski związek, wspieramy się, lubimy spędzać ze sobą czas. Jest nam razem dobrze i wspólnie opiekujemy się córeczką, która czasem nieźle daje się nam we znaki.
Od początku naszego związku, jeszcze przed zaręczynami, uwielbiam, gdy żona, którą kocham z wzajemnością, flirtuje z innymi mężczyznami. W klubach szaleję z przyjemności, gdy z kimś tańczy, całuje się lub obmacuje. To wszystko tuż przy mnie. Wprost nie do opisania jest podniecenie, które wywołuje jej wyjście z dopiero co poznanym facetem do niego lub do hotelu. Wtedy ja zostaję w domu i czekam aż do mnie wróci, aż będziemy się kochać i w trakcie słuchać o szczegółach jej zbliżenia z zupełnie obcym facetem.
Nigdy nie stosowaliśmy tej praktyki do budowania związku, między nami wszystko jest OK, podgrzewa to niesamowicie atmosferę między nami. Czytałem o zespole zdrady kontrolowanej, ale nijak nie ma się to do nas; nie czuję psychicznego bólu, gdy żona jest w łóżku z kimś innym, zawsze mi się podobała i nadal podoba fizycznie i to jaka jest na co dzień. Im więcej mężczyzn, tym bardziej ją szanuję, podziwiam to, co robi. Cieszę się, że jest odważna. Uwielbiam ją całować wiedząc, że kilka godzin wcześniej całował ją inny mężczyzna. Faceci nigdy mnie nie kręcili, ale to, że zona ma z nimi seks wprost doprowadza mnie do ekstazy. Żona mówi mi absolutnie o wszystkim, nigdy nic nie zatajała, nie zmyślała.
Jedyna osoba, która o tym wie, to jej koleżanka i teraz Wy, anonimowi.
Coś ze mną/z nami nie tak?
Tego dnia okres pojawił sporo przed czasem. Nie byłam przygotowana, a sklepy nie wiedzieć czemu zamknięte, dwie podpaski w szafce, co tu robić... Ubieram się i gnam na autobus. Czekam, czekam, nic nie przyjeżdża. Czekam ponad półtorej godziny. Zimno, stoję sama, palce u stóp już prawie odmrożone. Chce mi się płakać z zimna, bezsilności, przez okres. I nagle pojawia się na przystanku On.
- Gdzie zmierzasz? Smutna jesteś?
- Do miasta. Na zakupy.
I wtedy zaczyna drążyć temat, po co jadę. Już mi było wszystko jedno, rozpłakałam się i zgodnie z prawdą odparłam, że po podpaski, ale od półtora godziny nic nie jechało.
Odwrócił się i bez słowa odszedł. No tak, jak tu nie wystraszyć faceta... Siedzę i płaczę jeszcze mocniej, w nadziei, że może jednak chociaż jakiś bus przyjedzie. Po chwili na przystanku zatrzymuje się swoim autem On i specjalnie mnie zawozi do oddalonego o pół godziny drogi miasta.
Z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić Jego. Księdza Roberta ;) Uratował mi ksiądz życie ;)
Mam 23 lata i starszą o 5 lat dziewczynę.
Jesteśmy już ze sobą ponad rok, ale mam wrażenie, że to nie ma sensu.
Kwestią sporną między nami jest alkohol i imprezy. Ja raczej jestem abstynentem (siłownia i te sprawy), ona wręcz przeciwnie. Na początku mówiła, że pije tylko od święta, niestety okazało się to kłamstwem. Jakaś impreza czy spotkanie z przyjaciółmi, to zawsze wypija minimum 5 piw. Zdarzały się imprezy, gdzie grubo przesadzała. Nie pomagają prośby, zawsze mówi, że po prostu lubi, jak jej zaszumi w głowie.
Inaczej zostałem wychowany i nie podoba mi się, że ona tyle pije. Niestety ona nie widzi problemu, bo u niej w domu to normalne. Powoli tracę nadzieję i chyba to zakończę, a szkoda, bo strasznie kocham tę dziewczynę.
Pewnego piątkowego wieczoru razem z mamą planowałyśmy pójść do teatru amatorskiego na przedstawienie, które reżyserowała moja wychowawczyni. Mama była do osiemnastej w pracy, więc umówiłyśmy się, że podjedzie pod dom i będzie czekać na dole. Założyłam moje białe rurki i czarną bluzę. Zanim wyszłam z domu, otrzymałam telefon od mamy, rozmawiałyśmy na temat mojego stroju i zaproponowała, żebym założyła czarne rurki i białą bawełnianą bluzkę. W porządku, czemu nie. Przyjechałyśmy na miejsce, pierwszy akt, nadeszła pora przerwy. Kupiłam sobie mleczny Shake z automatu. Już miałam się go napić, ale przez moje gumowe ręce oblałam całą bluzkę napojem.
Przyszedł czas na drugi i ostatni akt, niby w porządku, a tu nagle kolejna niespodzianka, a mianowicie dostałam okresu. Udało mi się nie zaplamić krzesła, więc została tylko niewidoczna plama na moich czarnych spodniach. Mleka także nie było widać na mojej białej bluzce.
Oj... co by się stało jakbym założyła swój pierwotny zestaw ciuchów? Dziękuję, mamo.
Nie znoszę używać papieru toaletowego. Zawsze mam wrażenie, że tylko rozmazuję pozostałości wokół wylotu i majtki będą musiały przez resztę dnia brać całą robotę na siebie. Zawsze staram się załatwiać w okolicach własnego prysznica i dokładnie potem umyć. Jeśli jestem na wyjeździe, to błogosławieństwem są toalety połączone z łazienkami lub bidety. Jak jestem zmuszony do skorzystania na stacji paliw, to muszę wcześniej kupić mokre chusteczki.
Ludzie się śmieją, że w krajach arabskich nie korzystają z papieru toaletowego, a ja naprawdę nie rozumiem, jak mimo rozwoju higieny i obsesji częstego mycia, Europejczycy mogli wymyślić wycieranie się makulaturą. Dla mnie to jedna z ich przewag cywilizacyjnych.
Jako dziecko byłam bardzo zainteresowana wszystkim. Jeszcze w przedszkolu zapytałam mamę, skąd wzięły się jeziora. Mama zaczęła mi opowiadać o deszczach i lądolodzie – językiem przystosowanym dla dziecka. Na deszcz nie zwróciłam za bardzo uwagi, bo deszcz widziałam, że tworzy kałuże, ale to że szedł lądolód i potem w miejscach, gdzie się zatrzymał powstawały jeziora bardzo mi się podobało. Lądolód wyobrażałam sobie jako błękitną górę lodową z małymi nóżkami i rączkami, z oczami i uśmiechniętą buzią, w każdym razie zapamiętałam mniej więcej, skąd się wzięły nasze jeziora – jestem z Mazur.
W zerówce pani kiedyś zapytała, czy wiemy, skąd się wzięły jeziora. No to ja dumna, że wiem, ręka do góry i zaczynam opowiadać, że dawno temu szedł sobie lądolód i tam, gdzie się zatrzymał, powstały jeziora. Pani mi z krzykiem przerwała, że lądolód był dużo później, że co ja tu opowiadam, że jej chodziło o deszcze. Dzieci nie wiedziały nic o lądolodzie, więc zaczęły się ze mnie śmiać. Zrobiło mi się strasznie smutno, pomyślałam, że pani jest głupia, bo sama powiedziała, że wie o lądolodzie, a mówi o jakichś nudnych deszczach i jeszcze na mnie krzyczy.
Całą podstawówkę i gimnazjum nie zabierałam głosu na forum klasy, żeby pani nie krzyczała i dzieci się nie śmiały. W liceum zaczęłam nad tym pracować, obecnie nie mam problemu z forsowaniem swojego zdania w zespole w pracy, ale nadal uważam, że pani z przedszkola była głupia, skoro wyśmiała dziecko, które wiedziało coś więcej.
Jestem kobietą grubo po trzydziestce, której marzy się kochający mąż i dzieci. Wreszcie na horyzoncie pojawił się kandydat idealny: mądry, pracowity, całkiem przystojny mężczyzna, który wyraził zainteresowanie moją osobą. Trzeba dodać, że czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi, gdyż jestem osobą mocno zakompleksioną, z bardzo niskim poczuciem własnej wartości, zatem długo nawet nie dowierzałam w to, że taki facet chce ze mną się spotykać.
Po pewnym czasie mam jednak niezbyt pozytywne spostrzeżenia. Okazuje się, że mój facet jest typem, który nie zdobędzie się na komplement, nie będzie mi wyznawał uczuć, szczerze to mało interesuje się moim życiem... Zaczynam mieć podejrzenia, że on po prostu przekalkulował sprawę i stwierdził, że ewentualnie mogę być. Mam jakieś minimalne cechy, których oczekuje od kobiety, dlatego to ciągnie, a nawet wspomina o ślubie. Tylko że mi jest przykro. Zawsze miałam nadzieję, że przy drugiej osobie moje poczucie własnej wartości wzrośnie, tymczasem stało się coś wręcz odwrotnego. Dobija mnie myśl, że prawdopodobnie nie jestem dla niego atrakcyjna, że on nie zobaczy we mnie kobiety, tylko kogoś, kto jest mu w stanie urodzić dzieci i ogarnąć dom.
Oczywiście jest druga strona tego wszystkiego. Zanim go poznałam, byłam w relacji z kimś innym. Ze względu na dużą odległość powodzenie tego zostało od razu przekreślone przy obustronnym zrozumieniu. Jednak teraz, gdy jestem z innym, tamten docenił mnie podwójnie. Nie chce mi rozbić związku, to mądry facet, ale boli go, że trafiłam na kogoś, kto mnie nie docenia. A ja myślami uciekam do niego, bo to był ktoś, kto się mną interesował, kto uważał, że jestem świetną osobą i dawał mi odczuć, że jestem dla niego najładniejsza. W obecnym związku tego nie dostanę.
Nie chcę wyjść na jakąś roszczeniową księżniczkę, ale bardzo potrzebuję akceptacji, a może i tego dobrego słowa. Mój obecny facet jest tak mało wrażliwy na moje potrzeby... Często nieświadomie mnie rani, na przykład opowiadając o jakiejś swojej byłej. Zawsze wtedy czuję się gorsza, potem zadręczam się. Mówiłam mu o tym, więc teraz stara się pilnować z różnym skutkiem.
Zastanawiam się nad tym, czy jest sens ciągnąć tę relację dalej. Wydawało mi się, że zaczynam coś do niego czuć, ale widząc jego postawę przygasłam. Nie chcę żebrać o przytulenie czy pocałunek albo zainteresowanie. Gdy jesteśmy razem, często mam ochotę wziąć go za rękę, objąć, pocałować, ale powstrzymuję się, bo czuję się żałośnie z tym, że tak mi na tym zależy, a on ma na to wyrąbane.
Najgorsza rzecz, jaką powiedziałam mężowi podczas stosunku?
W trakcie wkładania jego członka we mnie: "Robisz to tak delikatnie i powoli, nie to co mój ginekolog".
Oczywiście chodziło mi o badania, nie o to, że zdradzam męża.
Na wszystko szkoda mi pieniędzy. Mąż i ja mamy własne mieszkanie, 12 tysięcy miesięcznie dochodu, żadnych kredytów i spore oszczędności. A mi szkoda kupić sobie cokolwiek, czego nie do końca potrzebuję, np. książki. Albo stanika, skoro mam „aż” trzy. Muszę się bardzo pilnować przy mężu, żeby nie mówić, że coś bym chciała, bo wtedy mi kupuje. A mi dalej szkoda kasy, bo przecież tego nie potrzebowałam, nawet jeśli używam, jak już kupił.
Jak ostatnio kupowałam sobie buty, to zastanawiałam się nad tym dwa miesiące. Poprzednie były rozerwane. Najchętniej bym kupiła najtańsze, ale wiem, że takie nie wytrzymają długo, więc wybieram te ze średniej półki cenowej albo na promocji. I to mnie już boli, bo muszę wydać na siebie pieniądze. Dwa lata chodzę w porwanym płaszczu zimowym, który co roku skrupulatnie zszywam w tajemnicy przed mężem. W tym roku chyba będę musiała sobie już kupić nowy. Ale mówię tak od dwóch lat i nadal w tym samym chodzę.
Dodaj anonimowe wyznanie