Zawsze myślałem, że coś jest z moim wyglądem nie tak, ale w ostatnich miesiącach to się zaczęło pogłębiać. Mam asymetryczną twarz (prawa strona jest jakby spuchnięta) i niby mi to nie przeszkadza w życiu, ale to co się stało dzisiaj wręcz zabiło moją samoocenę.
Niedawno poznałem dziewczynę na spotted mojego miasta. Zaczęliśmy pisać, wszystko było bardzo dobrze, rozmowa nam się kleiła, jakbyśmy się znali już parę lat. Dzisiaj doszło do pierwszego spotkania i jak się spotkaliśmy, to chwilę pogadaliśmy, potem ona powiedziała, że musi już iść... i mnie wszędzie zablokowała. Jak ją jakieś dwie godziny potem spotkałem, to spytałem, czemu tak nagle uciekła i mnie zablokowała wszędzie, a ona tylko odparła, żebym popatrzał w lustro...
Wstydzę się tego, jak wyglądam.
Jak poznałem fajną dziewczynę, to specjalnie nie chciałem spędzać z nią czasu na „ciekawych” aktywnościach, jak np. bar, dyskoteka, kino itp. Spędzałem z nią czas, siedząc na ławce w parku, spacerując itp. Dzięki temu wiem, że jesteśmy bratnimi duszami. Nie sztuka z pierwszym z brzegu partnerem spędzać czas na „fajerwerkach”. Jesteśmy już 13 lat razem i nadal ubóstwiam jej dotyk, głos i fakt, że jest częścią mego życia :)
Kiedy byłam mała i kładłam się spać, zawsze zostawiałam koło siebie miejsce na łóżku, żeby mój Anioł Stróż mógł usiąść, jak się zmęczy :)
Nastał ten moment. Po kilku randkach wreszcie nastała ta, która skończyła się kolacją wraz z śniadaniem u niego. Wszystko pięknie i przyjemnie. Do rana.
Rano wstaję z łóżka i w tym momencie dostaję okres. Chociaż „dostaję okres” to mało powiedziane. Dosłownie wybuchłam krwią. Trochę krwi na podłodze, całe nogi we krwi, spanikowana (na szczęście łóżko ani żadne ubrania nie ucierpiały), zawstydzona. Już sobie myślę, że to koniec, nasze ostatnie spotkanie, zaraz spalę się ze wstydu.
On spojrzał się na mnie i powiedział tylko „Ech, kobiety...”. Posprzątał podłogę, poszedł za mną pod prysznic, pomógł mi obmyć nogi, sprawdził, czy nie zostały jakieś plamy krwi.
Jeśli chodzi o zakończenie, to jeszcze go nie ma. Sprawa świeża, czy coś wyjdzie z tego większego – zobaczymy. Normalnie ze sobą rozmawiamy, w planach kolejne spotkanie. Całą sytuację podsumował tylko tym, że kobiety mają przejebane i tyle dobrego, że krwi się nie brzydzi ;)
Mam lekko ponad 2 m wzrostu i pół życia spędzam na siłowni i treningach sztuk walki, podobnie jak mój brat i nasz emerytowany ojciec – nasz główny instruktor sztuk walki. Ogólnie rzecz biorąc to cała nasza męska część rodziny jest „wyrośnięta” i krótko mówiąc, zwykły komunijny obiad dla ludzi z zewnątrz wyglądał jak spotkanie ruskiej mafii. Mam też młodszą siostrę. Dziewczyna niezbyt rozgarnięta, ale będą z niej ludzie, tylko że lubi pieniądze... aż czasem je pożycza od znajomych i o tym będzie krótka historia.
Młoda pożyczyła od kolegów trochę kasy i nie oddała, a że dług u nastolatków jest jak wyrok, to dorwali ją przed domem w czasie komunii kuzynki. Ci debile wzięli ze sobą noże, żeby ją wystraszyć i udało im się to – młoda tak krzyczała, że wszyscy wybiegliśmy z domu.
Wyobraźcie sobie widok: dwudziestu napakowanych dwumetrowych chłopów w garniakach wybiega z domu obstawionego czarnymi beemkami, mercedesami itd. i biegnie do trzech anorektycznych 16-latków 160 cm wzrostu w bluzach JP i z kapturami na głowie. Widok dość komiczny, ale bardziej komiczna musiała być mina matek tych chłopaków, jak wrócili do domu na golasa...
Przynajmniej zapamiętają to na zawsze, bo siniaki by zniknęły.
Zerwała ze mną dziewczyna, ale nie o tym będzie to wyznanie, będzie ono o moim przyjacielu, który mieszka za granicą i ze swoją dziewczyną był 7 lat. Nasze byłe są przyjaciółkami, a związek mojego kumpla rozpadał się szybciej niż mój, przez co w tajemnicy moja eks przekazywała mi informacje (pokazując również rozmowy na telefonie), co robi ta jego dziewczyna. A mianowicie za jego plecami umawiała się z kumplem z pracy, dodatkowo nawet jak przyjeżdżała do Polski, to razem z nim. Jak nie chciała być z moim kumplem, to OK – mogła się wyprowadzić, mogła powiedzieć, że z kimś się spotyka. Ale nigdy tego nie zrobiła.
Problem polega na tym, że mój kumpel o niczym nie wie, a co gorsza dalej o nią walczy, łudząc się przy tym, że wszystko się da naprawić. Kiedy się widzimy, jak wspomina tylko jakieś sytuacje o tym koledze, to powtarza sentencje „No i ten jej kumpel z pracy, z którym na pewno nic nie zaszło”. Tak sobie wbił to do głowy, że ciężko mu cokolwiek przetłumaczyć albo go jakoś nakierować, a wszystkie negatywne myśli kieruje na siebie, mówiąc, że to jego wina, że nie był wystarczająco dobry, że na pewno mógł zrobić coś lepiej.
Dlaczego po prostu mu o tym nie powiedziałem, skoro to mój przyjaciel? Otóż świeżo po tym, jak dziewczyna go zostawiła i przyjechał do mnie (już wtedy doszło do kilku incydentów z kolegą z pracy), powiedział mi, że jakby się dowiedział, że ona z kimś innym sypia, to by go zabił, zniszczył życie swojej eks i na końcu zabiłby siebie.
Słuchając tego wszystkiego, wiedziałem, że nie jest gotowy na prawdę, poza tym nie miałem sumienia jeszcze mu i tak w trudnej sytuacji czegoś do głowy dorzucać.
I tak żyję z tymi informacjami, wiedząc, że powinienem mu to w końcu powiedzieć. Dlatego ostatnio postanowiłem – koniec, chcę mieć czyste sumienie, chcę być dobrym przyjacielem, muszę mu to powiedzieć, minęło już pół roku. Jak tylko przyjedzie, siądę z nim do tej ciężkiej rozmowy. Mam nadzieję, że rany wystarczająco się zagoiły, a ja nie stracę przyjaciela.
Moja koleżanka pojawiła się kiedyś w pracy z dziwną czerwoną pręgą pod okiem. Mówiła, że walnęła się drzwiczkami szafki i śmiała się, że wygląda, jakby ją chłopak pobił.
Tak naprawdę to ją pobił.
O tym, jak szkoła ogłupia ludzi.
Jestem w trzeciej klasie liceum i nauczycielka właśnie obniżyła mi ocenę, bo zrobiłam odejmowanie (zwykłych liczb, np. 61 odjąć 32 itp.) w pamięci, a nie ma kartce. Wszystko inne jest dobrze, łącznie z wynikiem.
Mam 23 lata. Od niespełna dwóch moje życie się całkowicie zmieniło.
Moi rodzice rozwiedli się, gdy miałem 13 lat. Niedługo po tym, gdy na świat przyszedł mój brat. Los chciał, że urodził się z zespołem Downa. Dla mojej rodziny był to szok i początek kłótni pomiędzy rodzicami. Ojciec twierdził, że nie dadzą rady wychować "takiego dziecka", jednak mama za nic w świecie nie chciała go oddać. W miarę jak upływał czas, coraz bardziej się od siebie oddalali, aż ojciec znalazł sobie nową rodzinę, a z nami urwał wszelki kontakt.
Było ciężko, mama pracowała na kilka etatów, żeby mieć za co nas ubrać i wykarmić. Chciałem jakoś pomóc, ale ciągle powtarzała, że ma liczyć się dla mnie tylko nauka. I tak też było, po zdanej maturze dostałem się na studia. Akademik, książki, jedzenie, stypendium socjalne nie wystarczało na wszystko. Mama ciągle pracowała, bez względu na zmęczenie, aż w końcu zachorowała. To, co miało być zmęczeniem, okazało się znacznie poważniejsze. Po tygodniach walki o zdrowie w końcu przegrała. Pogrzeb był bardzo skromny, na więcej nie było nas stać. Nawet w takiej sytuacji ojciec się nie zjawił.
Byłem kompletnie zagubiony. W tej historii to jednak mój brat odrywa kluczową rolę. Wiedziałem, że nie mogę go zostawić. Obiecałem mamie, że się nim zajmę. Wystąpiłem o przyznanie mi prawa do opieki nad nim. Zrezygnowałem ze studiów dziennych, zamiast tego poszedłem na zaoczne i znalazłem sobie pracę.
Nie ukrywam, wiele razy myślałem, że dłużej nie dam rady, że może lepiej dla nas, będzie jeśli go oddam. Jednak gdy widzę jego twarz, to jak dorasta - wszystko znika, całe zwątpienie i zmęczenie. Zastanawiam się, czy to samo czuła moja mama, gdy na nas patrzyła.
Dzisiaj, mimo że wciąż nie jest kolorowo, nie wyobrażam sobie podjęcia innej decyzji. Jeśli macie coś wynieść z tej historii, to proszę pamiętajcie: dla osoby, którą kochacie ponad życie, warto je choć w części poświęcić.
Przez pewien okres mojego dzieciństwa byłam ogromną miłośniczką przytulania. Koleżanki, mama, pani ze świetlicy – to był tylko początek.
Miałam swojego ukochanego wujka Bronka, który niestety mieszkał daleko i nie widywałam się z nim często. Lecz pewnego dnia, idąc z mamusią za rączkę przez ulicę, moje małe oczka wypatrzyły znajomą sylwetkę. Wysoki, szczupły... Tak, to przecież wujek Bronek!
Natychmiast puściłam maminą dłoń i pobiegłam przytulić mojego wujka, ale ku mojemu zaskoczeniu, po skończonym „niedźwiedziu” okazało się, że to jednak nie był mój ukochany wujek, tylko jakiś menel :(
Dodaj anonimowe wyznanie