#kuJee

Mam 26 lat i jestem alkoholiczką. Od 15 roku życia popijałam, ale nie w tak dużych ilościach jak teraz. Rano budzę się przy alkoholu i zasypiam przy nim. Od dłuższego czasu mało jem, pojawiły się problemy z zasypianiem. Wiele razy prosiłam o pomoc, bo zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji i tego, że jestem alkoholiczką, ale ilekroć próbowałam iść do lekarza czy na detoks, odsuwałam się od tej decyzji ze strachu przed konsekwencjami związanymi z zaprzestaniem picia alkoholu. Bałam się padaczki, po prostu złych stanów. Męczy mnie już taki tryb życia, ciągłe picie, by się za chwilę lepiej poczuć, by nie powróciło złe samopoczucie. Nie wiem jak poradzić sobie z tą chorobą, jak przezwyciężyć ten strach.

#qY2gW

22 grudnia zmarł mój ojczym, był nim przez 30 lat. Przy nim z dziewczynki stawałam się nastolatką, a w końcu kobietą. Wspominam i pamiętam czas kiedy moja matka była dla mnie podła. Odgłos otwieranych przez nią drzwi przyspieszał mi bicie serca. On tłumaczył, że muszę być wyrozumiała bo mama ma taki charakter. Nie wiem, może to była menopauza, ale rozumiecie? Ja, dziewczynka, miałam rozumieć dorosłą kobietę? Jak miałam 12, 13 lat potrafiła wszcząć kłótnię i zarzucić mi, że z nim sypiam. Do dziś mi się to w głowie nie mieści, a wtedy to był kosmos.

Lata mijały, poszłam na swoje, mieszkałam sama, oni kłócili się tak okropnie, że zamieszkała ze mną, ale ja utrzymywałam kontakt. Spotykałam się z nim najpierw raz w tygodniu, później częściej. Mówiłam, że nie jest dobrze, zapomina, jest chory, w końcu obrażona żona poszła zajrzeć, to było potrzebne bo mnie zawsze traktował jak dziecko, jej słuchał. To był Alzheimer, dbaliśmy przez wiele miesięcy. Na początku grudnia zachorowałam, lekarz zabronił mi wstawać, ryzyko oscylowało w granicach utraty życia.

On zmarł, a ja znów słucham, że ostatnio nie przychodziłam i o wyimaginowanych romansach sprzed lat. Skaziła moje wspomnienia.

#TfZxj

Miałam ciężki dzień w pracy. Nic mi się nie udawało i do tego jeszcze zaczął padać deszcz, a ja bez parasolki. Po prostu masakra. No ale nic. Wracałam do domu i zobaczyłam, że na drodze leży jakiś papierek. Podchodzę bliżej, a to leży 100 złotych! Cała szczęśliwa, że w końcu coś miłego mi się przytrafiło podnoszę banknot i sprawdzam otoczenie czy przypadkiem nikt nie szuka tej stówki. Nie było nikogo oprócz ok. 10-letniego chłopca. No ale raczej on nie mógł zgubić takiej kasy. 

Po przejściu ok. 100 metrów zauważyłam tego samego chłopaka siedzącego na ławce i straszliwie zapłakanego. Podeszłam do niego i pytam się, co się stało. On odpowiedział, że jego tata dał mu 100 złotych na zakupy i że on je zgubił i że jak wróci do domu bez zakupów to ojciec go zabije. Pomyślałam sobie, że znalazłam jego zgubione pieniądze i w dobrej wierze oddałam mu je. On przestał płakać, podziękował mi i pobiegł, jak mi się wydawało, do sklepu. Jednakże pobiegł do swoich kolegów, śmiejąc się i wymachując banknotem. W tym momencie uświadomiłam sobie, że nawet dzieciom nie można ufać. Były to najgorzej wydane pieniądze w moim życiu.

#F6oiV

W tym tygodniu byłem na nowym Avatarze - istota wody. Film obejrzałem, moje odczucia na jego temat są najmniej ważne bo to nie strona z recenzjami.
Kilka dni później spotkałem się w gronie najbliższych współpracowników - niby normalnych ludzi . Większość z nich jest wykształcona dobrze lub bardzo dobrze. Podczas rozmowy o nowym Avatarze większość z nich uznała że... Jeb*** NaVi i głównego bohatera, który zdradził ludzkość dla małpy z kosmosu.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to tylko głupi żart, ale temat podchwycił i kilka minut później zagorzała dyskusja toczyła się o tym jak najlepiej byłoby ich (NaVi) wytępić oraz, że to ludzie są najważniejsi, i że skoro mają więcej władzy broni i siły to powinni panować nad NaVi i Pandora.

Wstałem, spojrzałem na nich, oni na mnie i nim pomyślałem co robię to uderzyłem obiema pięściami w stół, teraz już wszyscy na mnie patrzyli...
W kilku niewybrednych zdaniach oznajmiłem im, że wolałbym tak jak Jake stać się NaVi, mieć żonę z innej planety i wyrzec się ludzi jako gatunku i swojej przynależności do niego.
Wykrzyczałem im co myślę o ich podejściu, porównałem ich do nazistów i oznajmiłem że wychodzę.

Na dworze zapaliłem papierosa, z nerwów trzęsły mi się ręce. Przez szybę widziałem jak od stołu wstaje mój kierownik, myślę sobie - teraz mi zaproponuje bym sam się zwolnił nim on to zrobi...
Wyszedł spojrzał na mnie, poprosił o papierosa i w milczeniu staliśmy i paliliśmy.
Poklepał mnie po ramieniu i poszedł bez słowa.

Nie wiem czego się spodziewać po świętach w pracy, ale chyba bezpowrotnie straciłem łatkę "tego cichego i spokojnego".

#ilmyh

W gimnazjum na lekcji polskiego czytałam na głos "Kamizelkę" Prusa. Nowela o człowieku, który z powodu choroby chudnął i żeby uspokoić swoją żonę codziennie posuwał sprzączkę w koszuli, by wydawało się, że coraz bardziej opina się na nim i przytył. Zamiast przeczytać "Pan co dzień posuwał sprzączkę, ażeby uspokoić żonę" przeczytałam: "Pan co dzień posuwał sprzątaczkę, ażeby uspokoić żonę". Klasa oczywiście w śmiech, a nauczycielka wypominała mi to do końca gimnazjum.

#Ia660

Jest wigilia. Spędzam ją sam. Mam dość liczną rodzinę, ale chcę być sam. Dlaczego? W związku z moją nową pracą i obowiązkami zacząłem dobrze zarabiać. Stać mnie na wynajęcie mieszkania i normalne życie. Uciekłem od toksycznej rodziny, która zawsze uważała mnie za najgorszego idiotę, kretyna i wszystko co możliwe. Z rodziną utrzymuję kontakt ile muszę.

Mniej więcej dwa tygodnie temu dostałem listę prezentów, co mam kupić. Nie żadne drobnostki, tylko drogie perfumy, konkretne modele zestawów Lego (każdy po 400 zł) dla dzieci brata (ma ich troje), dla bratowej pieniądze (min 500 zł) itd. Byłem w lekkim szoku, ale OK. Zacząłem poszukiwania konkretnych rzeczy. Zacząłem liczyć wszystko. Prezenty miały mnie wynieść prawie 4 tys zł. Sam byłem pewny, że nic nie dostanę, bo zawsze słyszę ten sam argument – nie wiedzieliśmy, co ci kupić, to nie kupiliśmy nic. Tak jest w każde moje urodziny, imieniny czy święta. Każdy ode mnie dostawał prezent, a ja nie, bo nie wiedzieli.

Miarka się przebrała, jak po kilku dniach od dostania listy zadzwoniła bratowa z hasłem, że w sumie pieniądze przydadzą się jej szybciej, więc mogę zrobić jej przelew, a pod choinkę mogę dać jakąś drobnostkę, jak np. tablet... Zdębiałem. Przez te kilka dni było szukanie prezentów, jeżdżenie gdzie się dało, dzwonienie po sklepach, szukanie w necie. Było ciężko, ale znalazłem wszystko. Ale po tym telefonie olałem to. Powiedziałem sobie dość. Nie kupiłem ani jednego prezentu. Za kasę przeznaczoną na prezenty kupiłem sobie PS5 i kilka gier. Marzenie z dzieciństwa spełnione. Cztery dni przed świętami zadzwoniłem do rodziny i powiedziałem, że nie dam rady, bo dużo pracy, bo źle się czuję, bo chory jestem itd. Bratowa krzyknęła, gdzie jest jej 500 zł, które obiecałem jej dać, bo jej jest potrzebne, a ja nie mam dzieci. Powiedziałem jej ironicznym tonem, że nie moja wina, że wydała całą kasę, a dzieci to się planuje z głową, a nie ciulem...


Cała rodzina mnie zaczęła mnie nienawidzić. W sumie śmieci same się wyniosły. A ja? Chodzę sobie cały dzień w piżamie, jem pizzę, gram na konsoli, popijam piwo i śpię. Brakowało mi takiego relaksu od dłuższego czasu :-) Chyba nie dostanę zaproszenia na kolejne święta. W sumie mi to bez różnicy. Szkoda mi tylko dzieci brata. Są małe, nie będą rozumieć, dlaczego wujka nie było. Ich rodzice mogą im naopowiadać wszystko na mój temat i dzieci im uwierzą.

Dobra, dość tych smutów. Kolejne piwko czeka w lodówce, odpalam konsolę i idę grać :)

Tak że szanujcie swoje dzieci, braci, siostry – może to nie oni będą bohaterami dalszych wyznań :)

#pPOtB

Trigger warning: Mówienie o krwi i bólu.

Potrzebuję pomocy.

Mam 16 lat i posiadam próg bólu, którego mało kto by mi pozazdrościł. Już od maleńkości na ból, który był dla innych ledwo wyczuwalny, ja płakałam i zwijałam się, jakby ktoś mnie obdzierał ze skóry. Może odrobinę przesadzam, ale naprawdę tak się czuję. Jakby tego było mało, w mojej rodzinie zdarzało się całkiem dużo chorób, niektóre z nich również były genetyczne. No i tu się zaczyna największy problem. Od niedawnego incydentu, siostra zaczęła nas wszystkich nalegać, abyśmy chodzili regularnie na badania krwi.

Zawsze bałam się szczepienia i igieł. Od którejś klasy podstawówki do teraz czułam ten sam ból za każdym razem, gdy na taką szczepionkę byłam zaciągana. Ale to jeszcze byłam w stanie przeżyć. Kiedy jednak wyskoczyli raz z badaniem krwi, wiedziałam, że będzie jeszcze gorsze. Wszyscy wokół mówili, że badanie krwi to jak ugryzienie komara. To samo mi mówili o szczepionkach, więc nie wierzyłam w takie durnoty. Kiedy przyszło co do czego, musiała przyjść i przytrzymać mnie druga pielęgniarka, bo dostałam takiego ataku paniki już na krześle, że krzyczałam i płakałam zanim poczułam jakikolwiek ból. Otóż było gorzej. Ugryzienie komara to nic w porównaniu, co wtedy czułam. Od wbicia igły, przez samo pobieranie krwi, aż po wyciągnięcie igły. Parę sekund trwało dla mnie godzinami, trudno mi to ubrać w słowa, ale z bólu wyłam całą drogę do domu. Zawsze też powtarzali, że wyrosnę z tego. Otóż nie, od tamtego czasu miałam szczepionki parę razy, bolały tak samo jak za każdym innym razem.

Mój problem się zaczyna od tego, że chcą mnie znowu zaciągnąć na badanie krwi. Nie wiem co zrobić. Rozumiem, że się martwią o moje zdrowie, ale jak tylko przytaczały temat... Dostawałam ataku paniki. Zaczynałam drżeć, płakać, ciężko mi było oddychać, robiło mi się ciemno przed oczami i słabo, chciałam tylko zniknąć i nie musieć o tym myśleć już nigdy więcej. Nie wiem, co teraz zrobić. Mówią, że mam się przygotować na to psychicznie, ale ja po prostu nie potrafię. Najbardziej mnie boli, że muszę na to pójść. Inne badania nie wchodzą w grę. Badanie śliny? Nie. Moczu lub kału? Też nie. Musi być krwi. Już nawet bym wolała przeciąć lekko dłoń i taką krew dać na badanie. Serio, jest aż tak źle. Chciałabym być nieprzytomna w czasie badania krwi. Ale usypianie też nie wchodzi w grę bo oczywiście - szczepionka. Już nawet kwestionuję głodzenie się cały dzień lub dłużej i nie spanie przez jakiś czas, tylko po to, aby zemdleć, albo chociaż być na tyle osłabiona, aby tego wszystkiego nie czuć.

Nie wiem, co robić. Jest podobno jakaś maść, ale w przychodni jej chyba nie mają czy coś. Nie chcę tego znowu przeżywać. Siostra kompletnie nie rozumie moich obaw, bo sama regularnie oddaje krew. Błagam, pomóżcie... Co mam robić?

#DXbva

Mam blisko do pracy, dlatego chodzę tam i wracam na piechotę. Parę tygodni temu połączenie roztopów i deszczu sprawiło, że na ulicach było bardzo mokro. A drogi w mojej okolicy pełne są dziur i kolein. W takich warunkach spacer do pracy zamienia się w grę zręcznościową. Trzeba uważnie planować swoje kroki, aby nie zostać ochlapanym przez samochody.

Przemykałem tak jak jelonek, gdy zauważyłem chyba 10-metrowy odcinek drogi gęsto wypełniony kałużami. Czekałem na dogodny moment, aby go ominąć. Obejrzałem się i zauważyłem, że zbliżający się autokar jedzie dość wolno i chyba nawet zwolnił na mój widok. Ruszyłem do przodu. Niestety albo źle skalkulowałem jego prędkość, albo on przyspieszył, bo nadjechał zanim zdążyłem opuścić niebezpieczny obszar. Co więcej, mimo że nie jechał szczególnie szybko to nawet nie spróbował ominąć kałuży, tylko wjechał centralnie w nią i mimo mojego uniku ochlapał mi spodnie i buty. Koniec gry, przegrałem. Momentalnie wpadłem w uzasadniony gniew, wystawiłem rękę ze środkowym palcem i ze wściekłym grymasem wydarłem się “K***** J***** M*Ć” lub coś podobnie elokwentnego.

Wtedy właśnie, stojąc z podniesioną ręką, zauważyłem że mijający mnie autokar nie był wypełniony przypadkowym zbiorem pasażerów, a siedziały w nim zakonnice. 100% zakonnic, w czarnych habitach. W ich oczach szok, patrzyły na mnie jak wysłannika Lucyfera. Kilka się przeżegnało. Po znieważeniu całego autokaru zakonnic nie ma dla mnie już ratunku, pójdę prosto do piekła.
Dodaj anonimowe wyznanie