#hJWoU

Wpienia mnie to, że w Polsce jest tyle pijaków.
Idę rano do roboty, a pod pobliskim monopolem już stoi „elyta” osiedlowa z butelką w ręku. Nie wiadomo, czy stoją tak od wczoraj, czy przyszli z rana. W ogóle skąd te menele mają kasę na wino i piwo? I te ich wspaniałe rozmowy, jacy to oni nie są mądrzy, masakra. Najżałośniejsi są ci, co są jeszcze W MIARĘ młodzi, mniej więcej w wieku 40 - 55 lat i nie zauważają, że są menelami. Myślą, że są jakimiś osiedlowymi kozakami, zatrzymali się w rozwoju w latach 90. Wrzuci dresik (ostatnio prany chyba 2 lata temu), butelka w łapę, druga łapa w kieszeń, stanie to takie oszczaństwo w rozkroku i mierzy wzrokiem dzielnię, patrząc tymi świńskimi, czerwonymi ślipiami ledwo wystającymi ze spuchniętego ryja. Niektórzy z takich pomimo że są starymi koniami, dalej mają pokoik u mamusi, brak pracy, brak jakichkolwiek zajęć, tylko pod sklepem cały czas. Poza tym wszędzie gdzie się człowiek nie obróci spotka menelstwo – śpią na ławkach w parku, wszędzie porozrzucane butelki i puszki, na weekendy drą się i śpiewają pod blokiem, jak gdzieś idzie „kwiat młodzieży”. Idę do marketu, a tam już armia meneli – daj złotówkę, daj odstawić koszyk. Najgorzej, jak sobie usiądą na ławce pod blokiem i bełkoczą w swoim pijackim amoku do rana.
Alkohol jest dla ludzi, sam czasem wypiję, ale picie a żulenie się to dwie różne sprawy. A Polska to kraj żuli. Nigdzie ich tylu nie widziałem, a kawałek świata zjeździłem. Niby według statystyk u nas się wcale nie chleje najwięcej, ale mówię wam, że gdzie indziej aż takiego menelstwa nie ma.

#m2Tsz

Mam 24 lata, dodam jeszcze, że mam zespół Aspergera i jestem jedynakiem. Może ktoś coś takiego pisał, ale ja nie mam żadnych uczuć do nikogo. Jest mi obojętny los każdego człowieka, nawet najbliższego, bez względu co się z nim dzieje. Nie potrafię nikomu współczuć w trudnej sytuacji, nawet jak ktoś umrze, to zbytnio mnie nie rusza. Jakby ktoś przy mnie bardzo mocno cierpiał, mógłbym odejść obok z czystym sumieniem, a ta osoba „niech cierpi”, że tak się wyrażę kolokwialnie. Wyrażę się też kolokwialnie, „nikogo mi nie szkoda”. Oczywiście w takiej sytuacji pomogę, bo jakbym nie pomógł, to byłbym potworem, a nie człowiekiem. Robię to wyłącznie rozumowo, „bo trzeba”, a nie z powodu uczuć. Pomagam też po to, żeby czuć się docenionym i żeby ta osoba wiedziała, że jestem dobrym człowiekiem.
Przykład z ostatnich dni: został potrącony nasz pies. Mimo że przez ponad 3 lata był z nami, to wcale mnie to nie ruszyło. Mógłbym próbować na siłę rozpaczać, udawać przed sobą, że szkoda mi go było, ale co to da?
Za to jak dzieje mi się osobiście krzywda, nawet drobna, czuję, że bardzo mocno cierpię, w tej kwestii jestem nadwrażliwy. Np. urazi mnie to, jak ktoś będzie niezadowolony z tego, co ja powiem czy zrobię. Jak dzieje się większa krzywda, żądam, żeby ktoś mi współczuł.

Wiem, że trąci to hipokryzją i może to jest podłe, ale taki jestem. Jak coś mi się dzieje, bardziej mnie to rani niż jakby to się stało innej osobie i niekiedy chcę, żeby inni to przeżywali ze mną. A jak komuś się coś dzieje, nie przeżywam tego wcale.

#3ZlV6

Gdzie ja mam kogoś poznać?
Przeprowadzka na drugi koniec Polski, z małego kręgu znajomych zrobiło się zero. Nie pomaga fakt, że jestem raczej spokojnym introwertykiem. Obecnie żyję praca-dom-basen i tak w kółko. W pracy znajomi sami 40+, ja sam mam 24, więc ciężko z kimś się ustawić. W weekendy wieczorami po prostu piję do monitora, jakoś łatwiej mi wtedy nie myśleć o sobie. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale cóż. Próbowałem tinder, bez jakiegoś szału, miałem kilka spotkań, z którego tylko jedna dziewczyna mocno wpadła mi w oko, po kilku spotkaniach już powoli zaczynało iskrzyć, ale zostałem olany bez powodu, po prostu mnie zablokowała. Poczułem się, jakby to mnie ktoś wydymał. Odechciało mi się po tym zupełnie.
Musiałem się komuś wyżalić, bo w realu nawet nie mam do kogo ryja otworzyć. Zdrowie!

#lODFz

Dzisiaj zatroskani rodziciele rozmawiali ze mną na temat mojego nocnego wychodzenia i wracania z imprezy późno do domu. Głównie chodziło o to, że nigdy nie wiem, o której będę w domu, więc rodzicom mówię tylko, że będę „później”. W końcu z ust mojego żywiciela padły te słowa: „Ja zawsze mówiłem, kiedy będę wracać, np. że za trzy dni. I wracałem!”.

Nie mam już z kogo brać przykładu XD

#mVgLl

Zrobiłam kawał pewnemu „szwagrowi”. Jak się okazało, gościu zdradza swoją żonę. No i ja – geniusz zła – weszłam na portal z ogłoszeniami towarzyskimi, podszyłam się pod jakąś tam panienkę i skonstruowałam „piękne” ogłoszenie zachęcające panów do wysyłania zdjęć swoich intymnych części ciała, oczywiście w ogłoszeniu podałam numer owego szwagra.
Teraz przez dwa tygodnie będzie miał gorącą linię :)
A najlepsze jest to, że nikt nie wie, czyja to sprawka :)

#gSPju

Dopóki nie poszłam do internatu, do szkoły budził mnie zawsze któryś z rodziców. Jeśli robił to ojciec, to pobudki bywały bardzo drastyczne:
– ściąganie z wyra na ziemię czy zabieranie kołdry, niezależnie od temperatury w pokoju,
– budzenie wielkimi dzwonkami feng shui – powiesiłam je w pokoju i po tygodniu musiałam je zdjąć, bo stały się moją zmorą...
– polewanie zimną wodą.
I wreszcie perełka:
– budzenie rybką. Taką żywą, wyjętą z akwarium...

Nie muszę chyba mówić, że czasem wylatywałam z łóżka jak wystrzelona z procy? :P

#bMIvX

Byłem tak zwaną trudną młodzieżą. Moje przewinienia i uczynki z tamtych lat mogę nazwać wieloma epitetami. Mając 15-18 lat, byłem (mimo że moi rodzice to złoci ludzie o gołębich sercach na dłoni) zakałą rodziny i społeczeństwa. Włóczyłem się byle gdzie z byle kim. Często wdawałem się w konflikty i tak dalej. Najgorsze było to, że kradłem, a okradałem własnych rodziców. Wyciągałem z ich portfeli pieniądze, szperałem tam, gdzie trzymali oszczędności.

Pewnego razu, bliżej osiemnastki, wróciłem do domu w środku nocy, było lato, a rodzice siedzieli na tarasie i rozmawiali cicho. Podsłuchałem ich rozmowę.
Okazało się, że oboje zauważyli znikające pieniądze, oboje byli w głębokim żalu i nie umieli zrozumieć, jak mogli tak bardzo spierniczyć jedynego syna. Tata mówił, że marzył, że jak będzie miał syna, to nauczy go wszystkiego, czego sam nauczył się od dziadka (ojciec mojego taty odszedł, a tatę wychowywała jego mama i dziadkowie) – konkluzja była taka, że chyba coś w nich pękło i uznali, że moje zachowanie i totalne zeszmacenie jest ich winą. Długo jeszcze rozmawiali, płacząc i pocieszając się wzajemnie.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie umiałem spojrzeć na siebie w lustrze. Byłem jakby chory, czułem paniczny wręcz strach i lęk. To był punkt zwrotny. Zacząłem starać się zachowywać normalnie, po kilku miesiącach nawet porozmawiałem szczerze z nimi i przeprosiłem. Lata zajęło mi odbudowanie ich zaufania, co nie było proste, lata trwało, nim wyszedłem na ludzi.

Teraz mam 30+ lat. Dzięki rodzicom udało mi się zdobyć dobrą (ciężka fizycznie, ale przy moim IQ i smykałce do nauki innej się pracy nie spodziewałem) pracę.
Wyprowadziłem się na swoje. Mam swoją kobietę. Zawsze gdy wracam do domu, ukrywam po różnych kieszonkach spodni, marynarek czy kurtek rodziców pieniądze. Tam 10 zł, tam 20 zł. Czasem podrzucę do portfela, nie chcą brać pieniędzy prosto do ręki, mimo że mogę im dać. Nasza relacja jest najlepsza, odkąd żyję.

Tłumaczenie, że to „młodość” nie ma racji bytu – byłem głupim, niewdzięcznym gówniarzem. Na szczęście dla mnie, trafiłem na najwspanialszych ludzi na świecie.

#IEe3i

Rozmawiając z ojcem, zmieniłam na chwilę ton głosu, on się wkurzył i zaczął mi wypominać, że ciągle na niego „warczę” (wspomnę o tym, że staram się być tak neutralna w rozmowach z nim jak się da, bo łatwo się obraża o byle co). W tym momencie nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że nie jest lepszy, jeśli chodzi o utrzymywanie dobrej relacji ze mną. Poszłam w stronę swojego pokoju ze łzami w oczach, w drodze smutek zmienił się w złość i frustrację i wchodząc do sypialni, trzasnęłam drzwiami. Dosłownie kilka sekund później usłyszałam, jak wbiega po schodach, zaraz wbiegł do pokoju i powiedział: „Chcesz ze mną walczyć? Szlaban na miesiąc, na start”. Takim tonem, jakbym zniszczyła mu życie co najmniej. I wyszedł z pokoju. Wybiegłam za nim i spytałam go, o co mu chodzi, ten odpowiedział, że to on nie rozumie, co ze mną jest, wykrzyczałam mu wszystko, o co mi mogło chodzić, wypomniałam powody mojego zachowania wobec niego (w skrócie: miałam okres, w którym okaleczałam się głównie żeby przełożyć ból psychiczny na fizyczny po rzeczach, które mówił mi ojciec – potrafił mi wprost powiedzieć, że moja siostra jest lepsza ode mnie, że do niczego się nie nadaję i raz był bardzo blisko do powiedzenia, że lepiej by było, jakbym zniknęła. Gdy w końcu wykrzyczałam mu, co sobie robię przez same jego słowa, przejmował się tym dwa dni, aż w końcu wybuchnął na mnie przez to, że zapomniałam o drobnej rzeczy, którą mogłabym zrobić nawet tydzień później i nie byłoby problemu). Gdy skończyłam swój wywód, on tylko powtórzył: „Szlaban na miesiąc”.

Nie przejmowałabym się tym, gdyby to był pierwszy raz, szczerze nie obchodzi mnie nawet zbytnio ten szlaban, tylko to, że czuję, że nie obchodzi go to co mówię, to co jego słowa ze mną robią, a już na pewno nie to, że dopiero zaczęłam wychodzić do ludzi po dość ciężkim okresie w życiu i zostaje mi odebrane coś, o co mnie w sumie proszono. Mój ojciec też zawsze mówił, że powinnam mówić każdemu bez wyjątku o tym, co mnie boli, on sam tak robi, ale widocznie tylko on może, jeśli ktoś zrobi to w jego kierunku, to źle to odbiera i obraża się na wiele dni.
Decyzji mojego ojca nie popiera nawet moja mama, rozmawiałam z nią o tym i uznała, że nie należy mi się to, ale nie będzie się o to kłócić z ojcem, aby nie wybuchła w domu wojna. Zaproponowała, abym sama z nim porozmawiała, ale teraz sama myśl o tym, że ojciec jest w domu zniechęca mnie do wyjścia z pokoju, a co dopiero patrzenia na niego.

Dzień opisanej kłótni był dniem, w którym po raz pierwszy śmiertelnie poważnie pomyślałam o spakowaniu się i wyjściu z domu, ale teraz zastanawia mnie, czy jakbym to zrobiła, to czy ojciec w ogóle pomyślałby o przeproszeniu mnie, abym wróciła.

#PQClN

Mam 35 lat, ostatnie 12 tkwiłem w smutnym, pozbawionym sensu związku – nie mieliśmy nic wspólnego, mieszkaliśmy oddzielnie. Rozstałem się, miałem dość, chciałem być kochany i kochać... Jestem kłębkiem nerwów, mam myśli samobójcze, wszyscy dookoła myślą, że jestem zawsze uśmiechnięty, wesoły i bez przerwy żartuję, a ja tylko maskuję swój lęk, samotność i poczucie bycia zerem.

#TpZSc

Starsza pani po trzydziestce ze mnie. Od zawsze miałam krzywe, powywijane we wszystkie strony zęby i niewyrośniętą żuchwę, do tego paniczny strach przed dentystą i oprócz użalania się nad sobą nie robiłam z tym nic. Życie mi upływało na marzeniach o pięknym uśmiechu, a tymczasem moja własna, prywatna wada zgryzu zaczęła się pogłębiać, zęby rozchodzić, żółknąć i próchnieć. Wstyd wyjść do ludzi, wstyd uśmiechnąć, wstyd nawet oddychać, bo z paszczy wydobywają się trujące wyziewy, zamiast miętowej bryzy. Ile razy już, już chciałam umówić się do dentysty i tyle razy z płaczem rezygnowałam. W końcu przyszedł dzień, w którym moje przednie zęby rozeszły się tak bardzo, że przypominałam bobra z zarośniętymi siekaczami. Bardzo zaniedbanego bobra. Jakoś się przemogłam, poszłam do dentystki (pierwszy raz od wielu lat), a ta... złapała się za głowę. Paradontoza, zapalenie dziąseł, zaawansowana próchnica, wada zgryzu, niedorozwinięta żuchwa, przerost górnej szczęki. Od dentysty przeszłam pod opiekę ortodonty, od ortodonty do chirurga plastycznego twarzy i z powrotem do ortodonty na leczenie pooperacyjne. Wyleczyłam próchnicę, paradontozę, wyprostowałam zęby, przeszłam skomplikowaną i wyjątkowo bolesną operację wydłużenia żuchwy i skrócenia górnego podniebienia. Mnóstwo cierpienia, ogrom bólu, morze wylanych łez. I wiecie co? Dzisiaj, po prawie trzyletnim leczeniu, tak sobie patrzę w lustrze na te moje bielutkie, prościutkie ząbeczki i myślę sobie, jaka to głupia byłam, że nie poszłam do dentysty piętnaście lat wcześniej.
Dodaj anonimowe wyznanie