#4HnG0

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że ze sprawami łóżkowymi wolę sobie poczekać i jestem raczej zwykłą uczennicą technikum. A czasami zdarza mi się gadać przez sen.

Ostatnio (nie wiem w ogóle dlaczego i jakim cudem) śniło mi się coś dziwnego i pamiętam tylko tyle, że krzyczałam do jakiejś koleżanki „No obciągnij mu!”.
Kiedy się obudziłam, zdałam sobie sprawę, że moja mama mogła to słyszeć... Po śniadaniu zapytała mnie, czy miałam dzisiaj jakiś sen, bo krzyczałam w nocy. Ja (szybko myśląc, jak się tutaj uratować) odpowiedziałam tylko:
- A, no tak! Całą noc śniła mi się ta matma i pamiętam, że nawet krzyczałam „No oblicz ciągi!”.

Wybrnęłam :D

#2Iofs

Jako mała dziewczynka często przeklinałam to, że urodziłam się kobietą i muszę się tak męczyć. Od zawsze mam bardzo nieregularne cykle menstruacyjne i niesamowicie bolesne miesiączki. Z tego powodu mama często zabierała mnie do różnych ginekologów na badania, ale wszystko według nich było w porządku. Nigdy nie zapomnę, jak zdarzało się, że byłam obrażana, bo nie chciałam brać hormonów jako nastolatka. Jedna lekarka była wręcz wściekła, jak w wieku 17 lat zapytałam ją, czy nie ma innego sposobu niż kuracja hormonalna, a ona krzyknęła „dziecko, świecisz się jak psu jajca wywalone na lewą stronę, widać, że masz bezowulacyjne cykle, przychodzisz do mnie po pomoc i jej nie przyjmujesz”. Kazała brać Ibuprom, bo stwierdziła, że na leki przeciwbólowe na receptę jestem za młoda, więc wyszłam z gabinetu z poczuciem prawdziwej beznadziejności, a to nie był NFZ.

Z biegiem lat było coraz gorzej, okres miewałam co trzy miesiące. Mimo to nie miałam problemów z zajściem w ciążę. Podczas badania USG w połowie ciąży okazało się, że mam sporego mięśniaka na macicy. Nie zagrażał dziecku, ale lekarz kazał to kontrolować. Dziecko urodziło się zdrowe, a ja po porodzie szybko doszłam do siebie. Gdy dostałam pierwszego okresu po takiej przerwie byłam przerażona, lało się ze mnie przez ponad tydzień i tak było już co miesiąc-dwa, ale na USG poza mięśniakiem lekarze nic nie widzieli. Z czasem przez to wszystko nabawiłam się anemii, a każdy okres to była droga przez mękę. Padałam ze zmęczenia, nie byłam w stanie zajmować się dzieckiem ani nic zrobić. Dostałam leki i miało być lepiej. Jestem aktywna zawodowo, więc jak tylko zbliżają się te dni, łykam leki przeciwbólowe i daję radę. Dzieckiem oczywiście też zajmuję się najlepiej jak mogę.

Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że mój mąż zaczyna wtedy ostentacyjnie sprzątać całe mieszkanie, mówiąc: „Idź się połóż, ja wysprzątam mieszkanie i zajmę się dzieckiem, a potem zarwę nockę i dokończę pracę” i ciężko wzdycha. Tłumaczę mu, że nic się nie stanie, jeśli posprzątamy razem jutro i podzielimy się obowiązkami, bo dziś nie dam rady. Ale jest nie, bo mieszkanie trzeba posprzątać dziś. Czasem zgodzi się na podział obowiązków, np. on posprząta łazienkę, a ja następnego dnia kuchnię, ale i tak później sprząta jedno i drugie i wyrzuca mi, że tylko on tu sprząta. Od czasu do czasu proszę go, żeby zabrał dziecko na spacer, bo ja nie wyjdę dzisiaj z nimi, bo źle się czuję. Odpowiedź zazwyczaj brzmi: „Dobrze, ja zrobię wszystko, a ty sobie leż” ze złością w głosie.

Mam tego dość. Chciałabym przestać umierać co miesiąc i mieć normalne życie.

#YRPQb

Niedawno zaadoptowałam trzy świnki morskie. Były trzymane w tragicznych warunkach, żyły na dworze, zamknięte w rozsypującej się „zagrodzie” zbudowanej z desek pozbijanych ostrymi gwoździami, jadły tylko stare marchewki, nie dostawały w ogóle świeżej wody do picia.
Wprowadziły się u mnie do pięknej, wielkiej klatki ze wszystkim, czego taka kawia domowa może chcieć, jednak po dwóch dniach od przybycia z największego prosiaczka zaczął wychodzić diabeł. Świnka ciągle piszczała i krzyczała, nie można było jej uspokoić. Wizyta u weterynarza nic nie dała – była zdrowa. Późnym wieczorem rzuciła się na współlokatorki, zaczęła je gryźć i drapać. Uwierzcie – w życiu nie widziałam aż tak wściekłego zwierzaka. Zabrałam ją z klatki i do późnej nocy próbowałam uspokoić. Gryzła moje ręce, nie pozwalała się dotknąć, gruchała ostrzegawczo i pokazywała, że to ona jest tutaj „samicą alfa”. Kiedy w końcu wyglądała na bardziej zrelaksowaną, postanowiłam zaryzykować i włożyć ją z powrotem do klatki, jednak znowu atakowała współlokatorki. Zrezygnowana wyjęłam ją, usiadłam na łóżku, a buntowniczka zakopała się pod kołdrę. Ja tymczasem siedziałam, myślałam nad rozwiązaniem problemu i... obudziłam się nad ranem, a cały widok zasłaniała mi puchata kulka wtulona w moją twarz. Świnka otworzyła oczy, ziewnęła z pretensją i przekręciła się na drugi bok. Spała jak zabita jeszcze pół godziny, na śniadanie zjadła solidną sałatkę warzywną i od tamtego czasu „diabeł” wyprowadził się z niej na amen.
Jak widać, każdy potrzebuje troszkę miłości i snu w wygodnym łóżku ;)

#XgD2u

Moi rodzice mieli okres, w którym ciągle się kłócili. Zawsze byłam typem poważnej, „dorosłej”. Martwiłam się o młodszą siostrę, która słuchała wrzasków i widziała rzucanie telefonami itp. Często reagowałam, wtrącając się w kłótnie i rozmawiając z rodzicami, taki mały psycholog.
Pewnego dnia nie miałam na to siły. Wpadłam więc na inny pomysł, by ich uciszyć.
Zrobiłam sobie popcorn, usiadłam pomiędzy nimi na podłodze i głośno mlaszcząc, słuchałam i obserwowałam, jak się kłócą. Gdy ogarnęli o co mi chodzi, zaczęli się śmiać. Podziałało.

Ot, taki pomysł na kretyńskie sprzeczki.
Dodaj anonimowe wyznanie