#IPfXV

Po przeczytaniu wyznania: #tONYh przypomniała mi się historia, którą opowiadała sąsiadka mojej babci.

Chyba każdy wie o tej metodzie "na wnuczka", rozmowa między kimś kto dzwonił a panią X wyglądała mniej więcej tak:
- Cześć, babciu, miałem wypadek i potrzebuję szybko pieniędzy.
- To ty, Tomeczku?
- Tak, to ja.
- Daj mi spokój, ty złodzieju i oszuście!
Po czym pani babcia się rozłączyła.

#WUxw9

Z moim byłym już chłopakiem byłam ponad cztery lata. W ostatnich miesiącach naszego związku bardzo często dochodziło między nami do kłótni. A to o to, że nie napisałam mu, że go kocham, albo że nie wysłałam mu głupiego buziaczka na dobranoc, albo o to, że nie odpisałam przez pół godz. na SMS-a (zaznaczam, że oboje mamy po 25 lat). Jednak z każdym dniem kłótnie stawały się coraz poważniejsze.
Zaczęłam podejrzewać, że on mnie zdradza. Często gdzieś jeździł, nie chciał dawać mi swojego telefonu do ręki, chamsko się do mnie odzywał, często wydzierał się na mnie, aż w końcu zaczął mnie poniżać. Oddalaliśmy się od siebie z dnia na dzień coraz bardziej. Pewnego dnia siedzieliśmy oboje obok siebie, nie odzywając się ani słowem. Wtedy właśnie wybuchłam i kazałam mu albo zostać i naprawić nasz związek, albo zabierać swoje rzeczy i wyjść. Spakował się w pół godziny. Wtedy też powiedział mi, że poznał kogoś, zakochał się, a nasz związek go po prostu nudził.
Najlepsze jest to, że związał się z dziewczyną, która zdradziła swojego poprzedniego faceta. On sam był zdradzony przez swoją byłą i twierdził, że ma uraz i nigdy nie zaufa nikomu. Jak widać, facet zmiennym jest.

Wiecie czego mu życzyłam, wykrzykując, jak wystawiał swoje rzeczy do zabrania?
Wykrzyczałam mu, że życzę mu, żeby każda dziewczyna, z którą się zwiąże w życiu go zdradzała, żeby mógł czuć to samo, co ja teraz.
I wiecie co? w ciągu roku był z dwiema dziewczynami. Jedna przespała się na imprezie z jakimś kolesiem, a druga zdradziła go z jego kolegą z pracy.

Karma wraca. Szczęścia w znalezieniu wiernej kobiety, gnoju.

#OEVOg

Byłam dziś w sklepie po długim dniu w pracy. Ekspedientka przy podawaniu zakupów życzyła mi miłego dnia. Odruchowo odpowiedziałam: „Nie, dziękuję”. Dopiero jej zdziwiona mina uświadomiła mi, że palnęłam coś dziwnego. Spaliłam przysłowiowego buraka, wzięłam swoje zakupy i wyszłam.

#JrR2V

Musiałam zrobić badania lekarskie do nowej pracy. Jak zwykle dopiero rano oświeciło mnie, że nie mam pojemniczka, ale pamiętam, że kiedyś można było oddawać mocz w zdezynfekowanym słoiczku. O nic nie pytajcie, tak było i już... :) Znalazłam taki, wyparzyłam, zrobiłam, co miałam zrobić i poszłam. Po drodze szukałam apteki, ale niestety wszystkie spotkane były jeszcze zamknięte.
Po lekarzach specjalistach przyszedł czas na laboratorium. Weszłam dziarskim krokiem, a tam na obracanym stołku siedziała wieeeelka, dość stara pani, z popękanymi stopami i paznokciami u nóg wystającymi z kiedyś białych klapków.
Od razu wydała komendę:
– Mocz do koszyka, krew siadać tam.
– Dzień dobry – odpowiedziałam spokojnie, odkładając słoiczek do koszyczka.
– Ma być w pojemniku.
Trochę mnie ta postawa zirytowała, więc postanowiłam nie przebierać w słowach.
– A czym się różni mocz w tym słoiczku od tego samego moczu w pojemniku? Wszystkie apteki są zamknięte. Nie mam pojemnika i go nie wyczaruję w tej chwili.

Pani wyciągnęła pojemnik z szuflady, położyła przed sobą, i patrząc w ścianę przed sobą, powiedziała:
– Złotówka.
– A paragon? – zapytałam retorycznie jeszcze chojracząc, odwróciłam się na pięcie i wyszłam przelać to cholerstwo.

Wróciłam do gabinetu, odłożyłam pojemnik do koszyka i bez słowa usiadłam na fotelu, gdzie miała mi zostać pobrana krew. Pielęgniarka podjechała do mnie na tym swoim jeżdżącym taborecie, spojrzała spod byka, a na jej twarzy pojawił się niewielki, złośliwy uśmieszek. Już wiedziałam, że źle zrobiłam...
Krew pobrała mi w taki sposób, że ukłucie poczułam aż w koniuszkach palów u nóg, przez dwa tygodnie nie mogłam porządnie zgiąć ręki, a kolejne półtora tygodnia schodził mi siniak.

Początkowo zbagatelizowałam przeciwnika, ale dostałam nauczkę, że pyszczyć to ewentualnie można po badaniu, nigdy przed.
A pani pielęgniarka to moim zdaniem chodząca, a w zasadzie jeżdżąca definicja NFZ.

#AxEZ8

Mam 20 lat i nie znam się na zegarku.
To znaczy uczyłam się niejednokrotnie, bo bez takiej umiejętności jest bardzo ciężko.
No ale zawsze ulatywało mi to po pewnym czasie. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego.
Przed maturą to był istny koszmar... Przecież każda minuta tam jest na miarę złota... Przez tydzień regularnie oglądałam bajki objaśniające dzieciom tę tajemną umiejętność...
W tym momencie po długim namyśle umiem odczytać orientacyjnie godzinę, ale znowu nic poza tym...

Nigdy nikomu się do tego nie przyznam.

#FouJK

Wiecie kiedy studia zaczynają wchodzić w krew?
Gdy na farmacji musicie zrobić zielnik i okładacie biedną jemiołę na drzewie parasolką tylko po to, aby ją strącić i mieć do zielnika, a ludzie wokół przy głównym szpitalu w województwie patrzą na was, jakbyście właśnie byli po wizycie u psychiatry xD

#8FdfX

Tak z perspektywy czasu to faktycznie zabawne, ale wtedy rozsadzała mnie furia.

Kilka miesięcy wstecz. Stoję z chłopakiem w kolejce do kasy w osiedlowym markecie. Wypakowując zakupy na taśmę, już od kilkunastu minut wysłuchuję, jaka to ja nie jestem rozrzutna, że niby tyle zarabiam, a nigdy nie mam pieniędzy. Lekko poirytowana stoję twardo z pokerową twarzą. Nagle usłyszałam: „Widzisz, ja to sobie kupiłem jordy za osiem stów, a ty kolejny miesiąc w tych najkach zwykłych. Zrobiłabyś coś z tymi włosami u fryzjera. Nie stać cię?”. Wtedy coś we mnie pękło... „Taaaak? Może ja też chętnie kupiłabym sobie Jordany nawet za 1000 zł, może bym przewaliła pół wypłaty w centrum handlowym, niestety od dwóch miesięcy to ja kupuję jedzenie, to ja płacę za wynajem i to ja kupuję żwirek dla twojego pieprzonego pchlarza!” – jak nigdy wydarłam się, aż płaczące dziecko w wózku się uciszyło i razem z matką i resztą sklepu wpatrywało się we mnie. Zwracając się już do kasjerki, powiedziałam: „Ten pan zapłaci za te zakupy” i odwróciłam się z zamiarem odejścia, na co mój oburzony chłopak odpowiedział z wielkim żalem, że nie ma już pieniędzy... Stanęłam. Zacisnęłam pięść. Nie, nie podniosłam jej. Uśmiechnęłam się i powiedziałam tylko: „W takim razie dzisiaj na obiad będziesz wpieprzał smażone jordany”.
Nikt nie klaskał, ale uśmiech kasjerki na każdych zakupach i tak daje mi satysfakcję.

PS Dupka już nie ma w moim mieszkaniu, na jego miejsce przyszła przyjaciółka. Też lubi buty, ale przynajmniej lojalnie płaci w połowie za rachunki :)

#GqEpw

W wieku 9 lat przeszłam białaczkę limfoblastyczną. Teraz mam 23 i ciągle to we mnie siedzi.

Odebrałam dzisiaj wyniki badań. Są złe, ale od dłuższego czasu takie są. Od czasów pandemii każdy mnie zbywa. Niejeden lekarz, u którego byłam, odsyłał mnie z kwitkiem, bo wyniki niewiele odbiegają od norm. Ale odbiegają. Mam 23 lata i diagnozują mnie pod kątem miażdżycy, cukrzycy, dny moczanowej i stanu przedzawałowego. Mam 23 lata, a kartoteki w placówkach medycznych grubsze od niejednych ludzi w podeszłym wieku. A ja chcę po prostu życia normalnego człowieka. Bez strachu. Teraz ciągle się boję. Każde pobieranie krwi do badań to ogromny stres, co znów wykryją. I jak będzie się żyło z tym czymś. Myślę o sobie jak o wadliwym egzemplarzu. Porównuję do zepsutego produktu na taśmie produkcyjnej, którego nikt nie zauważył i trafił taki na półkę sklepową.

Jednocześnie mam bardzo poukładane życie. Praca, studia, oszczędności, własne auto, inżynier przed nazwiskiem. Po co to? Spełniam swoją wizję idealnego, ułożonego życia. Między tym wszystkim jest cały kalendarz zapełniony wizytami u kolejnych specjalistów, po których często moczę poduszkę z bezsilności. Czasem chciałabym się do kogoś przytulić i wypłakać, ale nie mam do kogo i nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała. Jest mi tak cholernie przykro, że świat usiłuje się mnie pozbyć. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam. Jestem z tym wszystkim sama. Na razie. Jutro zapisuję się do psychologa. Mam dosyć mojego życia, które jest idealne dla innych, ale paskudne dla mnie. A skoro nie mogę podzielić się tym z bliskimi, to chciałam chociaż wygadać się tutaj.

#0JMTr

Będąc z koleżanką na zakupach, wstąpiłyśmy do drogerii. Ona kupiła jedną rzecz, ja nic. Byłyśmy już przy kasie, a sprzedawczyni zapytała ją o grosika. Ja oczywiście też sprawdzam. Dumna mówię: „Ja mam grosika”. Sprzedawczyni nie reaguje. Powtarzam, że ja mam grosika, a sprzedawczyni nagle wypala: „Proszę się nie chwalić” ;D
Dodaj anonimowe wyznanie