Szperając po różnych portalach natknąłem się ostatnio na ogłoszenie trójki młodych dam ze stolicy, które za drobną opłatą sponiewierają chętnych panów, wiek nieistotny.
Jako, że zbliżają się właśnie moje pięćdziesiąte urodziny, pomyślałem czemu nie zafundować sobie małej sesyjki. Bycie szmaconym przez bezczelne siksy w wieku mojej córki brzmi całkiem ekscytująco, zwłaszcza zimą (preferuję klimaty kozakowo-rajstopowe).
Oczywiście to fantazja, która nie dojdzie do skutku z różnych względów,
Po pierwsze nie wyjeżdżam zbyt często do Warszawy i nie mam pretekstu, aby jechać tam w najbliższym czasie.
Po drugie, skala konspiracji jaką trzeba by zachować, jest jak dla mnie zbyt duża. Zdobycie karty SIM, najlepiej nierejestrowanej, dodatkowego telefonu, dzwonienie (na SMS nie odpisują) i sama rozmowa to nie na moje nerwy.
Po trzecie, samo spotkanie to jak randka w ciemno, może się udać, ale bardziej prawdopodobne jest, że zupełnie nie wypali. I to nawet nie z winy dziewczyn, po prostu sam stwierdzę, że ich usługi nie są tym o czym marzyłem.
Po czwarte i najważniejsze wreszcie, obawa przed konsekwencjami tego czynu i zwykły kac moralny. Jeśli coś wycieknie, będę skończony zawodowo i towarzysko. A przecież jeśli robisz coś nielegalnego, to podstawową zasadą jest nie ufać nikomu. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności nigdy nie można wykluczyć, że ma się do czynienia z szantażystkami, albo gorzej.
Tak - zdecydowanie lepiej jest poprzestać na fantazjowaniu.
O tym, co robiła moja mama, gdy miałam lat około 7, a trwało to jakieś 4 lata.
Byłam strasznym niejadkiem, więc mama chciała za wszelką cenę zmusić mnie do jedzenia. Przykładowo – śniadanie. Mama zrobiła mi bułkę. Zjadłam połowę i odsunęłam talerz, mówiąc, że już nie dam rady więcej. Wtedy mama wściekała się i krzyczała, że nie dostanę w takim razie obiadu, skoro mam aż tak dużo w tyłku, że nawet jednej bułki nie mogę zjeść. Była też gadka, że dzieci w Afryce głodują, że nie doceniam tego, że mam co do buzi włożyć, bo inni walczą o ostatni okruszek chleba.
Kolejna sytuacja, tym razem obiad. Ziemniaczki i mięsko. Czasami mam taki okres w życiu, że nie mam kompletnie ochoty na mięso. Jako dziecko też tak miałam i podczas tamtego obiadu akurat taki mój „wegetariański okres” był. Ale zjadłam troszkę mięsa, coby nie było krzyku. Tak czy siak mama i tak się wściekła, że stoi przy garach pół dnia, a ja nie doceniam jej pracy. Kazała mi jeszcze trochę zjeść tego mięsa. Tłumaczyłam jej, że naprawdę nie mogę, płakałam już nad tym talerzem, ale ona denerwowała się jeszcze bardziej. W końcu wcisnęłam jeden kawałek miejsca, żułam, żułam, ale nie mogłam go przełknąć. Po dłuższym mieleniu po prostu mnie zemdliło i zwymiotowałam.
A jeszcze innym razem, gdy nie chciałam zjeść całego obiadu, mama zamknęła mnie z talerzem w pokoju i powiedziała, że nie wyjdę z niego, dopóki nie zjem. Przez płacz i smutek już w ogóle traciłam apetyt i nie byłam w stanie zjeść niczego do końca dnia.
Teraz mam lat 17, czasami zdarza mi się nie zjeść całego obiadu. Mama posyła mi wtedy krzywe spojrzenia i ma focha przez resztę dnia.
Nie rozumiem jej. Wspomnę jeszcze, że sama nie zawsze zjada cały posiłek. A jeśli chodzi o mojego tatę – nie był i nie jest po żadnej stronie.
Od mojego lubego jestem młodsza o dwa lata z kawałkiem. Ma on 21 lat i nie skończył jeszcze szkoły. O wszystko obwinia nauczycieli, którzy „nie stali po jego stronie”, kiedy on kolejny raz nie zdawał. Udaje, że szuka pracy, ale wszystko jest „za daleko od domu”. We wszystkim pomagają mu rodzice. Sam nie gotuje, nie sprząta, nie uczy się. Życie spędza przed kompem. Jest naprawdę totalnym nieudacznikiem.
Ja jestem młodą, ambitną kobietą. Pracuję, kończę szkołę, chcę zacząć dobre studia i się usamodzielnić. Nie mam pojęcia, jak połączyć tak różne światy, a nie wyobrażam sobie życia bez niego...
O osiedlowym patusiarstwie.
Przeprowadziłem się do większego miasta na studia już kilka lat temu, w tym czasie zdążyłem się w pewnym sensie zasymilować z osiedlową społecznością i przynajmniej częściowo poznać „rdzennych mieszkańców”. Niestety mieszkam na dość nieciekawym osiedlu, w mieście są dwa duże kluby rywalizujące ze sobą, a to osiedle to taka umowna granica. Nie jest więc szokujące, że często spotyka się tutaj „śmietanka” kibicowska. I jakiś czas temu zdarzyła się tragedia, dwójka chłopaków, niewiele starszych ode mnie, straciła życie w niejasnych okolicznościach. Z tego co wiem, nie zostało to powiązane z porachunkami kibicowskimi, mimo że sprawca został ujęty i był po tej „drugiej stronie barykady”. I tu zaczyna się anonimowa część.
Praktycznie każdy z osiedla opłakuje tych chłopaków, a mi najzwyczajniej w świecie kompletnie ich nie jest szkoda. Ludzie jakoś szybko zapomnieli, że niszczyli wszystko na tym osiedlu, począwszy od malowania bloków, przez deptanie i rwanie prania, przez niszczenie kamer z ekipą, po drobne kradzieże. Kiedy dopiero się tu wprowadzałem, poszarpali jakąś dziewczynę i pewnie skończyłaby dużo gorzej, gdyby nie zaczęła panicznie piszczeć i nie uciekła, kiedy zszokowani ją puścili. Sam starałem się ich unikać jak ognia, ale zdarzyło się, że uprawiałem przymusowy jogging, bo chłopaki chcieli sprawdzić zawartość portfeli przechodniów. Dla mnie byli to zwykli bandyci i od kiedy ich nie ma, osiedle jest trochę spokojniejsze, i szlag mnie trafia, jak słyszę sąsiadów, którzy jeszcze chwilę temu bali się wynieść śmieci po 18 mówiących, że to dobre chłopaki były i że to straszna tragedia.
Ponad dwanaście lat starałam się z mężem o dziecko. Każde zapłodnienie kończyło się poronieniem, lekarze byli bezradni. Dwa lata temu udało się, ciąża rozwijała się poprawnie aż do 5 miesiąca... W nocy dostałam krwotoku i nie udało się uratować mojego maleństwa. Dodatkowo doszło do przeróżnych komplikacji i moja macica została usunięta. Leczę się psychiatrycznie, nasze małżeństwo tego nie przetrwało. Został tylko beżowy pokoik, mnóstwo malutkich rzeczy i te łzy w oczach, gdy widzę szczęśliwe mamy na spacerach. Zerwałam wszystkie znajomości z koleżankami, które urodziły. Nie mogłam patrzeć na ich szczęście.
Z pewnością ktoś napisze o adopcji. Zgadza się, jest taka możliwość, ale nie dla każdego, ja nie byłabym w stanie pokochać obcego dziecka. Moim marzeniem było urodzić dziecko. Dziś nie mam męża, jestem bezpłodna. Całe moje życie legło w gruzach.
Miałam jakieś 10 lat. Przechodząc obok sklepu spożywczego usłyszałam od siedzącego pod nim żula "Ty to dziewczyno będziesz w życiu nieszczęśliwa". Odruchowo spytałam dlaczego. "Bo masz wielką dupę", usłyszałam.
Minęło 20 lat... A facet najwyraźniej miał dar przewidywania.
Powiedziałam matce, że parę lat temu ojciec ją zdradził i zrobił dziecko sąsiadce.
Ona o tym wiedziała.
Skomentowała to słowami "byliśmy wtedy pokłóceni" oraz "ważne, że dzieciaka wychowuje Kowalski".
Moje wyobrażenia względem rodziny walą się, walą...
Parę miesięcy temu wprowadziłem się z żoną i naszym pieskiem do nowego mieszkania. Nie minął tydzień, kiedy w drzwiach naszego mieszkania pojawił się listonosz z listem. Okazało się, że jeden z naszych sąsiadów wniósł do sądu sprawę o zakłócanie ciszy nocnej. Aż nie mogłem w to uwierzyć - pozew dotyczył psa. Małego, kulawego kundelka w zaawansowanym wieku, który przez 90% czasu śpi, a resztę życia spędza na jedzeniu i otrzymywaniu usługi czochrania za uchem. Sąsiad jednak zaklinał się, że psiak głośno szczeka w nocy, nie daje mu spać i stawia na nogi całe osiedle.
Rozprawa odbyła się w formie przyspieszonej... i równie szybko się skończyła. Okazało się, że pozwał nas 90-letni staruszek. Kiedy sędzia zadała mu pytanie, on nawet nie zareagował. Powtórzyła więc, a on dalej nic. Po dłuższej przerwie zirytowana, krzyknęła:
- Proszę pana, czy ma pan zamiar odpowiedzieć mi na pytanie?
Dziadunio zwrócił na nią uwagę chyba tylko dlatego, że sędzia wymownie machała rękoma. Spojrzał na nią nieco ożywionym wzrokiem, odchrząknął i rzekł:
- A to pani do mnie mówiła coś? Ja bardzo przepraszam, ale głuchy jestem jak pień...
Pozew został oddalony.
Jedno z tych wspomnień, które pojawiają się późnym wieczorem i przez to nie mogę usnąć z zażenowania.
Tunezja, bliżej nieokreślony park wodny. Mała ja pluskałam się w basenie, wyobrażając sobie, że jestem syrenką czy innym pełnym gracji stworzeniem (biorąc pod uwagę moje ówczesne gabaryty, przypominałam raczej statek podwodny). Co jakiś czas łypałam niepewnie na zjeżdżalnie wodne. A co mi tam! Kiedyś trzeba się odważyć. Podreptałam wesoło do taty i poinformowałam go o swoich planach. Ten w przypływie ojcowskich uczuć zaoferował, że stanie na dole i będzie czekać, aż zjadę (dziś, po 10 latach wiem, że po prostu chciał robić za falochron). No to fajnie, ahoj przygodo!
Po mozolnym toczeniu się po schodach, w końcu stanęłam na koniuszku kolejki. Po chwili dołączyła do mnie grupka śniadych młodzieńców, na oko dwa czy trzy lata starszych ode mnie. Bulgotali coś po swojemu, co chwila wybuchali donośnym śmiechem. Jako dziewczynka pozbawiona poczucia własnej wartości od razu pomyślałam, że to ze mnie się śmieją (zanim ktoś napisze, że trzeba było nie być utytą, to popracowałam nad tym i dziś mam BMI w normie, ja was znam, wredoty internetowe). Do dzisiaj nie wiem, czy tak rzeczywiście było, ale to nie jest tu najważniejsze. Otóż kiedy kolejka ruszyła, jeden z chłopców stanął bardzo blisko mnie. Poczułam na pośladkach dziwną wypukłość. Zrobiłam mały kroczek, wypukłość powędrowała za mną. Sparaliżowana, zastanawiałam się, co to ma znaczyć. Po kilku dłuższych chwilach przemyśleń zorientowałam się, że owa tajemnicza wypukłość to pindolek. Co nieco już na ten temat wiedziałam, wiedziałam, że takie wypukłości robią dzieci, ale jako iż byłam przekonana, że mam tylko dwie dziurki, a dzieci wyskakują przez odbyt (Chryste, do dziś pamiętam, jak obraziłam koleżankę, że urodziła się brudna od kupy), to szybko wydedukowałam, że mogę spodziewać się potomstwa. Stwierdziłam, że takie dzieciątko jest ciekawsze od lalki, więc chcąc się upewnić, że wszystko pójdzie jak trzeba, docisnęłam pośladki do chłopca. Tego widocznie zaskoczyło przejęcie przeze mnie inicjatywy, bo uciekł, odprowadzany przez moje zawiedzione spojrzenie i wołanie zdziwionych kolegów. No nic, co sobie seks uprawiałam to moje, zjechałam, już nawet nie myśląc o tym, że tak się tego bałam i dumna powiedziałam tacie, że zostanę mamusią. Słusznie wziął to za mój kolejny wymysł i nie dopytywał, a ja szczęśliwa wróciłam do zabawy w syrenkę, tym razem ciężarną.
I przez bardzo długi czas sprawdzałam, czy w moim kale nie kwili jakieś małe bobo.
Wracając z pracy, wstąpiłam do sklepu kupić wodę. Tylko jedną butelkę wody. Niestety, jak można się domyślić, kolejki były ogromne! Ale co zrobić. Staję więc w kilometrowej kolejce i liczę czas do odjazdu autobusu (nie miałam go dużo).
Przede mną stoi tata z małą córeczką, około 6 lat. Wykładają z koszyka zakupy, które wystarczyłyby na rok albo dłużej! No nic, czekam. Dziewczynka uśmiecha się do mnie słodko, po czym mówi do taty:
- Może przepuścimy tę panią? Ma tylko wodę, spójrz.
Aż mi się ciepło na sercu zrobiło. No po prostu aniołek.
Ale tak pięknie być nie mogło. Dziewczynka uśmiecha się szerzej i krzyczy:
- Prima aprilis!!!
No tak, był 1 kwietnia. A już myślałam, że zdążę na autobus :')
Dodaj anonimowe wyznanie