#q8HLj
Wzięło mnie na wspomnienia z udziałem babci, poszedłem do jej pokoju (zostawiliśmy pokój w nienaruszonym stanie), usiadłem na jej fotelu i mi tylko łzy napłynęły, bo bardzo tęskniłem. Wziąłem jej książkę, której nie doczytała, wypadła zakładka z książki, napisane tam było „Między płytami”. Domyślałem się o co chodzi, bo babcia miała wielką kolekcję płyt do gramofonu. Szukałem i znalazłem kartkę, otwieram, a tam napisane już bardzo brzydkim pismem i niewyraźnie, widać było, że babcia męczyła się pisząc to, a treść była taka „Skarbu nie ma, domyślam się, że szukają, ale nic nie znajdą”.
#8GjoN
No i w tym momencie wkracza ON. Wysoki, przypakowany, łysy Sebek. Wstaje ze swojego siedzenia (które było mniej więcej na środku tramwaju) i krzyczy do nich, żeby wypieprzali z tramwaju w podskokach, bo jak nie, to on się tam do nich przejdzie. Łebki dalej nic, cisną tylko bekę. W tym momencie Sebastian, który trzymał wcześniej w ręce czarną reklamówkę, wcisnął ją w dłonie jakiemuś facetowi, mówiąc jedynie coś w stylu „Trzymaj pan” i udał się na tyły krzycząc, że jak się nie potrafią zachować, to on im pokaże... No i wtedy cała grupka chojraków zwiała gdzie pieprz rośnie, nim Sebek zdążył tam podejść. W tym momencie motorniczy w podziękowaniu skinął mu głową i ruszyliśmy dalej.
Jak to mówią: jeżeli się nie da po dobroci...
#F1irj
Zaręczyłam się około półtora roku temu i od tamtej pory podczas spotkań rodzinnych bardzo często dopytywano mnie i mojego narzeczonego, kiedy planujemy wyprawić wesele. Początkowo rzeczywiście chcieliśmy zorganizować tego typu imprezę i wydawało się to świetnym pomysłem. Czar prysł, kiedy zaczęliśmy kalkulować koszty.
Oboje posiadamy spore rodziny, więc organizacja nawet skromnego wesela, bez żadnych szczególnych atrakcji, znacznie przekraczała nasz budżet. Planujemy także uzbierać na wkład własny do zakupu mieszkania, co uznajemy za nasz priorytet, więc tym bardziej wyprawienie wesela było kłopotliwe. Po wielu godzinach rozmów doszliśmy do wniosku, że zamiast tradycyjnego wesela, wolimy zorganizować poczęstunek dla najbliższych osób, a część oszczędności przeznaczyć na nasze wymarzone wakacje, jako że uwielbiamy podróżować. Wydawało nam się to o wiele bardziej sensowne, niż wydanie kroci na jednodniową imprezę. I o ile rodzina mojego lubego zrozumiała nasze podejście, tak w mojej rozpętało się piekło.
Najpierw moi rodzice stwierdzili, że przeze mnie będzie im wstyd przed całą rodziną, bo co to za małżeństwo, co nie chce wesela wyprawić (!). Rodzicielka wypomniała mi, że ciocia Małgorzata od dawna mówiła swoim bliskim o moim weselu i dopytywała się, kiedy będzie miało miejsce. Dodam, że tę ciocię widziałam kilka razy w życiu, gdy byłam dzieckiem. Później moja kuzynka, z którą do tamtej pory miałam dość dobry kontakt, zarzuciła mi, że ja na jej weselu bawiłam się do samego rana, więc to niesprawiedliwe, że szkoda mi pieniędzy na własną imprezę. Jedynie moi wujkowie wspierają mnie w tej decyzji i twierdzą, że to nasz dzień i powinniśmy go spędzić tak, jak najbardziej nam to odpowiada.
Na początku było mi przykro, że moja rodzina nie rozumie, że w obecnych czasach koszty życia są naprawdę wysokie i ciężko jest cokolwiek odłożyć, więc nie każdego stać na huczne wesele. Później jednak doszłam do wniosku, że dobrze, że się tak stało – to tylko uświadomiło mi jeszcze bardziej, że podjęłam z narzeczonym słuszną decyzję. Po co mam wydawać wszystkie oszczędności na osoby, którym nie zależy na moim szczęściu, tylko na imprezie z darmowym alkoholem?
#CaSCg
Biedny do teraz nie wie, że go specjalnie zostawiłem, a nie o nim „zapomniałem”.
#2TajZ
Wszystko fajnie, ale ja mam prawie 20 lat...
#KAeIo
To wydarzyło się w wakacje - korzystając z tego, że dzień był wyjątkowo słoneczny, przed treningiem postanowiłam pojeździć na deskorolce. Oddaliłam się nieco od domu, skręcając w stronę drogi, która prowadziła przez pobliskie polany, z dala od wszelkich zabudowań. Biegałam tamtędy wiele razy, więc niczego się nie obawiałam. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów usłyszałam szczekanie psa za sobą. Zanim zdążyłam zareagować, ogromny pitbull rzucił się na mnie. Byłam drobną dziewczyną, więc nie miałam szans. Wrzeszczałam ile sił i próbowałam jakoś bronić się deskorolką, ale niewiele to dało. Pomoc przyszła po kilkunastu minutach, a i tak miałam ogromne szczęście, bo ludzie, którzy mi pomogli, przechodzili tamtędy przypadkowo. Krótko po tym, jak odpędzili psa, zemdlałam. Jedyne co pamiętam to ich przerażone twarze i to, że wszędzie było mnóstwo krwi, a mnie wszystko przeraźliwie bolało.
Ocknęłam się w szpitalu. Nie dochodziło do mnie jeszcze to, co się stało. Nad moim łóżkiem czuwali rodzice. Po ich minach i zdenerwowaniu wiedziałam, że musiało stać mi się coś poważnego. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo. Nie będę opisywać ze szczegółami tego, jak dowiedziałam się, że musiałam mieć amputowaną lewą nogę i prawdopodobnie to samo czeka prawą rękę, a moje ciało do końca życia będą pokrywać paskudne blizny. Najbardziej ucierpiała moja twarz, bo nie miałam praktycznie prawej połowy. Musiałam spędzić kilka miesięcy w szpitalu na operacjach, bo wszystko ropiało i rozpadało się. No cóż, przynajmniej mogę grać w horrorach bez charakteryzacji.
Od tamtego czasu mój świat legł w gruzach. Nie mogę kontynuować biegania, bo moich rodziców nie stać na specjalistyczne protezy. Z moją twarzą wstydzę się wyjść z domu, więc całe dnie przesiaduję w moim pokoju. Brzydzę się sama sobą. Żałuję, że tamten pies wtedy mnie nie zagryzł, bo straciłam jakikolwiek sens życia. Wiele bym dała, aby móc cofnąć czas.
#7GSGC
Otóż pewnego wtorku dobre kilka lat temu wraz ze swoimi szkolnymi znajomymi z niecierpliwością czekaliśmy na egzamin z matematyki. Byliśmy sporo przed czasem (do godziny 9 pozostało nieco ponad pół godziny), a więc jedyne co nam pozostało to umieranie ze stresu. Po około 10 minutach wyczekiwania na korytarzu pojawił się pewien pan. Podszedł do nas z pytaniem, czy to nasza grupa będzie pisała maturę we wskazanej sali. Kiedy potwierdziliśmy, poprosił nas, abyśmy wstali. Kiedy też to uczyniliśmy, kazał nam... trochę poćwiczyć. Wiecie, 10 pajacyków, 10 przysiadów i coś tam jeszcze. Wpatrywaliśmy się w niego zdezorientowani dobre kilkanaście sekund, jednak wszystko wskazywało na to, że nie żartował. Posłusznie więc wykonaliśmy te kilka prostych ćwiczeń, choć muszę przyznać, że w garniturze nie było to za wygodne. Na koniec dał nam po kostce gorzkiej czekolady i gdzieś zniknął. Koniec końców czas upłynął nam znacznie szybciej.
Kiedy zasiedliśmy na wyznaczonych miejscach zauważyliśmy, że brakuje jednego członka w komisji. Nie musieliśmy jednak na niego długo czekać. Tak, to był pan od ćwiczeń. Po wszystkim powiedział nam, że chciał, żebyśmy się trochę rozluźnili, no i że ćwiczenia wspomagają myślenie.
Nie wiem, czy pomogło, ale zdać zdałem.
PS Pozdrawiam wszystkich tegorocznych maturzystów ;>
#kiFm7
Odnoszę wrażenie, że więcej zaburzeń mają moi koledzy po fachu niż klienci, których leczą.
#tCDIZ
Jakieś dwa lata temu ja miałam swoją pierwszą migrenę. Jest tak źle, jak opowiadają. Głowa boli tak, jakby przystawić do niej wiertarkę. Ale najgorsza jest nadwrażliwość na światło i dźwięk, a mam głuchego sąsiada, który telewizor ma tak głośno ustawiony, że czasami jestem w stanie rozróżnić co ogląda (ale kulturalnie, chyba jeszcze mu się nie zdarzyło włączyć telewizora po 21). Rozumiecie więc, że nie jest to przyjemna sprawa, a o jakiejkolwiek nauce mogłabym zapomnieć.
Na mnie jeszcze w miarę działa pewna tabletka, jak wezmę ją w miarę wcześnie, to migrena się nie "rozwija" i zostaję ze zwykłym, standardowym bólem głowy. Jednak... Nie muszę jej brać. Jest jeden środek zapobiegawczy, który u mnie idealnie się sprawdza. Marihuana. Taki narkotyk. Gdy palę w miarę regularnie, tak 1-3 razy w tygodniu, prawdopodobieństwo, że będę miała migrenę jest bliskie zeru. Oczywiście nikomu o tym nie powiem, bo mimo że palę mało (taki jeden raz równa się kilku "buchom", ewentualnie lufce), zostałabym natychmiastowo zmieszana z błotem i wysłana na odwyk. Albo do więzienia za posiadanie. Mamie też nie powiem, bo jest przeciwniczką takich używek i mogę tylko patrzeć, jak co jakiś czas znika w pokoju i cierpi.
Marihuana nie równa się dla mnie tylko brakowi migreny, ale także brakowi alkoholu (bo w sumie po co - po marihuanie czuję się dość podobnie, a nawet lepiej, kaca brak, wątroba zadowolona, czego chcieć więcej) i lepszemu seksowi (po alkoholu to nic). Jestem w miarę dobrym człowiekiem, studiuję, pracuję, a za moje lekarstwo i jedyną używkę jaką przyjmuję mogę trafić do więzienia.
Mam kolegę, który pod naciskiem społeczeństwa rzucił marihuanę, zamiast tego zaczął okazyjnie pić. Okazało się jednak, że po alkoholu jest tak agresywny, że raz prawie uderzył swoją matkę. Po zielsku zazwyczaj robił zapiekanki, nie awantury.
Dlaczego o tym piszę? Dzięki kochanemu prawu i policji straciłam dojście. Właśnie zaczyna boleć mnie głowa...