Za czasów mojego dzieciństwa bawiłam się z znajomymi przy trzepaku. Jedną z wielu zabaw było balansowanie na górnej rurce i udawanie, że to występ w cyrku.
Nie wiem co mnie podkusiło, nie mam pojęcia czemu mi się to wtedy wydało zabawne, ale gdy jeden z kolegów balansował na rurce, stwierdziłam, że zabawne będzie, jeśli szarpnę go za nogawkę. I choć już wtedy zdawałam sobie sprawę z różnic anatomicznych, to nie pomyślałam, że po tym, jak go za tę nogawkę szarpnę, on spadnie na dół, a jego klejnoty znajdą się między jego ciałem a rurką...
Nie pamiętam, bym słyszała, żeby ktoś wył jak on wtedy. Byłam pewna, że go wykastrowałam i pójdę za to do więzienia.
Na moje szczęście skończyło się na reprymendzie od rodziców, a na szczęście kolegi skończyło się na zimnych okładach.
Moi rodzice są razem już 35 lat. Ostatnio zauważyłam, że nigdy nie mówią sobie po imieniu! Zawsze nazywają się zdrobniale „Słoneczkiem”, „Gamoniem”, „Stokrotką”, „Robaczkiem”, „Misiem”.
Co ciekawsze, kiedy nawet tata coś przeskrobie, mama zawsze z podniesionym tonem mówi do niego: „Misiek, a dlaczego zrobiłeś tak, a nie inaczej?”. Z oczu lecą iskry, ale imię nie pada.
Zapytałam o to kiedyś. Powiedziała, że jak byli młodzi, to zawsze tak do siebie mówili, a przecież wciąż się kochają i nie wie dlaczego miałoby być inaczej. Ot, po prostu weszło im to w nawyk.
Taka drobna rzecz, a jednak cieszy. To fajnie, że prawdziwa miłość naprawdę może istnieć. Zawsze razem jeżdżą na zakupy, co niedziela wspólny spacer z psem, prace w ogródku – tylko we dwoje, gotowanie – we dwoje, a jakże. Kurczę, zazdroszczę im trochę.
Nie mogę oglądać filmów pornograficznych, w których aktorkami są Azjatki.
Ich jęki przypominają mi płacz dziecka i denerwuje mnie to niemiłosiernie.
Będąc mniej więcej w 4-5 klasie podstawówki, na wakacjach naoglądałem się programów czy też bajek o ogródkach i bardzo chciałem taki posiadać. Niewiele rozmyślając nawet o tym, co by miało być w tym ogródku, wyparowałem boso na podwórko. Szukałem jakiejś motyki i znalazłem taką małą, podręczną, z trzema zaostrzonymi ząbkami. Wybrałem dogodne miejsce z tyłu placu i zabrałem się do pracy. Spokojnie wydzieram sobie trawę, aż tu nagle na lewej stopie usiadła mi końska mucha i zwyczajnie w świecie mnie ugryzła, a że piekło nieziemsko, chciałem zrobić odwet. Uderzyłem motyką w stopę, nawet nie trafiając w owada (odleciał sobie), wbijając sobie środkowy ząbek w stopę. Wyjąłem ostrze i upadłem na ziemię, nie mogłem wstać. Ze łzami w oczach zacząłem czołgać się do domu, gdzie mama zadzwoniła po karetkę. Okazało się, że uszczerbiłem sobie kość w śródstopiu i całe 2 tygodnie przeleżałem w szpitalu, a następny miesiąc chodziłem z nogą w gipsie.
Uprzedzając pytania, dlaczego nie zrzuciłem jej ręką ze stopy? Do tej pory zadaję sobie to pytanie i nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć :)
PS Mucho, kiedyś cię dopadnę!
Od 7 lat mieszkam w USA jako nielegalna imigrantka. Kilka lat temu związałam się z mężczyzną, który miał nieco nieciekawą przeszłość, ale wyszedł na prostą. Przez cały czas trwania naszego związku był naprawdę wspaniałym partnerem. Do czasu, gdy urodziłam córkę. Dziecko było planowane, chciane i wyczekane przez nas oboje. Mój partner zaczął pić, palić trawę, używać narkotyków i jeździć po alkoholu, nie wracając na noc do domu. Przestał interesować się mną i dzieckiem. Przed urodzeniem miałam kilka dorywczych prac, z których zrezygnowałam, by zajmować się rodziną, dlatego stałam się uzależniona finansowo od niego. Partner zaczął mi wydzielać pieniądze – a właściwie dawał mi kilka dolarów dziennie, za które mogłam kupić tylko bułki i mleko. Nie zależało mu na dziecku, a co dopiero na mnie. Nawet podpaski musiałam podkradać z automatów w centrach handlowych. W domu nie robił nic poza pijaniem piwa na kanapie. Kiedy miał lepszy okres, potrafił być miły i zabierał nas do restauracji lub do parków rozrywki, jakby nigdy nic nie zdarzyło się przed chwilą. Jakby wcześniej nie krzyczał na nas z zarzyganej kanapy. Wiem, że brzmi to jak najgorsza historia rodem z patologii. Ale kochałam go bardzo i myślałam, że mój uczucie go zmieni na lepsze.
Kilka tygodni temu podniósł na mnie rękę. Przy córce. Wtedy postanowiłam, że nie chcę już tak żyć. Chciałam odejść, ale partner zagroził, że poda mnie do urzędu imigracyjnego i zabierze dziecko. Nie wiem co robić, nie mogę uciec. Dziecko urodzone w USA jest obywatelem Stanów Zjednoczonych. Jeśli tylko spróbuję uciec, zabiorą mi córkę i nie mogę sobie na to pozwolić. Nie mam tutaj rodziny ani przyjaciół – jedynie kilku znajomych, z którymi straciłam kontakt po przeprowadzce do partnera. W Polsce też już nie mam rodziców – zostali mi tylko dziadkowie, ale są starzy i schorowani, a nie chcę ich obarczać tym koszmarem. Nie mogę też znaleźć pracy, bo nie mam z kim zostawić dziecka. Byłam już u prawnika, który pomaga za darmo, ale to, co mi zaproponował, nie wchodzi w grę. Oznacza to, że musiałabym zostawić córkę na jakiś czas, a tego nie mogę zrobić, bo wiem, że później już jej nie odzyskam. Teraz żyję jak więzień ojca mojej córki. Boję się, że któregoś dnia zrobi mi lub córce krzywdę.
Pierwszy dzień w pracy.
Wszystko super, pięknie, już prawie koniec dnia. Musiałam skorzystać z toalety. Poszłam do łazienki, były tam inne pracownice. Udałam się do kabiny. Już sobie spokojnie siadam z zamiarem opóźnienia pęcherza i nagle... wypierdziałam symfonię Beethovena.
Gdy skończyłam, usłyszałam tylko głośne trzepnięcie drzwiami.
Nie jesteśmy teraz koleżankami, nie pałamy do siebie żadnym uczuciem.
Gdy byłem nastolatkiem (co miało miejsce dawno, bo jeszcze wielką powodzią), zamykałem drzwi od swojego pokoju na klucz. Podsłuchałem raz rodziców, gdy rozmawiali:
– Czemu on się zamyka?
– No a jak myślisz... Jest nastolatkiem, więc to oczywiste, co robi...
Przestraszyłem się, ponieważ rodzice lubili kontrolować każdy aspekt życia, nawet oglądanie telewizji, więc kilka dni później przyznałem im się, że w tajemnicy kupiłem sobie GameBoya (pierwsza wersja czegoś, co można uznać za konsolę przenośną) i grałem.
Dopiero niedawno domyśliłem się, o co mogli mnie rodzice podejrzewać, gdy mój syn się zamykał w pokoju, co irytowało żonę, a ja powiedziałem, że pewnie kupił sobie przenośną konsolę i gra tak jak ja w dzieciństwie. Ależ ona miała zdziwioną minę :D
Jedna koleżanka obraziła się na mnie, bo nie złożyłam jej życzeń na Facebooku, a jeszcze inna dlatego, że nazwałam jej ukochanych Bars and Melody – „barszcz i mielony”.
Huh, chyba czas zmienić znajomych.
Byłam molestowana seksualnie.
Minęło już ponad 10 lat od ostatniego razu. Niestety to co się wydarzyło, ma ogromny wpływ na mój obecny związek z chłopakiem i na moje kontakty z innymi ludźmi.
Nie wiem kiedy to się zaczęło. Miałam może 4 lub 5 lat? Dotykanie miejsc intymnych, zachęcanie do całowania lub polizania przysłowiowego „ptaszka”. Parę lat później „zabawa” polegająca na wkładaniu palców, aż w końcu członka. Do tej pory pamiętam, jak przestrzegał mnie, abym nie wołała mamy podczas kąpieli czy toalety, bo mogę być „trochę czerwona tam na dole”.
Nie chcę znać tego człowieka, nie chcę też, aby stracił to, co ma – rodzinę, syna, pracę.
Chciałabym powiedzieć o tym mamie, ale boję się, że złamię jej tym serce.
Mój oprawca? Cztery lata starszy brat.
Gdy po prawie 6 latach okazało się, że narzeczony mnie zdradza z naszą wspólną znajomą (nie znałam jej zbyt dobrze), byłam zdruzgotana. Chlałam codziennie, z łóżka wstawałam tylko do pracy i przed komputer - słuchałam jakichś smętów i szedł browar za browarem, bo gdy się upiłam, robiło mi się lepiej. Zamieniłam się we wrak człowieka. Rozpamiętywałam, jacy to kiedyś byliśmy szczęśliwi, rozpaczałam, jak to żyć bez niego nie mogę...
A potem przyszedł gniew. Bo przecież niczego złego nie zrobiłam, a on się wdał w regularny romans i teraz świetnie się bawił ze swoją nową dziewczyną. Inni mi mówili "Olej to, zacznij żyć od nowa bez niego", ale ja wiedziałam, że dopóki zemsta się nie dokona, dopóki on nie będzie cierpiał podobnie jak ja, to spokoju nie zaznam.
Postanowiłam odezwać się do niego, "wybaczyć mu", zaprzyjaźnić się z jego kochanką-panną i zniszczyć ich od środka. Wiedziałam, że nie oprze się bzykaniu byłej i aktualnej jednocześnie.
Bardzo szybko w to wsiąkł i był wielce zadowolony, że ma dwie kobiety. Ona po krótkim czasie się o tym wszystkim dowiedziała - w sumie przez przypadek, bo znalazła mój włos w ich łóżku. Odczekałam, aż złość jej przejdzie i złożyłam im wizytę. Na początku nie chciała ze mną rozmawiać, ale gdy w końcu zaczęłyśmy, nie mogłyśmy przestać. Rozmawiało mi się z nią wspaniale, co wtedy niechętnie musiałam przyznać, ale postanowiłam dalej grać w swoją grę. Zaczęliśmy się spotykać w trójkę i spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Im bardziej zbliżałam się do jego dziewczyny, tym bardziej byłam zdeterminowana, żeby go zgnoić. Polubiłam ją, stała się jakby moją siostrą w tej patologii, a że była młodsza, włączył mi się względem niej jakiś dziwny tryb obronny. Na serio nie chciałam, żeby straciła kilka lat na związek z kimś takim.
Z jednej strony ją szczerze wspierałam (zaczął jej wywijać niezłe jazdy - awantury, wieczne pretensje, zabieranie kluczy do domu), z drugiej sączyłam w niego jad, że jestem lepsza od niej, w końcu tyle lat przeżyliśmy razem, tylko ja wiem, jak mu dogodzić w każdym względzie... Po 10 miesiącach stanął u mnie w drzwiach z walizkami i prosił o powrót. Słodził, jak to zrozumiał swój błąd, jaka to ona jest beznadziejna, że jestem miłością jego życia, sraty pierdaty. I wtedy, gdy był tak przekonany, że zostawił sobie uchyloną furtkę i znowu będzie miał miło i słodko, powiedziałam: NIE.
Czekałam na to 10 długich miesięcy. Możecie pisać "jesteście siebie warci". Pierwszy i raczej ostatni raz zrobiłam taką akcję. Zaczęłam z zemsty za siebie, skończyłam z zemsty i z troski o tamtą dziewczynę. Z nią cały czas utrzymuję serdeczny kontakt, układa sobie życie z fajnym kolesiem, ja zresztą też. A on? Niech się wali.
Dodaj anonimowe wyznanie