#vbRNG

No cóż, siedzę aktualnie przed domem, moja dziewczyna jest w ciąży, jest zła, ale nie mam pojęcia za co, nie chce powiedzieć, i tak ciągle, huśtawka nastrojów, a to dopiero 6 tydzień... Może i to moja wina, nie wiem, wiem, że staraliśmy się o dziecko już parę lat i teraz się udało, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że będę ojcem. Czy będę dobry? No cóż, trzeba było myśleć wcześniej, ale sam chciałem tego dziecka. Teraz po kłótni siedzę przed domem i tak się zastanawiam, czy ja też choć trochę jestem ważny czy liczy się teraz tylko dziecko. Ona mówi, że zniesie wszystko, aby się udało, aby było zdrowe, a ja? Co ze mną? Nie zostawię jej, ich, nie tędy droga, ale chciałbym, żeby ktoś, żeby ona zrozumiała, że mi też jest ciężko. Nie chcę być sprowadzony do osoby, która ma tyrać na dwie roboty, żeby pieniądze były, chcę, żeby mnie też zauważyła. To dziecko to część mnie, a czuję się w ogóle niezrozumiany i niewysłuchany, każda rozmowa z mojej strony to płacz z jej strony. Zostało mi siedzenie przed domem i jedynie pisząc tu mogę się choć trochę wyżalić i próbować żyć ze świadomością, że praca i nic więcej mnie nie czeka.

#uhN62

Straciłam swoje dziewictwo w wieku trzynastu lat. Z moim kuzynem...
Odkąd skończyłam dziesięć lat, dawałam mu się dotykać, całować i rozbierać, można nazwać to wykorzystaniem seksualnym. Jednak gdy skończyłam trzynaście lat, pierwszy raz wszedł we mnie i poczułam się dziwnie. Zrobiliśmy to dwa razy i już nigdy więcej.
Teraz mam szesnaście lat i nie żałuję tego.

Nie chwalę się tym, ale chciałam się z wami tym podzielić, ponieważ byłam głupia i dawałam mu się dotykać.
Jeśli czyta to jakaś młoda osoba, proszę nie daj się wykorzystać w tak młodym wieku i poczekaj na odpowiedniego chłopaka, któremu zaufasz i będziecie się kochać bezgranicznie.

#yFIbE

Dopiero mając 25 lat, poznaję swoją mamę.
Mama odeszła, kiedy miałam 11 lat, a i wcześniej unikała domu ze względu na ojca alkoholika. Chciała mnie zabrać ze sobą, jednak tata zrobił mi takie pranie mózgu, że zdecydowałam się z nim zostać i żyć w brudzie i biedzie. Miałam ogromne pretensje do mamy, a ona po prostu uciekła od syfu, poniżania i bicia.
Po śmierci ojca pojawiła się i obdarowała mnie opieką, której nie chciałam. Kupiła mi mieszkanie, dawała pieniądze, a ja czułam, że stara się po latach kupić moją miłość.
Zaczęłam odkrywać kłamstwa taty: długi, przepijane alimenty, które dostawał na mnie, inne okropne fakty. Ale jego już nie było, a mnie było trudno się samej utrzymać na studiach. Mama nie zrażała się moim nastawieniem do niej i mi pomagała. Trudno mi było wybaczyć jej, jednak po czterech latach zaczęłam lepiej ją rozumieć i wybaczać.

Dziś dowiedziałam się, jaki jest jej ulubiony kolor i że mam imię po jej zmarłej siostrze. 
W tym roku spędziłyśmy też we dwie pierwsze prawdziwe święta :)

#29CHV

Trzy tygodnie temu zgubiłam telefon, który nie miał żadnych zabezpieczeń, więc każdy mógł go odblokować. Jako na stałą fankę tej strony mam tutaj konto oraz dwa totalnie anonimowe wyznania, bardzo wstydliwe i obleśne. W jednym z nich było m.in. to, że masturbuje się wibracjami z telefonu oraz zjadam skrzepy z okresu. Chłopak, który znalazł mój telefon przekazywał mi go w foliowym worku w rękawiczkach.

#yxyWp

Kilkanaście lat temu, gdy miałem 18 lat, zerwałem z moją, starszą o rok, ówczesną dziewczyną. Była zaborcza, chorobliwie zazdrosna, generalnie awanturująca się, ale w łóżku... czarodziejka. Po rozstaniu spotkaliśmy się jeszcze kilka razy na seks, ale nie zamierzałem do niej wracać. Dziewczyna jednak nie zamierzała odpuścić i pisała, dzwoniła, prosiła, groziła. Nachodziła mnie w domu, na uczelni, porysowała mi samochód i przebiła opony.
Kilka tygodni od ostatniego spotkania napisała mi, że jest w ciąży. Jako niedoświadczony życiowo młokos, pełny ideałów i wiary w ludzi, uwierzyłem i postanowiłem wrócić do niej, licząc na to, że się zmieni i żeby dziecko nie wychowywało się bez ojca. Mieszkałem wtedy z rodzicami, którzy przyjęli to spokojnie i obiecali nas wspierać.
Przez kolejne pół roku starałem się odbudować związek, pracowałem na dwa etaty i studiowałem zaocznie, żeby zapewnić przyszłość przyszłemu potomkowi. Moje wątpliwości zaczął jednak budzić brak ciążowego brzuszka i brak zgody dziewczyny na uczestniczenie w badaniach. Pokazywała mi tylko jakieś kwity od lekarza z USG (był 2004 r., więc nie było jeszcze wydruków zdjęć, tylko wyniki opisane medyczną terminologią).
Zacząłem mocno naciskać na jakiś niezbity dowód jej ciąży, choćby zrobiony przy mnie test ciążowy, co sprawiło, że dziewczyna obraziła się i przestała się z mną kontaktować na jakiś miesiąc.
Któregoś dnia, mniej więcej w 7 miesiącu ciąży, dostałem od niej MMS z niewyraźnym zdjęciem noworodka i podpisem, że zostałem ojcem. Twierdziła, że ze stresu trafiła do szpitala i urodziła wcześniaka. Minęło prawie 20 lat, ale dokładnie pamiętam, jaki byłem szczęśliwy. Dziewczyna nie chciała powiedzieć, w którym szpitalu w Warszawie leży i twierdziła, że oboje z dzieckiem są w ciężkim stanie. Kupiłem wielki bukiet i zacząłem jeździć po szpitalach, szukając jej po nazwisku. Objechałem wszystkie, ale nigdzie nie było takiej pacjentki. W ostatnim wręczyłem bukiet pani na recepcji i wróciłem załamany do domu. Dziewczyna w tym czasie milczała, nie odbierała ani nie odpisywała. Następnego dnia napisała, że wypisali ją ze szpitala, ale dziecko zostało na intensywnej terapii. Od razu do niej pojechałem. Na spotkaniu pokazała mi akt urodzenia... wypisany jej charakterem pisma. Gdy o to zapytałem, to zaprzeczyła, mocno się oburzyła i uciekła do domu. Stwierdziłem, że może faktycznie to nie był jej charakter pisma i tego samego wieczoru poinformowałem rodziców, że są dziadkami, a z najlepszymi kumplami zrobiliśmy pępkowe za zdrowie dziecka. Nazajutrz zacząłem dopytywać o stan potomka, ale dziewczyna milczała. Kolejnego dnia napisała, że dziecko umarło. Załamałem się, kilka dni nie jadłem i nie wychodziłem z łóżka.
Oczywiście żadnego dziecka nigdy nie było, wszystko zmyśliła, a ja straciłem wiarę w ludzi na wiele lat.

#RhpPO

Mam rodzinę, a czuję się, jakbym była sierotą. Moja rodzina jest w całości patologiczna, każdy w inny sposób. Większość alkoholicy plus dochodzą przestępstwa seksualne, wymuszenia, co roku inny rozwód i takie tam. Moja część rodziny (w sensie mama, ojciec, rodzeństwo) była przez wiele lat uznawana za tę najnormalniejszą. Oczywiście nie do końca, bo mój ojciec od długich długich lat walczy z ciężkim alkoholizmem i żadne terapie, odwyki i inne nie dają zbyt długotrwałego efektu. 
Od kiedy byłam mała, musiałam być idealnym dzieckiem. Zawsze myślałam, że na miłość rodzica trzeba zasłużyć. I całe dzieciństwo harowałam, chodziłam na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, występowałam i uczyłam się nocami tylko po to, by moi rodzice mnie kochali i to potwierdzali. Gdy był choćby najmniejszy problem, to od razu byłam tylko gównem. Nawet nie wolno mi było płakać. Musiałam chować się w szafach czy łazience, żeby płakać, bo miałabym przerąbane. Musiałam stworzyć specjalnie dla nich osobną osobowość, bo przeszkadzała im moja stara. I generalnie udawałam przez całe życie idealną, a jak coś wyszło na jaw, że na przykład się okaleczałam, to o Boże... Nie wspominam tego najlepiej. 
Mój ojciec nigdy nie był dla mnie ojcem. Nawet gdy był trzeźwy, to kochał mnie tylko jak byłam idealna. Dostawałam prezenty i jeździliśmy na wakacje, ale to nie zastąpiło mi ojca. Matka to samo, kocha mnie i jest dumna, jak jestem idealna. Jak coś się działo i wyciągałam rękę po pomoc, to dostawałam w pysk najwyżej. Nawet jeśli obie cierpiałyśmy na przykład przed ojca lub resztę rodziny, to ona miała własne problemy i nawet nie mogłam się do niej odezwać, robiła z siebie ofiarę, jakby tylko ona cierpiała. Zawsze robiła z siebie ofiarę przed wszystkimi, nieważne o co poszło, a ja zawsze byłam tym niewdzięcznym dzieckiem, które jeszcze śmie, choćby cicho, nawiązać do jakiegoś problemu. 
Ogólnie rzecz biorąc, przestałam nawet patrzeć na nich jak na rodziców, a swoje dziecięce potrzeby wobec rodzica spełniałam u innych dorosłych, którzy byli dla mnie bardziej jak rodzice niż rodzice. Niby mam rodzinę, ale całe życie czuję się jak sierota. I piszę o tym teraz, bo znowu mam jakiś stan, że ryczę, bo chcę mamę i tatę. Jestem dorosła, a i tak o to ryczę. Widocznie potrzebuję jeszcze trochę, żeby pogodzić się, że nie ma ani mamusi, ani tatusia, jak mają moi znajomi.

#jmUqI

Wstydzę się swoich oczu. Przez chorobę tarczycy stały się duże i wytrzeszczone. Najgorsze jest to, że nie można tego ukryć ani zatuszować. Cały czas mam poczucie bycia słabszym przez chorobę i gorszym, gdy tylko sobie przypomnę, że ludzie się na mnie patrzą i na pewno oceniają moje oczy.

#PowLs

Wczoraj do salonu tatuażu, w którym pracuję przyszła kobitka. Lat ze trzydzieści kilka, na głowie kurwi blond, tipsy tak długie, że niewątpliwie tyłka taką dłonią nie podetrzesz bez rozpłatania sobie zwieracza, do tego pełna solara, legginsy w panterkę i sztuczny cyc. Jednym słowem - archetyp.

Niewiasta chciała tatuaż. Konkretnie - nad tyłkiem. Miał to być napis "Tylko Bóg może mnie sądzić!". Nie oceniam gustu, ale tego typu dziary zamawiają najczęściej koksy, Sebenidesy z Ortalionu i szczerbaci kibole. No, ale cóż - klient wymaga, sługa robi.
Szybko poszło. Wypalona przez solarkowe lampy skóra kobitki najwyraźniej pozbawiona została zakończeń nerwowych, bo babeczka nawet nie pisnęła z bólu. Robotę skończyłem. Chciałem jej moje dzieło pokazać w lustrze, ale blondi powiedziała, że nie, że w domu dopiero zobaczy, wieczorem, i za parę dni zadzwoni, żeby umówić się na ewentualne poprawki.

Wieczorem, kiedy siedziałem już sobie w domu, zadzwonił telefon. Odebrałem i słyszę histeryczny wrzask jakiejś baby. Drze się, płacze, wyje, nie rozumiem nic. Każę się jej uspokoić, pytam co się dzieje, kto dzwoni? To ona - blondi od dresiarskiego napisu. Wyzywa mnie, straszy sądem, znowu płacze. Znów proszę ją więc o spokój i wytłumaczenie, co się stało. "Ty, chu#u!" - krzyczy. - "Jak mogłeś mi to zrobić? Tatuaż odwrotnie zrobiłeś!".
Normalnie spadłem z kanapy. Jak to? Dziary robię od lat. Nigdy bym przecież takiej fuszerki nie odwalił. Absurd jakiś!
- Ale czy pani w ogóle ten tatuaż widziała? - pytam.
- Tak, kur#a! Stoję właśnie przed lustrem i mówię, co widzę! Napis jest od prawej do lewej! Jak u jakichś jeba#ych Arabów!

Nastąpiła dłuższa przerwa, podczas której dławiłem się ze śmiechu nie mogąc złapać oddechu. Następnie usłyszałem cichutkie "Przepraszam..." i dźwięk rozłączonej rozmowy.

#TqA4v

Miejsce akcji: supermarket. Bohaterowie: mama, tata i ich sześciolatek (na oko).
Dzieciak patrzy łakomym wzrokiem w lodówkę:
- Mamo, mogę loda?
- Nie.
- Mamoooooooo!
- Powiedziałam coś! Nie! - matka pozostaje nieugięta.

Oczy sześciolatka kierują się na ojca. Ojciec na to zbolałym głosem:
- Jak mama mówi, że loda nie będzie, to uwierz mi, wie co mówi.

Padłem :D
Dodaj anonimowe wyznanie