Jeżdżę na desce od 12 roku życia.
Idąc do liceum nie znałam nikogo. Wszyscy kumple ze skateparku poszli do okolicznego (dość kiepskiego) liceum. Ja do szkoły dojeżdżałam codziennie 30-40 minut na longboardzie albo 15-20 autobusem w zimowe/deszczowe dni.
Po miesiącu zaczęłam zauważać chłopaka z klasy maturalnej, który jeździł na to samo osiedle, ale autem. Zawsze przy mnie zwalniał. Był bardzo przystojny i w sumie chciałam, żeby kiedyś się zatrzymał.
Tak, zostaliśmy parą. Pierwsze pół roku było jak z bajki - dla mnie nauczył się jeździć na desce, odbierał mnie ze skateparków i uwielbiał moich kumpli. Dzięki niemu otworzyłam się i poznawałam więcej osób w szkole.
Zbliżały się matury. Szymon był zestresowany jak nigdy, często denerwował się na mnie i krzyczał. Ja to ignorowałam, bo w końcu matura jest bardzo ważna i ten stres miał przecież jakieś sensowne podłoże. Miał mi za złe, że odnawiam kontakt z kolegami ze skejta, a przecież nie miał dla mnie w ogóle czasu. Miałam siedzieć sama w domu?
Po maturach. Siedziałam sama na 4-metrowej rynnie w ciepły majowy wieczór. Chciałam chwilę pojeździć i się zebrać. Szymon miał mnie odebrać i mieliśmy pojechać do niego, wszystko znów zaczynało być w porządku.
Podbiegł do mnie, krzyczał: "ty szmato, wiem, że mnie zdradzałaś, jak ja byłem cały posrany maturami". Stał nade mną pytając w koło "no przyznaj się już, z kim? domyśliłem się!". Wstałam i chciałam uciec, ale mnie popchnął. Chyba nie oczekiwał, że dość mocno, ale miałam plecak, który dodatkowo pociągnął mnie w tył. Po wszystkim wezwał pomoc i tuż po przyjeździe karetki sobie poszedł. Ratownikowi powiedział, że mnie nie zna.
Piszę to wyznanie z połamaną ręką i sporej wielkości plastrem na czole. Nie ignorujcie pierwszych znaków agresji i nie usprawiedliwiajcie jej. Można mieć zły dzień czy dwa, ale nie tydzień czy dwa. Czar Szymona prysnął i teraz mam konsekwencje tego, że nie potrafiłam wcześniej obiektywnie o nim myśleć.
Gdy byłem mały, było to bodajże w czasach przedszkola, było dużo reklam telewizyjnych o innowacyjnych zabawkach, które każde dziecko chciałoby mieć. U mnie w domu nie było tak jak teraz u niektórych dzieci, które dostają mnóstwo zabawek, bawią się przez 5 minut i idą po następną, ostatecznie zawalając babci cały strych i nudząc się, bo przecież nie mają się czym bawić. Tak że nie, że byłem jakoś biedny, ale każda zabawka miała pewną wartość, gdyż nie dostawałem wszystkiego co chciałem, tylko to na czym mi najbardziej zależało.
Pewnego razu reklamowali w telewizji taką fajną ciągnącą się masę, coś w stylu jakiejś "magicznej plasteliny", która świeciła w ciemności. Naprawdę super sprawa, więc po jakimś czasie takąż kupiliśmy. Chodząc po domu bawiłem się nią. Reszta domowników była czymś zajęta w innym pomieszczeniu, a ja poszedłem do pokoju rodziców i położyłem się na łóżku. Nie wiem, czy to była już pora spania czy nie, ale przykryłem się kołdrą, no bo wiadomo, magiczna plastelina świeci w ciemności, a pod kołdrą jest ciemno. Gdy już nacieszyłem się luminescencją, postanowiłem zrobić coś, co robił chłopiec w reklamie owego produktu. Z masy ulepiłem coś na kształt okularów. Położyłem sobie to na twarzy, że niby okulary z plasteliny i leżałem.
Zasnąłem, ale zdaje się, że wcale nie na długo. Gdy się obudziłem, poczułem na twarzy plastelinę i postanowiłem zdjąć moje "okulary". I wtedy aż mnie dreszcz przeszedł - masa całkowicie przylepiła się do mnie, oblepiając okolice oczu, w tym całe brwi. Poszedłem do łazienki i przejrzałem się w lustrze. Nie przypominam sobie żebym płakał, ale byłem w tamtym momencie dość zestresowany. Poszedłem do mamy powiedzieć co się stało. Po jakichś 15 minutach odlepiania masy byłem niemalże czysty pomijając fakt, że przez następne 3 noce moje brwi świeciły w ciemności. Już nigdy się tą plasteliną nie bawiłem, zresztą nie wiem, czy cokolwiek z niej po tej historii zostało.
Tak więc myślałem, że to koniec moich przygód z luminescencyjną plasteliną... do czasu, gdy poszedłem spać w łóżku rodziców. Zawsze lubiłem przykrywać się kołdrą po sam nos, a nawet dalej. Gdy więc całkowicie schowałem się pod kołdrą, gdzie normalnie panowałaby ciemność, zobaczyłem, że jakimś cudem na całej powierzchni żarzy się zielonkawym blaskiem. Kołdra świeciła się w ciemności przez kolejnych 10 lat i pewnie świeciłaby się dalej, gdyby nie została po prostu wyrzucona. Ot, taka historia ze świecącą plasteliną, a ja wciąż lubię, jak coś świeci się w ciemności, choć może niekoniecznie moje brwi.
Pozdrawiam wszystkich :)
Wreszcie zrobiło się ciepło, więc stęskniona prawdziwej wiosny postanowiłam założyć do szkoły spódnicę, którą niedawno kupiłam. Była dość krótka, nie sięgała nawet do połowy uda, ale dla mnie to nie był problem. Nogi mam raczej normalne, ale skóra na nich moim zdaniem nie nadaje się do pokazywania, więc zawsze do spódnicy noszę leginsy, ewentualnie mocno kryjące rajstopy. Nigdy nie obchodzi mnie, że upał, nóg nie pokażę i już. Jednocześnie jestem przeciwna temu, by leginsy traktować jak spodnie (oprócz wf). Zawsze noszę do nich albo spódnice, albo tunikę, tyłek musi być zakryty.Tyle słowem wstępu.
Ubrana w ową spódnicę i grube leginsy poszłam na lekcję, nie byłam jedyna, która nosiła leginsy, połowa dziewczyn w szkole miała, tylko że nosiły je jako spodnie, niektórym prześwitywały majtki z powodu zbyt cienkiego materiału. Zgadnijcie do kogo przyczepiła się wychowawczyni...
Na godzinie wychowawczej usłyszałam, że dostaję uwagę z powodu nieodpowiedniego stroju, a konkretnie z powodu spódnicy (która była jakieś 10 cm krótsza niż w regulaminie). Starałam się wytłumaczyć, że przecież mam leginsy, nauczycielka odparła, że jej to nie obchodzi. Wskazałam na dziewczyny, które przyszły do szkoły w samych leginsach i spytałam dlaczego ich strój jest odpowiedni, a mój nie, nie potrafiła mi odpowiedzieć. Wkurzyłam się, wstałam i zdjęłam spódnicę, po czym spytałam, czy teraz dobrze. Uczniowie zaczęli bić brawo, a ja zostałam wysłana do pedagoga z powodu obnażania się na lekcji, zostali też wezwani moi rodzice. Było ciekawie, na szczęście nie wyciągnęli żadnych konsekwencji, tę nieszczęsną uwagę również mi odpuścili.
Nikt z grona pedagogicznego nie potrafił mi odpowiedzieć, więc pozwolę sobie zadać pytanie na tej stronie. Dlaczego leginsy i spódnica, która całkowicie zasłania tyłek i kawałek uda, są nieodpowiednie, ale same leginsy, nawet takie, przez które prześwitują majtki przy pochylaniu, są już akceptowalne?
Opiszę wam historię, w którą sama nie wierzę. Serio.
Miałam wtedy 9 lat. Wybrałam się na spacer po lesie, tak po prostu. Las znałam doskonale, dzików raczej nie było, a w razie czego można było wrócić po leśnej drodze dla traktorów. Dlatego też poszłam nieco w głąb. Siadłam przy moim ulubionym jeziorku, gdy nagle poczułam dotyk na biodrach. Odwróciłam się, a tam dorosły mężczyzna. Złapał mnie zatykając buzię, choć i tak starałam się krzyczeć i wyrwać. Gdy trochę się uspokoiłam, ów gościu postawił mnie przy drzewie i spojrzał na moją twarz.
- Ile ty masz lat?
- 9.
- NO KU*WA, gwałcicielem to ja jestem, ale pedofilem nie. Spie*dalaj stąd.
Uciekłam. I nadal nie wierzę. Teraz tak myślę, że to był głupi "żart", ale bądź co bądź nigdy nie pójdę do tego lasu. Nigdy.
Załóżmy, że mój były narzeczony nazywa się Jan Kowalski.
Niedługo po tym, jak się rozstaliśmy, poznałam chłopaka, który nazywa się identycznie jak mój eks. Dodam do tego, że nawet są w tym samym wieku.
Przynajmniej się nie pomylę, krzycząc jego imię w łóżku :D
Nie płakałam, gdy zerwał ze mną chłopak, z którym byłam kilka miesięcy.
Dzisiaj poryczałam się jak małe dziecko, gdy drugi raz nie wyszło mi ciasto na naleśniki.
Chyba jednak bardziej kocham jedzenie niż ludzi.
Do skończenia przeze mnie 4 klasy podstawówki mieszkaliśmy na wsi, rodzice mieli trochę kur, mały sad, nieduże pole pod uprawy. No i wśród tych kur była jedna, która zaprzyjaźniła się z nami, jak wychodziliśmy na podwórko podbiegała, lubiła jak ją głaskaliśmy, potrafiła wskoczyć na parapet od okna i stukała żebyśmy do niej wyjrzeli, serio, prawie jak pies. Ojciec jednak nie miał skrupułów i któregoś dnia wylądowała w rosole. Serio, mega to przeżyliśmy, ja pamiętam to do dziś. Niby zwykła kura, ale dla dziecka, które nie bardzo rozumie jeszcze jak działa ten świat, to jednak coś jak przyjaciel.
PS Nie zjedliśmy rosołku, z tego co pamiętam i ja i siostra płakaliśmy i nie chcieliśmy jeść. Moja mama do tej pory żałuje i wspomina tę sytuację, ojciec był wychowany w inny sposób i dla niego to nie było nic niezwykłego, zresztą wychowywał nas identycznie jak był sam wychowany - zimny wychów...
Mój ex upozorował swoją śmierć po zerwaniu. Było to dosyć dawno temu. Był on typowym toksykiem i bajkopisarzem, praktycznie wszystkie historie jakie opowiadał były wymyślone. Kiedy uwolniłam się z tej relacji, bardzo się cieszyłam, jednak on nie mógł tego przeżyć, groził mi że się zabije jak nie wrócę itp. po prawie 3 miesiącach od zerwania usłyszałam plotkę że on faktycznie się zabił, byłam tym bardzo zaskoczona i zdołowana, przez jakiś czas nawet się obwiniałam o to. Jednak naszło mnie coś żeby napisać do jego siostry i zapytać co dokładnie się stało. Ona natomiast powiedziała mi że on wyjechał za granicę do ojca a swojemu najbliższemu przyjacielowi kazał rozpowiedziec te plotkę. Byłam załamana swoją glupotą i tym że mogłam w to uwierzyć 😆
Jesteśmy z mężem małżeństwem od dwudziestu czterech lat. Mamy trójkę dzieci - dwie starsze córki, które już studiują i syna, który jest w klasie maturalnej.
Muszę przyznać, że to mąż naciskał na trzecie dziecko, ja byłam przeciwna (pierwsze dwie ciąże nie obyły się bez komplikacji), mąż jednak bardzo pragnął mieć syna więc uległam i tak na świecie pojawił się Mateusz (imię zmienione).
Mateusz jest dzieckiem, z którego mógłby być dumny każdy rodzic. Nigdy nie stwarzał problemów, chętnie pomaga w domu, bardzo dobrze się uczy - w drugiej klasie liceum został lauratem olimpiady matematycznej i już ma indeks na jakie studia sobie wymarzy. Dla mojego męża nie wiele to jednak znaczy.
Od kiedy Mateusz pojawił się na świecie, mąż ubzdurał sobie, że syn pójdzie w jego ślady (mąż jest żołnierzem zawodowym). Od dziecka ciągał syna na różne zajęcia sportowe - piłka nożna, pływanie, judo itd. Syn nie jest jednak szczególnym typem sportowca, nie przepadał za tymi zajęciami, a trenerzy dawali do zrozumienia, że może pochodzić się poruszać ale gwiazdy z niego nie będzie. Mąż nie przyjmował tego do wiadomości i dawał synowi do zrozumienia, że ma się starać bardziej jeżeli chce go zadowolić.
Kiedy syn skończył podstawówkę, mąż uparł się że wyślemy syna na letni obóz przetrwania (bo tam z niego zrobią mężczyznę). Syn pojechał, ale po dwóch dniach zadzwonił do mnie czy mogę po niego przyjechać bo źle się tam czuje. Od tego czasu mąż już całkiem zaczął traktować Mateusza bardzo chłodno.
Synowi bardzo zależy na uznaniu ojca. To do niego, nie do mnie, najpierw biegł się pochwalić gdy wygrał jakiś konkurs. Przestał gdy mąż skwitował ,,że w życiu chodzi o coś więcej niż cyferki". W synu przeszkadza mu już wszystko, a to że gra w gry komputerowe (bo będzie z niego ,,nerd"), a to że koledzy do niego przychodzą (bo mógłby zacząć przyprowadzać dziewczyny), a to że nie zdał za pierwszym razem na prawo jazdy (facet , a jeździć nie umie). Widzę po synu, że zaczyna ojca dażyć coraz bardziej negatywnymi uczuciami. Ostatnio podsłuchałam niechcący jak żalił się koledze, że już nie może się doczekać jak wyjedzie na studia i nie będzie starego oglądać na oczy.
Kocham mojego męża, przeżyłam z nim wiele lat, ale przez to jak traktuje naszego syna czuję do niego coraz większą niechęć. Nie wiem co mam zrobić aby przebiło się do jego głowy, że takiego syna zadrości mu na pewno wielu ojców i pora aby zaczął być dumny z takiego syna jakiego ma, a nie ciągle myśleć jaki powinien być. Zwłaszcza, że pewnych spalonych mostów nie da się już odbudować. Czasami myślę, że bardziej niż naszego syna kocha swojego bratanka, który oczywiście po liceum wybiera się do wojska i kontynuuje rodzinną tradycję.
Kiedy ukrywasz, że masz chłopaka, który nazywa się Nikodem, a twoja mama pyta się z kim się spotykasz, zawsze możesz powiedzieć, że z Nikim.
Polecam!
Dodaj anonimowe wyznanie